Ateiści nie potrzebują naszej litości

24
Jesteśmy żebrakami. Oto prawda – słowa te wypowiedział na krótko przed śmiercią ks. Marcin Luter, reformator Kościoła, autor wielu ciętych polemik, mistycznych tekstów, katechizmów, pieśni i teologicznych dzieł. Skonfrontowany z doświadczeniem śmierci ten wielki rebeliant, jak go określała kontrreformacyjna narracja, właśnie w imię pewności wiary, którą chrześcijanin doświadcza tylko dzięki łasce Chrystusa, a więc poza sobą, wyznał upadek, niemoc i bezsilność, bezwarunkową pustkę wobec Bożego Miłosierdzia.

Nie było w tym niczego odkrywczego, tak „po prostu” jest, gdy człowiek spotyka Boga, a owo spotkanie, wręcz zderzenie, nie uprawnia grzesznika do jakichkolwiek litości wobec innych grzeszników – bez względu na to, czy wierzą w Boga, czy też nie.

W rozmowie z Moniką Olejnik, Tomasz Terlikowski, redaktor naczelny Frondy i jednocześnie redaktor naszego portalu, powiedział o ateiście/ateistach: „Jest to ktoś straszliwie biedny, komu trzeba współczuć. W pewnym sensie jest mi żal ateistów, gdyż nie spotkali nigdy kogoś, kto jest całkowitą, absolutną miłością.”

Jeśli Tomasz Terlikowski chciał zaszkodzić ateistycznym kampaniom coraz mocniej stawiającym wyzwanie chrześcijanom w Polsce i na świecie, jeśli chciał coś wyjaśnić, to poległ na całej linii. Ani duszpastersko, ani teologicznie nie powiedział czegokolwiek, co można byłoby skategoryzować jako konstruktywne świadectwo wobec świata. Czy ateiści są straszliwie biedni, a chrześcijanie biedni, ale nieco mniej? Zdecydowanie nie! I jedni i drudzy stoją przed Bogiem jako grzesznicy, którzy w takim samym stopniu są przez Boga kochani i w swoim człowieczeństwie bezwarunkowo akceptowani.

Czy przyjęcie Ewangelii czyni z chrześcijanina człowieka bardziej szczęśliwego niż tego, który wyznaje: Boga nie ma? Każdy, kto wierzy w Chrystusa i Chrystusowi – a nie wątpię, że Tomasz Terlikowski wierzy – wie, że życie chrześcijanina nie jest triumfalnym pochodem, ani też pasmem niesłabnącego zaufania Bogu. Życie chrześcijanina to droga, która w swojej warstwie duchowej, znaczenie przekracza to, co teologia zgrabnie ujmuje jako napięcie między wiarą a niewiarą, to strumień niedowiarstwa, upadków, niedowierzania Bogu i Jego obietnicy, i to nie dlatego, że ta obietnica jest niepewna i mglista, nierealna czy nieuchwytna, ale dlatego, że wiara związana jest z wielkim, nieprzemijającym Dziełem Miłosierdziem, w które człowiekowi tak trudno jest uwierzyć i tego Miłosierdzia się uchwycić.

Chrześcijanin i ateista jednakowo zdani są na łaskę i Miłosierdzie, a to znaczy, że jeśli ktoś komuś ma współczuć to my sobie nawzajem. Ateiści to także nasze siostry i bracia, którzy nie potrzebują naszej litości, a świadectwa, a ono bywa tak często nieudolne i kontraproduktywne.

Ateiści nie potrzebują innej litości, na jaką nie zasługiwaliby najgorliwsi wyznawcy Chrystusa, głosiciele Jego śmierci i zmartwychwstania. Zadaniem i misją Kościoła jako wspólnoty jest udzielanie wsparcia na drodze wiary, jest wychodzenie poza granice i barykady wąskich konfliktów i szablonowych odpowiedzi, aby dotrzeć do człowieka z przesłaniem wielkeigo Miłosierdzia z bojaźnią i drżeniem, a nie sztandarem pretorianów, z powiewem Ducha Świętego, a nie zamaszystymi uderzeniami kilofa i topora, dzieląc ludzi na mniej lub bardziej godnych litości.

Nie my jesteśmy sędziami. To nie my będziemy się nad innymi litować, gdyż to nam wszystkim już litość okazano. Nie ma powodu, by wywyższać się nad innymi – nie tego uczył nas Jezus.