Woodstock, getto dobrobytu, jezioro siarki i spowiedź tygryska

0

W pociągu wiozącym nas do Kostrzyna obserwuję cały przekrój uczestników Woodstocku. Dziewczyna przede mną dyskretnie zakrywa nieogolone nogi czarną, bawełniana suknią. Licealiści obok handlują piwem – jedna puszka to koszt dwóch złotych i pięciu czekoladowych cukierków. Chyba mam do czynienia z przyszłymi rekinami polskiego biznesu. Mężczyzna w przedziale naprzeciwko odważnie deklaruje swoje preferencje seksualne. Zdaje się, że nie pamięta, kiedy ostatni raz był trzeźwy. W wagonach unoszący się opar konopii indyjskich przywodzi na myśl zapach palonej gumy. Nad całą Polską pogoda uknuła spisek – deszcz postanowił obmyć woodstockowiczów, którzy z jakiegoś powodu pokłócili się z mydłem i szamponem.

W ciągu trzech dni Kostrzyn nad Odrą staje się polskim Las Vegas – miastem, które nigdy nie zasypia. Dwudziesta druga edycja festiwalu zgromadziła 400 000 uczestników. Tegoroczny Woodstock przyniósł zmiany – na terenie festiwalu zainstalowano ogrodzenia i wprowadzono strefy bez alkoholu. Pojawiły się także plotki (już zdementowane), że mogła to być ostatnia impreza tego typu w Kostrzynie. Fani picia w plenerze, i, rzecz jasna, muzyki, nie byli ukontentowani takim obrotem spraw. Nie należy widzieć w Woodstocku, jak chcieliby to niektórzy publicyści, siedliska demoralizacji i współczesnej Sodomy. Kilkakrotne uczestnictwo w Woodstocku, jak i opinie innych ludzi pozwalają zaświadczyć o panującym tam bezpieczeństwie i uprzejmości, co manifestuje się chociażby w dobrowolnej pomocy przy rozstawianiu namiotu czy pożyczeniu chusteczki w kolejce do toitoia.

Nie tylko spotkanie z Przemkiem, którego poznałem w tym samym miejscu zeszłego roku, ani rockowo-symfoniczne brzmienia Apocalyptiki ściągnęły mnie do lubuskiego. Moją motywacją była też eksploracja Woodstocku w poszukiwaniu śladów religijności w postaci stacjonujących tam licznych związków wyznaniowych. Na duchowej mapie Woodstocku jest bowiem wiele do odkrycia. Przejawy działalności religijnej na terenie festiwalu nie są zresztą zakamuflowane – już chociażby zapraszani przez Jurka Owsiaka goście świadczą o otwarciu na sferę duchową. Na scenie Akademii Sztuk Przepięknych, gdzie młodzież spotyka ludzi szowbiznesu, muzyki i kultury, gościli dotychczas m. in. ks. Boniecki, śp. ks. Kaczkowski, śp. abp Życiński, naczelny rabin Polski, Michael Schudrich czy przedstawiciel polskiej wspólnoty muzułmańskiej, imam Abi Ali Issa. W tym roku gościem była siostra Małgorzata Chmielewska, założycielka domów pomocy dla bezdomnych i potrzebujących, przełożona wspólnoty Chleb Życia. Wywiad z siostrą przeprowadził Błażej Strzelczyk, publicysta „Tygodnika Powszechnego”. Rozmawiano między innymi o wykluczeniu społecznym, udzielaniu pomocy ubogim, poruszono kwestię getta dobrobytu, czyli zasklepienia w swojej zamożności i zamykaniu się na innych. Siostra Chmielewska krytycznie odniosła się do postawy Polaków względem przyjmowania uciekających przed wojną Syryjczyków. – Chrystus był uchodźcą. Matka Boska musiała z nim uciekać do Egiptu – zaznaczyła.

Zaczynam rajd po śladach duchowości na kostrzyńskiej ziemi. Pokojowa Wioska Kryszny na stałe wpisała się w woodstockowy krajobraz. Długie kolejki ustawiają się do miejsca, w którym wydawany jest wegetariański posiłek. Ludzie ściągają także do namiotu spotkania, gdzie mogą poznać zasady wiary wyznawców ich religii. Oprócz tego widać stoisko z indyjskimi pamiątkami, literaturą, miejsce do medytacji i modlitwy, a także namiot, w którym wykonuje się tradycyjny wschodni tatuaż. Wioska jest utrzymana w czystości, wyznawcy Kryszny skrupulatnie sprzątają teren wioski z najmniejszych papierków. Podczas sesji pytań z ich guru zapytałem o to, czy chrześcijanie i wyznawcy Kryszny wielbią tego samego Boga. W odpowiedzi usłyszałem, że obydwie religie czczą Stwórcę wszystkich rzeczy i Praprzyczynę, która utrzymuje całe stworzenie.

