80 lat od haniebnych wydarzeń – niszczenie prawosławia w II RP

0

Czy można w pełni świętować 100. rocznicę odzyskania niepodległości z jednoczesnym pominięciem ciemnych kart II RP? Tak! Można celebrować i zasłaniać kratery niepamięci oraz zbrodni hucznie świętując, bo przecież w zero-jedynkowej martyrologii nie ma miejsca na skazy. Można też inaczej przywołując pamięć o skrzętnie zaplanowanej akcji niszczenia prawosławia na ziemiach polskich dokonanej w majestacie prawa II RP wobec swoich obywateli. Właśnie mija 80 lat od hańby i kulturowego samookaleczenia Państwa Polskiego.

Trudny temat prześladowania mniejszości religijnych w odrodzonej Polsce doczekał się wielu opracowań. W II RP był tylko jeden Kościół, który cieszył się poparciem władz, uprzywilejowaną pozycją i szeroką autonomią. W porównaniu do Kościoła rzymskokatolickiego wszystkie inne wyznania były według dzisiejszych standardów jakby tolerowane, a przyjmowane ustawy w stosunku do niektórych z nich nie gwarantowały ani rekompensaty za poniesione krzywdy, ani też nie zapewniały państwowej przychylności dla swobodnego ich działania.

Obecność prawosławia na ziemiach należących kiedyś i dziś do Polski nie podlega dyskusji. Nie był to element obcy, a wręcz pierwotny żywioł chrześcijański wpisany w kulturowy krwioobieg regionów, krain i wiosek, które na skutek historycznych zawieruch zmieniały przynależność państwową. Prawosławie i kultura ruska były i są płucami Podlasia, Ziemi Chełmsko-Lubelskiej. Prawosławna ludność tych ziem – zróżnicowana pod względem etniczno-narodowościowym – to nie przybysze zadekretowani przez carat, a autochtoni przez propagandę stylizowani na element obcy choć wiarę swoją praktykowali od wieków.

W 2018 roku mija 80 lat od jednej z najbardziej haniebnych kart historii Rzeczpospolitej w XX wieku. Chodzi o wydarzenia, które są zaprzeczeniem wielokulturowego i wielowyznaniowego dziedzictwa naszej Ojczyzny i jednocześnie przygnębiającą manifestacją religijnej przemocy i systematycznych prześladowań, destrukcji bezcennego skarbu kultury wschodniego chrześcijaństwa.

A jednak jest dziwnie cicho. Zainteresowani mogą oczywiście odnaleźć fachowe publikacje odnoszące się do omawianych wydarzeń z perspektywy historycznej i prawno-wyznaniowej (m.in. autorstwa Antoniego Mironowicza, Grzegorza Kuprianowicza, Mirosławy Papierzyńskiej-Turek, Janusza Osuchowskiego, Jerzego Wisłockiego, Pawła A. Leszczyńskiego).

Istnieje również strona www.cerkiew1938.pl dokumentująca dużą część bezpowrotnie zniszczonego dziedzictwa – znajdują się na niej ważne informacje dotyczące zburzonych cerkwi i tła historycznego.

Brakuje jednak czegoś więcej – szerszego spojrzenia na dzieje naszego kraju naznaczone cierpieniem, które starano się nie tylko relatywizować czy lekceważyć, albo po prostu wymazać z pamięci na rzecz jednostronnej martyrologii.

Nie tylko 80 lat temu…

1938 rok to dla prawosławia na ziemiach polskich czas szczególnego męczeństwa, które nie zakończyło się wraz z kapitulacją III Rzeszy w 1945 roku. Dramat trwał jeszcze przez lata nie tylko z powodu Akcji Wisła, ale też bandyckich napadów polskich żołnierzy na ludność prawosławną, o czym świadczą Święci Męczennicy Chełmscy i Podlascy kanonizowani przez Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny w 2003 r.

Jednak rok 1938 nie był początkiem, a apogeum trwającego od odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku okresu walki o prawo Cerkwi do istnienia.

