Biskupi, przegraliście

3

Niekiedy bywa i tak, że obrońcy wielkiej sprawy, stają się mniej lub bardziej świadomie grabarzami jej powodzenia. Przewodnia siła rzymskokatolickiego episkopatu pokazała dziś, że nie rozumie świata, w którym żyje. Uważają, że głoszenie Ewangelii odbywa się poprzez rytuał obwieszczenia i podniesiony palec. Panowie, ten czas już minął i wasz czas już minął. Nikt się was nie boi, ani waszych słów.

Zamiast skutecznego duszpasterstwa, dialogu, duszpasterskiej wyobraźni na miarę naszych czasów, część kleru i arcybiskupi (Hoser i Jędraszewski) poszli na skróty. Sięgnęli po dobrze znany rezerwuar kościelnej nowomowy, która zderzyła się ze zdecydowanym sprzeciwem wielu kobiet i mężczyzn. Statystycznie rzecz ujmując ponad 90% dziś protestujących to osoby, które formalnie przynależą do Kościoła rzymskokatolickiego, a zapewne wielu z nich troszczy się o Kościół, choć niekoniecznie o biskupów. Dziś uczestnicy protestu otrzymali wyraźny sygnał, że biskupi nie są rozmową zainteresowani, wolą mówić, obwieszczać, pouczać, oceniać i dezawuować.

Dzisiejsze (i nie tylko) wypowiedzi biskupów pokazują, że sprawa jest znacznie poważniejsza niż problem komunikacyjny – jeśli biskupi nie mają innej odpowiedzi niż świętoszkowate frazesy, czytelne jedynie dla żelaznego elektoratu, to powinni ustąpić miejsca tym, którzy choć trochę rozumieją rzeczywistość, nie żyją w wieży z kości słoniowej otoczeni gronem podobnie myślących.

Najwyraźniej biskupi nic sobie nie robią z tego, że ich wypowiedzi spotykają się nie tylko z brakiem zrozumienia, ale i stanowczym sprzeciwem. Zamiast refleksji uruchamia się syndrom obrony Częstochowy, której nikt nie atakuje, bo protestującym dziś kobietom i mężczyznom stanowisko biskupów jest po prostu obojętne. A tak być chyba nie powinno. Biskupi przegrali – nie tylko temat obrony życia, ale i ludzi, za których są odpowiedzialni.

Nie wnikam w słuszność czy niesłuszność czarnego protestu. Irytują mnie hierarchowie psujący walkę o ochronę życia – ona nie odbywa się za pomocą obwieszczeń i anatem, politycznych macek, ona dzieje się poprzez pozytywne świadectwo bez popadania w moralizatorstwo.

Biskupi na własne życzenie kojarzeni są z besserwisserami, mało wiarygodnymi, odrealnionymi starcami, którzy nie potrafią pogodzić się z faktem, że ich słowo jest jednym z wielu słów, a autorytet trzeba sobie wywalczyć, nie przysługuje z automatu. To już nie te czasy, a grzmienie z ambon to po prostu groteska nadająca się co najwyżej na zabawne memy.