O zasadach wiary krysznaizmu rozmawiałem z Malati, sympatyczną wyznawczynią wisznuizmu bengalskiego. Malati jest Polką, sanskrytologiem, w wierze hinduistycznej jest od 13. roku życia, a jej duchowe imię jest nazwą indyjskiego kwiatu. Rozmawialiśmy o imionach Boga, mantrze i podobieństwach między naszymi religiami.

– Jak wygląda Twój dzień jako wyznawczyni wisznuizmu?
– Całkiem normalnie. Wiadomo, że jeśli mówimy o osobach, które są mnichami, to one mają ściśle określony tryb dnia, wstają o czwartej trzydzieści, czasami piątej, mają określone rytuały. Mój dzień jest inny, bo jestem osobą, która żyje w rodzinie, która pracuje na zewnątrz, więc wstaję, kiedy dam radę. Są oczywiście rytuały, które odprawiamy i pierwsza rzecz, którą człowiek robi po przebudzeniu to modlitwa. Potem wykonujemy wszystko inne. Z tym że cokolwiek robimy, staramy się patrzeć na to jak na ofiarowanie dla Boga, czyli cokolwiek chcemy uczynić, dajemy to Bogu, żeby On był pierwszy, który się tym cieszy. Czas na modlitwę znajduje się także w ciągu dnia – tak jak inni mają różańce, tak my mamy korale medytacyjne nazywane dźapa (dźapamala), na nich powtarzamy mantrę.

– Co oznaczają słowa mantry, które powtarzacie?
– Są to imiona Boga. Z teologicznego punktu widzenia chodzi o to, że imię Boga nie jest różne od Niego samego. To jest kluczowe założenie naszej teologii. Bóg jest swoim imieniem. Są trzy imiona Boga: Hare, czyli imię Kryszny albo żeńskiej formy boskości. Kryszna – wszechatrakcyjny. I Rama – jest imieniem tej samej Osoby i oznacza Tego, który jest źródłem radości. Imiona są ułożone w taki sposób, w jaki zostały zapisane w jednym z pism, które uważamy za święte. I stąd bierze się ta tradycja powtarzania. To jest mantra, która sprawia, że jesteśmy w towarzystwie Boga, coś podobnego jak medytacja jezusowa. Chcemy, żeby nasz umysł był pochłonięty obecnością Boga. Taki jest cel tej mantry.

Jak należy tytułować Waszych duchownych?
– Bardzo różnie. Są różne poziomy uduchowienia czy hierarchii organizacyjnej. Każdy ma imię duchowe. Jeśli przyjął mistrza duchowego, to dostał od niego mantrę i imię duchowe. Kończy się ono słowem „Dasa”. „Dasa” znaczy sługa, na przykład Krishna Dasa. Odnosimy się z szacunkiem do kogoś, kto jest od nas wyżej. A jeśli ktoś jest sannjasinem, czyli jest mnichem i poświęca się całkowicie Bogu, nazywamy go maharadża.

Wczoraj zapytałem, czy chrześcijanie i wyznawcy Kryszny wielbią tego samego Boga. Jakie jest Twoje zdanie?
– Bóg jest jeden, z definicji nie może być dwóch bogów. Wielbimy tę samą Osobę. Wiadomo, że w różnych kulturach różnie to Objawienie wyglądało. W każdej kulturze ktoś miał jakiś wgląd w Absolut i ten wgląd starał się ubrać w słowa, tworzył pisma święte jako natchniona osoba. Także nie sądzę, żeby Bóg był ograniczony do jakiejś jednej kultury i jednej religii. Po prostu jest źródłem wszystkich kultów. Nasze wierzenia różnią się w szczegółach. Zasada jest ta sama: Ktoś nas stworzył, wszyscy staramy się szukać, kto to jest i jak się do Niego zbliżyć.