W 1918 roku Kościół prawosławny w Polsce nie był niezależny (autokefaliczny). Był on częścią Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Do wybuchu II wojny światowej Cerkiew prawosławna posiadała prawie 3000 duchownych w pięciu diecezjach, pięć monasterów żeńskich i dziewięć żeńskich. Liczbę parafii oceniano na ok. 1600.

Bieżeństwo, akcja masowego wysiedlania ludności z zachodnich guberni Imperium Rosyjskiego w 1915 r., z której znakomita większość była wyznania prawosławnego, doprowadziła do demograficznego i kulturowego kataklizmu. Z dnia na dzień miasta i wsie opustoszały – carska propaganda i narzędzia nacisku pozbawiły wschodnie tereny jej historii. Bieżeńcy umierali w drodze – często kobiety, dzieci i starcy. Część z nich później wracała.

Gdy w 1918 roku Polska stała się znów niepodległa, wiele cerkwi stało pustych, a powracające z wygnania nieliczne grupy bieżeńców nie mogły zapobiec rozpoczynającej się tragedii. Sytuację Cerkwi utrudniała dodatkowo sytuacja w Rosji, gdzie tamtejsza Cerkiew była już boleśnie doświadczana przez bolszewików. W związku z zaistniałą sytuacją arcybiskup miński i turowski Jerzy (Jaroszewski) mianowany przez Patriarchat Moskiewski metropolitą warszawskim zwołał w czerwcu 1922 roku sobór biskupów dążąc do ogłoszenia autokefalii polskiego Kościoła prawosławnego. Było to zresztą po linii polityki wyznaniowej rządu polskiego, który z jednej strony chciał uniezależnienia prawosławia w Polsce od Rosji, ale jednocześnie istotnie ograniczał i systematycznie utrudniał funkcjonowanie Cerkwi, w skład której wchodzili przecież obywatele Rzeczypospolitej. Metropolita Jerzy nie doczekał ogłoszenia autokefalii, gdyż w 1923 roku został zamordowany, jednak podejmowane przez niego działania toczyły się dalej.

W listopadzie 1924 roku patriarcha Konstantynopola Grzegorz VII wydał tomos nadający autokefalię Cerkwi prawosławnej w Polsce. Została ona uroczyście ogłoszona w warszawskim Soborze Świętej Marii Magdaleny 17 września 1925 roku. Mogłoby to się stać przed większą świątynią – Soborem św. Aleksandra Newskiego, który stał tuż przy Pałacu Saskim, jednak sobór znajdował się już wtedy w trakcie nakazanej przez władze rozbiórki. Podobny los spotkał prawosławne sobory w Lublinie i nieukończony jeszcze w Białymstoku.

Działania te poprzedziły akty przemocy na Chełmszczyźnie, gdzie już od 1918 roku władze zamykały cerkwie i przekazywały Kościołowi rzymskokatolickiemu. Wydawano akty prawne pozbawiające Cerkiew jej własności. Dochodziło do wandalizmu i profanacji świętych miejsc. Kościołowi rzymskiemu przekazano monaster supraski i wiele innych świątyń, co do których Kościół większościowy wysuwał roszczenia, w tym także do tych, które nigdy rzymskokatolickie nie były. Pod koniec lat 20. władze Kościoła rzymskokatolickiego złożyły pozwy sądowe, domagając się przyznania prawa własności do 614 świątyń prawosławnych. Ks. Tomasz Stempa, autor monografii na temat historii prawosławia w Polsce pisze:

Państwo dążyło do utrzymania pewnej ilości świątyń zamkniętych, szczególnie na Chełmszczyźnie i Podlasiu. W 1928 r. nieczynnych było na tym terenie 171 cerkwi. Celem tych działań było rozrzedzenie sieci czynnych cerkwi, co miało zapobiegać nastrojom antypaństwowym oraz sprzyjać przejściu prawosławnych do Kościoła rzymskokatolickiego. Podejmowano również decyzje o burzeniu cerkwi uznanych za zbędne (…) Następna fala burzenia nastąpiła pod koniec lat 20. Na Chełmszczyźnie i Podlasiu zburzono wówczas dwadzieścia trzy cerkwie.