– Gdy starałem się znaleźć jakieś informacje na temat Hare Kryszna, dowiedziałem się, że Jego wyznawcy ograniczają współżycie seksualne tylko do małżeństwa i wyznają życie w czystości, a także nie spożywają narkotyków i alkoholu. Czyli jest wiele podobieństw między naszymi religiami na gruncie obyczajowym. Czy wiesz, co jeszcze może nas łączyć?
– Myślę, że dużo rzeczy nas łączy. Z chrześcijaństwem łączy nas na pewno doświadczenie mistyczne, bo mamy tutaj taki typowy teizm, czyli jest Bóg osobowy i chcemy nawiązać z Nim osobową relację. Tak naprawdę, to chyba niewiele jest takich religii, które to łączy, bo jak się przyjrzymy różnym teoriom doświadczenia mistycznego, to najczęściej doświadczenie mistyczne rozumie się jako monistyczną unię, czyli że łączę się z Absolutem i się w nim rozpływam. To jest ta rzecz, która łączyłaby nas i odróżniała od innych religii. My mamy to wspólne. Taki typowy teizm – Bóg jest kimś, jest Osobą, ma swoją wolę, nie jest tylko światłem. Myślę, że jest wiele innych aspektów. Zwłaszcza tradycje ascetyczne czy ojcowie pustyni. Można zobaczyć wiele podobieństw i też wiele osób wśród wyznawców Kryszny inspiruje się różnymi rzeczami.

– Jak się nazywa tradycyjna suknia, którą masz na sobie?
– To jest akurat taka mniej tradycyjna wersja sukni, taka dla leniwych, my mówimy na to gopi dress, ale generalnie w większości przypadków prezentujemy strój wajsznawa, czyli używany w liturgii. Najczęściej kobiety noszą sari i to jest długa płachta materiału owijana wokół ciała. Ma duże znaczenie dla rytuału, ponieważ jest napisane, że żeby czcząc Boga, trzeba mieć na sobie ubranie, które nie jest szyte. Mężczyźni natomiast mają dhoti, czyli podobną rzecz, tylko krótszą, i również nie może być szyta.

– Czyli nie nosicie tego na co dzień?
– Nie. To by było niepraktyczne, no chyba że ktoś jest mnichem i mieszka w jakimś aśramie czy świątyni. Ale są też sannjasini, o których mówiłam, którzy skończyli swoje obowiązki i poświęcają się Bogu, noszą wtedy ten strój cały czas, on pokazuje, że są jakby poza społeczeństwem i zajmują się sprawami duszy.

– Opowiedz o swojej świętej księdze.

– Mamy wiele świętych ksiąg. Odwołujemy się generalnie do literatury wedyjskiej. Najstarsza literatura wedyjska, do której się odnosimy, to są Wedy. Jest ich cztery i funkcjonują w całym hinduizmie. Nasze najważniejsze książki, na których się opieramy, to „Bhagavata Purana”, również literatura wedyjska, ale późniejsza. Są to opowieści traktujące o osobowym Bogu. A druga książka, bardziej filozoficzna i starsza, to „Bhagawadgita” i ona jest częścią Mahabharaty. To jest takie najważniejsze dzieło filozoficzne, mamy tam nauki o duszy, o Bogu, o jodze.

– Czy masz jakiś cytat z tych ksiąg, którym się inspirujesz?
– Jest wiele takich cytatów. Mnie się najbardziej podoba strofa, którą wypowiedział mistyk, który zapoczątkował tę bengalską wersję wisznuizmu. To jest strofa o tym, jaki powinien być człowiek. W wolnym tłumaczeniu brzmi ona: „Należy być pokornym jak źdźbło trawy, wytrzymałym jak drzewo, wolnym od chęci otrzymywania szacunku dla siebie i zawsze okazywać szacunek innym. I dopiero taka osoba, może powtarzać święte Imię Boga zawsze”.

– Czy w Polsce są jakieś świątynie hinduistyczne?
– Hinduistycznych jest całkiem sporo, takich należących stricte do wisznuizmu bengalskiego jest trochę mniej – są dwie świątynie: w Warszawie i we Wrocławiu, i mnóstwo mniejszych ośrodków, które zbierają się na czas świąt. Wynajmuje się sale, spotkania odbywają się także w domach. Ponadto jest wiele innych świątyń, w których wielbi się Wisznu, Śiwę.