T. Stempa: Cerkiew Prawosławna w Polsce, Warszawa 2016, s. 75

Ks. Stempa odnotowuje, że w latach 1918-1939 Cerkiew prawosławna w Polsce straciła około 500 świątyń, z których 137 przemianowano na kościoły rzymskokatolickie, a zburzono ok. 130. Pozostałe zamknięto.

Punktem kulminacyjnym był jednak rok 1938. Systematyczne burzenie cerkwi odbywało się mimo memorandów i protestów cerkiewnych hierarchów, posłów, a także osób niezwiązanych z prawosławiem. Nie brakowało również protestów zagranicznych. W lipcu 1938 Sobór Biskupów Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego w Polsce opublikował odezwę do wiernych:

Wiemy wszystko, co zaszło w ostatnich dniach na Chełmszczyźnie i Podlasiu (w województwie lubelskim), gdzie od wieków kwitła Święta Wiara Prawosławna i gdzie przodkowie Wasi od dawna słynęli przywiązaniem do Wiary Prawosławnej. Obecnie również na tej ziemi męczeńskiej trwa blisko 250 tysięcy prawosławnych, którzy teraz zadziwiają swą wiarą i przywiązaniem do rodzimego Kościoła Prawosławnego. Zburzono im przeszło 100 świątyń, lecz nie słychać, aby ktokolwiek z nich zachwiał się i popełnił odstępstwo. Już to samo, że pragnąc osiągnąć pewne cele, trzeba było zastosować aż taki środek, jak okrutne burzenie domów Bożych i profanacja świętości prawosławnych, wyraźnie świadczy o mocy i niezłomności ducha prawosławnego Chełmszczaków i Podlasiaków.

Dzięki składamy Wam i wyrażamy podziw w imieniu całego Kościoła Prawosławnego w Polsce i świadczymy przed Wami nasz wspólny ból z powodu Waszych strat. Wierzymy, że wraz z nami dzielą Wasz smutek także pobożni przodkowie Wasi, którzy znajdowali być może jedyną pociechę od trosk żywota w tych cerkiewkach, które zostały obecnie tak okrutnie i bezwzględnie zniszczone.

Jak konkretnie wyglądały te działania pokazują nie tylko cerkiewne archiwa, pamięć przechowywana w rodzinnych albumach, ale same dokumenty produkowane przez władze państwowe, w tym przez urzędy wojewódzkie czy Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego.

Na prawosławie patrzono w sposób zawężony jako złogi po carskich zaborach, ignorując fakt, że prawosławie wpisane było w ziemię lubelską, chełmską i podlaską od zarania. To jednak nie przeszkadzało w podejmowaniu brutalnych akcji wywłaszczeniowych, profanowania świątyń i zmuszania prawosławnej ludności przez czynniki państwowe do przechodzenia na rzymski katolicyzm. Działania te nazywano enigmatycznie „akcjami koordynacyjnymi” albo „akcjami rewindykacyjno-polonizującymi”, które realizowało m.in. Towarzystwo Rozwoju Ziem Wschodnich, ale przede wszystkim oficjalne czynniki państwowe, w tym wojsko i policja.

Akcja miała na celu „spolonizowanie prawosławia”, co w praktyce oznaczało nakłonienie do przejścia na katolicyzm, przymusowej polonizacji ludności między innymi poprzez wprowadzanie języka polskiego do liturgii i wypieranie innych języków z użytku codziennego. Realizatorzy akcji sprytnie i jednocześnie cynicznie instruowali swoich podwładnych, że podejmowane czynności nie mogą mieć znamion otwartej walki z prawosławiem. Generał Brunon Olbrycht kierujący akcją na Chełmszczyźnie wyjaśniał:

Chodzi o to […], by cerkiew prawosławna, za którą nikt obecnie ująć się nie może, była za nasze polskie pieniądze instrumentem polonizacyjnym, a nie rusyfikacyjnym. Określał również zasady akcji rewindykacyjnej na katolicyzm: rewindykacja wyznaniowa musi być prowadzona po cichu, tajnie, lecz bez pardonu o każdą rodzinę i duszę i ażeby nie prowokować oficjalnej walki z prawosławiem.