– Wspomniałaś o Wisznu i Śiwie, czy hinduizm jest religią politeistyczną?
– Nie. Właśnie czytałam ostatnio taką książkę, którą mogę polecić, „Święta Nić Hinduizmu” Johna Brockingtona. Hinduizm nie jest politeistyczny w takim sensie, w jakim my to rozumiemy. Nie wielbi się wielu bogów, bardziej chodzi o to, że tutaj ma miejsce ewolucja boskości, czyli że religia rozwija się od nurtów takich oczywistych jak wielbienie przyrody czy modlitwa o deszcz. Hinduizm rozwijał się co raz bardziej w stronę teistycznych tradycji. Mamy różne bóstwa, ale to nie jest taki typowy politeizm, po pierwsze nie ma w hinduizmie czegoś takiego jak całość, to jest pojęcie stworzone przez ludzi z Zachodu, pierwszych kolonizatorów, którzy zobaczyli całe to bogactwo tradycji religijnych w Indiach, i chcieli je w jakiś sposób objąć i opisać jako całość. Ale faktycznie są to różne tradycje religijne w obrębie jednego tygla kulturowego. I właśnie niektórzy faktycznie czczą Śiwę, ale to jest odrębna tradycja od, na przykład, wisznuizmu, gdzie wielbi się wyłącznie Wisznu. Uznaje się Śiwę, ale jako osobę niższą, byt który nie jest boski, nie jest Pierwotną Przyczyną.

– Zauważyłem, że ludzie z Waszej wioski bardzo dbają o jej teren. Rozdajecie też wegetariańskie jedzenie. Co jest przyczyną tego, że nie uznajecie pokarmu mięsnego?
– W Indiach, jak byśmy spojrzeli na tradycje religijne, to jedną z rzeczy, które je łączy jest zasada Ahimsa, czyli niekrzywdzenia. W duchowości hinduistycznej wcześnie zrozumiano, że żeby poczynić postęp duchowy, trzeba czynić miłosierdzie. Stąd postawa, żeby nie krzywdzić ani ludzi, ani zwierząt. Jest to jedna z czterech zasad nazywanych czterema filarami dharmy.

Czy obserwujesz zainteresowanie uczestników Woodstocku Międzynarodowym Towarzystwem Świadomości Kryszny?
– Przede wszystkim jak pada deszcz, robi się tłoczno w namiotach (śmiech). Zainteresowanie jest na pewno przy pradsada (dosł. łaska), czyli przy jedzeniu. Dużo ludzi przychodzi na program artystyczny, jeszcze więcej na koncerty. No i przychodzą też na sesje pytań i odpowiedzi. Akurat w tym namiocie jestem najczęściej i widzę, że całkiem sporo osób zainteresowanych jest odpowiedziami na różne ważne pytania. Jest to bardzo miłe, że ludzie chcą się czegoś dowiedzieć bez uprzedzeń.

– Ile czasu dziennie spędzasz na modlitwie?
– Kiedy przyjmujemy mistrza duchowego, składamy mu obietnicę, w jakiej ilości będziemy tę modlitwę wypowiadać. Ale nie chodzi o ilość, lecz o to, żeby przez jakiś czas absorbować umysł mantrą – jeśli robimy to krótko, to nie ma to takiego efektu, jak byśmy robili to dłużej. Najlepszym czasem jest około dwóch godzin dziennie. Wtedy umysł może się osłuchać i jest uspokojony, uduchowiony. Ale jak to w życiu, różnie to bywa, ja modlę się około godziny dziennie.

– Czy celem mantry jest zjednoczenie z Bogiem?
– Tak. Przede wszystkim to poznanie Boga najpierw. Mamy cztery stopnie objawienia się Boga. Pierwszy to jest nama, drugi to jest rupa, potem guna i lila. Najpierw jest nama, czyli imię. Powtarzamy mantrę, żeby poczuć, że Bóg jest Imieniem. Kiedy zaangażujemy się w tę praktykę, to nastaje w końcu taki moment, że staje się to nam objawione. Potem jest rupa – odkrycie formy Boga czy doświadczenia go w jakiś sposób, tego, co on robi, żeby mieć w tym udział.

– Opowiedz proszę jeszcze o najważniejszych świętach waszej religii.
– Mamy bardzo wiele świąt, w Indiach po prostu kocha się święta. Zawsze jest dobry czas, żeby świętować. Nasze najważniejsze święto to Dżanmasztami czyli narodzenie Kryszny, ono wypada w lecie, ale nie ma ustalonej daty. Drugim takim świętem jest Gaurapurnima, które wypada w tym samym czasie co Holi, czyli święto kolorów. Gaurapurnima to dzień, kiedy urodził się mistyk Czaitania, który zapoczątkował wisznuizm bengalski, czyli zaczął propagować praktykę powtarzania imion Boga. Wcześniej wielbiło się Krysznę, ale śpiewanie imion Boga czy ich medytowanie nie było aż tak bardzo znane.