Prawosławie starano się ukazywać jako moskiewskie zagrożenie, ale najczęściej jako siedlisko ukraińskiego nacjonalizmu, które trzeba spolonizować, a więc najlepiej skatolicyzować, bo wiadomo: prawdziwy Polak i lojalny obywatel to tylko katolik. W akcję zaangażowano kler rzymskokatolicki i prasę. Rdzennej ludności prawosławnej zaczęto głosić, że właściwie są Polakami, ale „zepsutymi” przez carat, a jednym z narzędzi było… prawosławie, na które ich przodkowie mieli przejść pod przymusem.

Szczegółowe wytyczne dotyczące tzw. akcji polonizacyjno-rewindykacyjnej można przeczytać tutaj

To w jaki sposób mówiono i pisano o prawosławiu ukazując je jako potencjalne źródło narodowościowych konfliktów z brakującym elementem polskim, miało w oczach społeczeństwa uzasadniać działania władz wobec Cerkwi, jakby usprawiedliwić dziejową karę. Ta narracja obecna jest do dziś i zdaje się rozgrzeszać niszczenie Domów Bożych zaborami tak, jakby prawosławni mieszkający na Chełmszczyźnie i Lubelszczyźnie zaprosili cara i byli prowodyrami tudzież winowajcami zaborów. Taka optyka pełni rolę hermeneutycznej kładki, która po różnych bezdrożach pozwala przejść do konstatacji, że niszczenie cerkwi było wprawdzie mało eleganckie i być może nawet niechrześcijańskie, ale przecież nie wzięło się znikąd i nie można tego aż tak jednoznacznie ocenić. Innymi słowy: sami sobie winni. A gdy do tego dodać kontrowersje związane z konfliktem prawosławno-unickim to rachunki jakby zostały wyrównane. Zniszczone i odebrane cerkwie… cóż.

W Księdze Pamiątkowej wydanej w 1928 roku na 10. rocznicę odzyskaniu niepodległości tak pisano o Cerkwi prawosławnej w Polsce:

Ustalenie stosunków wewnętrznych tego Kościoła napotyka jednak rozmaite trudności z powodu przenikających ludność prawosławną prądów narodowościowych, wywołujących antagonizm pomiędzy ludnością rosyjską a ukraińską, dążącą do ukrainizacji cerkwi. Lecz równocześnie cerkiew ta porzuciła swe dotychczasowe bierne stanowisko, rozpoczynając akcję w kierunku szerszego rozwinięcia swej organizacji, tudzież rozprzestrzenienia się terytorjalnego w ziemiach dotąd niemal w zupełności zamieszkałych przez ludność unicką. W ostatnich czasach akcja ta uwydatniła się we wschodnich miejscowościach dzielnicy dawnego zaboru austrjackiego, gdzie coraz częściej całe gminy unickie przechodzić zaczęły na prawosławie; ponadto znalazła ona swój wyraz także w staraniach o utworzenie nowych diecezyj prawosławnych.

Dziesięciolecie Polski Odrodzonej. Księga Pamiątkowa 1918-1928, Kraków/Warszawa 1928, s. 365-366.

W publikacji tej ostentacyjnie ukazywano dominującą rolę Kościoła rzymskokatolickiego z pogardą i lekceważeniem odnosząc się do innych wyznań.

Państwo zapłaci za apostazję

I tak w 9 lipca 1938 roku do kierownika akcji koordynacyjnej w Zamościu dotarło pismo niejakiego kapitana Cmakowskiego, w którym meldował o „rozebraniu wszystkich cerkwi nieetatowych”, odnotowując jednak, że w Przeorsku nie udało się cerkwi natychmiast rozebrać, „ze względu na dużą ilość ludności wzbraniającej, a następnie na chęć przejścia gros wsi na rzym.-kat.” Kapitan melduje następnie, że przejście mieszkańców Przeorska na katolicyzm „jest w pracy”, a cerkiew udało się jednak rozebrać, gdyż deklaracje konwersji były tylko podstępem.