– Czy to święto kolorów jest w jakiś sposób powiązane z festiwalami kolorów, kiedy ludzie obrzucają się farbkami w proszku?
– Jest bardzo powiązane. Jest ono zaczerpnięte właśnie z hinduizmu, tylko trochę wyrwane z kontekstu, bo pozostał tylko ten element, że obrzucamy się kolorami na znak tego, że idzie wiosna. Jest z tym tak, jak ze świętami wszędzie – na dawne święta nakładają się święta typowe dla danej tradycji religijnej. Podobnie mamy z 24. grudnia. Kiedyś Hindusi mieli święto wiosny, ale na to nałożyło się święto związane z kultem Kryszny. Tak więc teraz w Holi świętujemy zarówno pojawienie się pory wiosennej, jak i zwycięstwo dobra – Kryszny, nad złem – mocami demonicznymi.

– Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

W dalszej części zmierzam do białego, skromnego stoiska na uboczu drogi wjazdowej. Stacjonuje tam grupa chrześcijan, której członkowie twierdzą, że nie są wyznawcami żadnej denominacji. Okolica stanowiska usłana jest porozrzucanymi broszurami – ich ewangelizacja odnosi najwyraźniej niewymierne skutki. Z ulotek przebrzmiewa ostrzegawczy ton: katolicy nie osiągną życia wiecznego – za czczenie obrazów, wiarę w uczynki i wyznawanie zorganizowanej religii czeka ich wieczna kaźń w jeziorze siarki. Mężczyźni nie wydają się chętni do rozmowy, gdy mówię im, że chcę opublikować moją relację z Woodstocku na portalu ekumenizm.pl. Jasno deklarują swój przeciw wobec dialogu międzywyznaniowego. Jeden z nich, Marek, utrzymuje, że nie są żadną denominacją – określają się mianem chrześcijan. Nieusatysfakcjonowany tym tłumaczeniem, szukam wskazówki na ich oficjalnej stronie, niestety bez efektu.
Wygląda na to, że nie mnie jedynego intryguje kwestia tego, gdzie na mapie 40 000 wyznań chrześcijańskich znajduje się ta enigmatyczna grupa. Kilka osób przystaje, żeby zapytać o to samo i zaraz usłyszeć podobną odpowiedź. Kontynuuję rozmowę z Markiem. Mężczyzna opowiada o swoim odejściu z Kościoła Katolickiego w miarę odkrywania Pisma Świętego. – Byłem bardzo maryjnym katolikiem – mówi. Obecnie w kulcie Matki Bożej dopatruje się inspiracji diabelskich. Do księży nie żywi urazy. Na dowód działalności Ducha Świętego w życiu człowieka przywołuje własne wyzwolenie z nałogów i świadectwo kolegi, kiedyś satanisty i fana Kata, do gorliwego wyznawcy Chrystusa.

Nie tylko mnie interesuje to tajemnicze zgromadzenie – rozmowę z jednym z nich zainicjowała uśmiechnięta dziewczyna. Wydaje się zaangażowana w dyskusję, po uprzejmej wymianie zdań zabiera materiały informacyjne i odchodzi od stoiska. Udaje mi się ją dogonić, żeby dowiedzieć się więcej o grupie mężczyzn. Klaudia, bo tak ma na imię, zdradza mi denominacyjne pochodzenie ichniejszego wyznania. – To są branhamiści. Wywodzą się z chrześcijaństwa ewangelicznego – mówi. Ich założycielem był William Branham, który wewnątrz wspólnoty uchodził za proroka. Przepowiadał koniec świata i nie uznawał doktryny Trójcy Świętej. Był też autorem osobliwe tezy, że Kain jest synem Ewy i Szatana, który zwiódł ją w rajskim ogrodzie. Wewnątrz wyznania branhamistów na skutek podziałów pojawiły się kolejne nurty. Klaudia jest bardzo obeznana w temacie. Sama, jak się okazuje jest w Kościele Zielonoświątkowym. Razem ze współwyznawcami przyjeżdżają do Kostrzyna z pobliskiego zboru w Gorzowie, żeby ewangelizować. Nie mają żadnego stanowiska, więc działalność misyjną uskuteczniają w drodze. Twierdzi, że jej efekty są różne – jedni reagują drwiną, a inni odbierają ich działalność pozytywnie. W jej przekonaniu wiele przyjezdnych ma w sobie pustkę, którą stara się zapełnić doczesnymi dobrami. Nasza pogawędka trwa dosłownie chwilę. Klaudia kontynuuje swoją misję, a ja podążam do czwartego przystanku na mojej wyznaniowej mapie.

Upalne słońce wysuszyło błoto na tyle, że można po nim iść bez ugrzęźnięcia. Ogrom porozrzucanych puszek stanowi istną żyłę złota dla lokalnych złomiarzy. Nogi prowadzą mnie dalej, na oczyszczone ze śmieci pobliskie wzniesienie ASP. Pośród stanowisk organizacji pozarządowych, obozuje tam namiot rodzimowierców. Trwa jeszcze dyskusja z uczestnikami spotkania i wyznawcami pogańskich bóstw. Na rozmowę umówiłem się z Ratomirem, rzecznikiem Rodzimego Kościoła Polski.

– Spotkałem wiele wyznań w Kostrzynie, ale z rodzimowiercami nie miałem jeszcze do czynienia. Który raz jesteś na Woodstocku?

– Drugi raz, ale nie dziwię się, że nas nie spotkałeś, bo formalnie jesteśmy tu po raz pierwszy. Poza tym jesteśmy mniejszością i nie często się o nas wspomina.

– Chciałem Cię zapytać o Twoje imię. Po identyfikatorze widzę, że Twoje prawdziwe imię to nie Ratomir.

– Jest to jak najbardziej moje prawdziwe imię z tym, że z postrzyżyn. Obrzędu rodzimowierczego, który w średniowieczu był przeprowadzany wśród chłopców w wieku 7-12 lat i oznaczał, nie tak jak w chrześcijaństwie – włączenie do wspólnoty wyznaniowej, tylko do społeczności męskiej.

– Rodzimowiercy zrzeszają się w uznanej wspólnocie religijnej, której oficjalna nazwa to…

– Rodzimy Kościół Polski, z tym że w Polsce zarejestrowane są cztery rodzimowiercze związki wyznaniowe, z czego – co mi wiadomo – obecnie czynnie działają dwa. Oprócz tego rodzimowiercy organizują się w różnych stowarzyszeniach i fundacjach. Poza tym jest jeszcze wiele wspólnot lokalnych, które pozostają niesformalizowane.

– Potrafisz wymienić nazwy tych pozostałych wspólnot?

– Rodzimy Kościół Polski jest najstarszy. Potem mamy Związek Wyznaniowy Rodzima Wiara, Zachodniosłowiański Związek Wyznaniowy Słowiańska Wiara i Polski Kościół Słowiański, założony w Toruniu przez archeologów, bardziej jako klub dyskutancki niż wyznanie. Aczkolwiek cały czas figuruje w rejestracji MSWiA, obecnie w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji.

– Ile wyznawców liczy Wasz związek?

– Przewidujemy dwa rodzaje przynależności: formalną, która jest uzależniona od złożenia pisemnej deklaracji przystąpienia, i tych członków szacuję na około 300-500 osób, oraz uznaniową, czyli opartą na ustnym wyrażeniu woli, i ich liczbę szacujemy na ok. 2000 – 2500 osób.

– Czy popularna forma „poganie” jest obraźliwa czy akceptowalna?

– Przede wszystkim forma „poganie” jest mało precyzyjna, więc staramy się doprecyzowywać swój system wyznaniowy używając określenia „rodzimowierstwo słowiańskie”. Forma „poganie” jest natomiast obraźliwa tylko wówczas, jeżeli ktoś jej w takiej intencji używa, w celu obrażenia, zdeprecjonowania. Jeżeli ktoś jednak używa tej formy jako pewnego rodzaju uogólnienie czy skrót myślowy, to nie mam powodu, żeby się obrażać.

– Jak długo jesteś rodzimowiercą?

– Kilkanaście lat, a w zasadzie od zawsze. Człowiek najpierw bowiem dochodzi do pewnych przemyśleń, do pewnego światopoglądu, co miało miejsce w moim przypadku, a następnie uświadamia sobie, że to, do czego doszedł, po części sam, po części szukając w źródłach, historii, kulturze, znajduje odbicie w rodzimowierstwie słowiańskim, czyli czymś, co rzeczywiście istnieje, funkcjonuje i trwa nadal, a nie – tak jak niektórzy próbują dowieść – zniknęło raptem w okresie chrztu Polski.

– Wasze wyznanie jest mniejszościowe i niecodzienne z uwagi na to, że wierzycie w wiele bóstw, dlatego odróżniacie się chociaż od takich mniejszości jak muzułmanie. Jak Twoi najbliżsi zapatrują się na Twój wybór?