Sekretarz Cmakowski opisuje również sytuację duchowieństwa prawosławnego, wskazując na ich trudne położenie materialne i moralne. Wskazuje na przychylność niektórych duchownych przy akcji koordynacyjnej i pracy polonizacyjnej. Jest też informacja, że cerkiew w Chodywańcach zostanie zburzona, a materiał przeznaczony na kościół rzymskokatolicki. Władze używały również nacisków ekonomicznych, aby wymusić porzucenie prawosławia na rzecz katolicyzmu. Cmakowski melduje, że w regionie są prawosławni, których nie stać na opłacenie rat za nabytą ziemię. Stwierdza jednak, że po „uzgodnieniu z Komisarzem Ziemskim raty te będą umorzone jeżeli przyjmą katolicyzm.” W Tomaszowie Lubelskim prawosławni dokonujący konwersji dostawali od władz konkretne sumy na konta w PKO. Nie inaczej było w wielu innych miejscowościach.

Pognębić wahających się

Podobne meldunki sytuacyjne napływały do Zamościa z Biłgoraju – donoszono o aresztowaniu duchownych prawosławnych nazywanych popami, informowano o gotowości niektórych z nich do przejścia na katolicyzm i działaniach prowadzonych w tym kierunku.

W piśmie z 14 lipca 1938 r.: czytamy m.in.:

Wobec sprzyjającej sytuacji wytworzonej przez aresztowanie popów i likwidację domów modlitwy Koła Gminne T.R.Z.W. otrzymały polecenie, ażeby bezwzględnie w ciągu b. m. przygotowały i przeprowadziły zmianę obrządku grupami, najmniej po 20-tu prawosławnych na gminę. Ma to na celu ostateczne pognębienie samopoczucia wahających się prawosławnych.

W akcje koordynacyjne zaangażowane były także władze samorządowe i lokalni proboszczowie rzymskokatoliccy.

Nie upamiętnić, bo po co

Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny stopniowo podejmował działania zmierzające do przywrócenia pamięci o wydarzeniach z dwudziestolecia międzywojennego. Inicjatywy realizowane były również przez świeckich, w tym także na forum Sejmu RP.

W 2008 roku, 70. rocznicę niszczenia cerkwi, poseł na Sejm RP Eugeniusz Czykwin (Lewica), publicysta prawosławny i działacz mniejszości białoruskiej wniósł projekt uchwały upamiętniającej wydarzenia z 1938 roku. Projekt głosami posłów Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości został odesłany do dalszych prac i faktycznie zablokowany. W dyskusjach prowadzonych przez komisję zaczęto w skandaliczny sposób łączyć kwestie niszczenia chrześcijańskich świątyń z wydarzeniami zbrodni wołyńskiej jakby chciano „w jakiś sposób” usprawiedliwić kulturowe barbarzyństwo konfliktem polsko-ukraińskim.

Ówczesna członkini komisji Elżbieta Kruk (dziś jej przewodnicząca, ta sama, która w 2017 r. pogrzebała upamiętnienie 500 lat reformacji) zażądała od Czykwina wycofania uchwały, zarzucając wnioskodawcy kłamstwo w mówieniu o Chełmszczyźnie i Lubelszczyźnie, negując ich istnienie – „to było w woj. lubelskim, w kilku powiatach”. Przy okazji posłanka nie omieszkała postawić tezę, że większość cerkwi to były kiedyś kościoły katolickie przemianowane przez carat na cerkwie: „Panie pośle, nikt nie zginął przy burzeniu tych cerkwi, a ja mogę panu poczytać, jak niszczono kościoły podczas rzezi wołyńskiej, w ludobójstwie na Wołyniu (…)

Jeszcze w tym roku Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny upamiętni w Biłgoraju tragedię roku 1938, lat poprzedzających i następnych. Stanie się to wybudowanej w 2015 roku cerkwi św. Jerzego.


galeria