– Ja akurat znajdowałem się w tej dobrej sytuacji, że pochodzę z rodziny mieszanej światopoglądowo, więc miałem od początku możliwość wybrania swojej ścieżki, zarówno ideologicznej, jak i wyznaniowej i  nie było z tym żadnego problemu. Natomiast to nie jest tak, że jesteśmy jedynymi politeistami w Polsce, są również związki wyznaniowe np. ásatrú, nawiązujące do wierzeń nordyckich czy wicca.

– Czy dostrzegasz jakieś podobieństwa, które łączyłyby nasze religie?

– Samo nasuwa się stwierdzenie, że wszystko to, co katolicyzm zapożyczył sobie z naszych wierzeń i naszych rytuałów, obrzędów, czyli na przykład dodatkowe nakrycie stołu podczas wigilii czy sianko pod obrusem, malowanie jajek na Wielkanoc. Albo marzanna – to jest pogaństwo w czystej formie, święto plonów czyli Dożynki również, nie wspominając o Kupale, puszczaniu wianków i oczyszczających sokach przez ognisko. Oczywiście katolicyzm próbował nadać temu własne znaczenie, ale wszyscy znający swoją kulturę mogą bez problemu dotrzeć do pogańskiej genezy tych obrzędów.

– Jakie święta celebrujecie?

– Cztery główne święta przypadają w dni przesileń i równonocy, czyli poczynając od roku wegetacyjnego, mamy Jare Święto, czyli święto wiosny, Kupałę – przesilenie letnie, mamy Plony, czyli późniejsze Dożynki we wrześniu i Szczodre Gody, pokrywające się z późniejszym Bożym Narodzeniem. Do tego dochodzą dwa główne święta poświęcone duchom przodków, czyli Dziady Wiosenne i Dziady Jesienne, czyli Zaduszki. Naturalnie są jeszcze inne, pomniejsze święta.

– Czy na przestrzeni tygodnia macie jakiś świąteczny dzień, jak niedziela w chrześcijaństwie czy sobota w judaizmie?

– Słowo „niedziela” jak sama nazwa wskazuje pochodzi od słów „nie dziela”, czyli nic się nie dzieje, nikt nic nie robi. To był dzień odpoczynku, więc też staramy się odpoczywać w niedzielę choć wiadomo, że mamy XXI wiek i trzeba się również dostosować do współczesnych realiów. Rodzimowierstwo nie jest religią popadającą w jakiś skrajny dogmatyzm, więc nie ma na przykład takiej sytuacji, że ktoś komuś coś narzuca czy dyktuje. Mamy określony wspólny trzon wierzeń, wokół którego dopuszczalna jest dość szeroka swoboda interpretacyjna. To jednak właśnie ów wspólny fundament nas, rodzimowierców, scala.

– Czy w rodzimowierstwie jest jakiś bóg odpowiedzialny za jakieś zjawisko atmosferyczne?

– Na przykład Strzybóg, czyli bóg wiatrów, ale mamy też demony z tym związane, na przykład płanetniki, które zajmowały się sprowadzaniem deszczu albo odganianiem chmur.

– Czy uważasz, że mogły ściągnąć ten deszcz, który doświadczyliśmy wczoraj?

– Myślę, że wiele osób w to wierzy. Ja generalnie uważam, że bogowie mają odbicie w naturze, są jej przejawami czy raczej przez prawa natury przejawiają swe istnienie. Są z nią związani, więc to, co nas otacza, to też jest bóg. Dlatego nasz politeizm jest silnie nacechowany panteizmem i to funkcjonuje ze sobą w wielkiej zgodzie.

– Poza zwyczajami, o których wspomniałeś, czy dostrzegasz jakieś inne podobieństwa między rodzimowierstwem a chrześcijaństwem, może w sferze obyczajowej?

– Generalnie żyjemy na tych ziemiach od dłuższego czasu, katolicyzm jest tu od ok. tysiąca ostatnich lat, zatem pewne rzeczy musiały się przenikać. U Słowian na pewno nie było takiej purytańskości jak w chrześcijaństwie, zwłaszcza tym średniowiecznym. Dlatego na przykład święto Kupały jest opisywane przez kronikarzy jako święto rozwiązłości, podczas którego nie wiadomo co się wyczyniało. Natomiast rzeczywistość wyglądała tak, że dla takiego mnicha połowa odsłoniętej w tańcu kobiecej łydki była wystarczającym powodem do zgorszenia.

– Czy uważasz, że można znaleźć wspólny mianownik w polskości i rodzimowierstwie?

– Nie tyle można go znaleźć, co on po prostu jest. Mamy patriotę, czyli osobę, która kocha swój kraj, język, kulturę. W rodzimowierstwie również ważna jest własna kultura, związek z ziemią, ze swoją wspólnotą. Nie mylmy tu jednak patriotyzmu ze skrajnym nacjonalizmem, bo to jest jego skrajna, wypaczona forma. Nacjonalizm to nie patriotyzm. Te pojęcia nie są synonimami i chciałbym wyraźnie to podkreślić. A mimo to rodzimowierstwu słowiańskiemu próbuje się przyczepić łatkę nacjonalizmu, co jest krzywdzące i błędne.

– Przywiodło mi to na myśl organizację Niklot [organizacja nacjonalistyczna powołująca się na religie pogańskie – TS]. Czy słyszałeś o niej?

– Słyszałem o organizacji Niklot, ale to nie jest związek, lecz stowarzyszenie. Nie będę się wypowiadał za Niklota, bo trzeba by było ich zapytać, jak oni to widzą. Natomiast ze swojej perspektywy, członka Rodzimego Kościoła Polskiego, mogę powiedzieć, że każdy mariaż wiary z polityką kończy się źle, zwłaszcza dla tej pierwszej. Dla polityki, w ostatecznym rozrachunku, zwykle też nie wychodzi to najlepiej. Dlatego jestem zdania, że jeśli ktoś chce się zajmować polityką, to ma od tego grupy polityczne, partie, a jak ktoś chce się zajmować wiarą, to ma od tego związki wyznaniowe i Kościoły. W Kościele Rodzimym sprawy poglądów politycznych pozostawiamy do indywidualnej, osobistej oceny.

– Powiedz mi, co oznacza symbol, który widać na fladze waszego namiotu?

– Symbol „Rąk Boga” przedstawia Boga Najwyższego, czyli główną siłę sprawczą, naturę, wszechświat… Cztery dłonie skierowane w cztery strony świata, pomiędzy które wpisane są swarzyce. Generalnie przedstawiają równowagę do której dąży natura, cały otaczający nas świat, to co dla nas najważniejsze… – Podobne symbole można zobaczyć w hinduizmie, zgadza się?- Jeśli chodzi o element jakim jest swastyka, to została ona zaadoptowana i wypaczona przez Hitlera, natomiast jej znaczenie i historia są zupełnie inne niż to, które utrwaliło się w Europie przez pryzmat nieszczęść drugiej wojny światowej. Trzeba uświadomić społeczeństwu, że to przede wszystkim symbol szczęścia i pomyślności, znacznie starszy niż III Rzesza i w jego pierwotnej, pozytywnej formie używany był również przez Słowian. Także oddziały Wojska Polskiego, podczas pierwszej i drugiej wojny światowej się nim posługiwały. Hitler bezprawnie zawłaszczył ten symbol, wpisując go w biały okrąg na karmazynowym tle i obracając o 45 stopni. Używanie go właśnie tej formie jest zabronionym przez polskie prawo propagowaniem faszyzmu, którego u nas w żadnym wypadku nie znajdziesz.

– Wróćmy do religii, czy znana jest liczba waszych bogów?

– Nikt nie jest w stanie rzetelnie odpowiedzieć na to pytanie. Konkretnej liczby nie znamy. Jest Bóg Najwyższy, bogowie głównego panteonu, bogowie pomniejsi, do tego jest jeszcze szeroki wachlarz duchów opiekuńczych miejsc, także ciężko jest to jednoznacznie oszacować. Nie ma takiego „drzewa genealogicznego” bóstw. Jest to niemożliwe do wykonania, tym bardziej, że w różnych rejonach te wierzenia się przenikały, i w zależności od tego, jaki region albo okres dziejów rozpatrujemy, to te wierzenia się kumulowały, zmieniały, nakładały na siebie. To jest religia żywa, naturalna, nie ma w niej świętej księgi, objawień, założyciela – mesjasza, który powiedział, co należy robić, żeby żyć godnie i być dobrym człowiekiem. U nas kluczowa jest empatia i zdolność samodzielnego myślenia, bo żaden gotowy przepis nie zastąpi nam zdolności wczucia się w sytuację drugiej osoby.

– W jaki sposób nawiązujesz łączność z bogami?

– Jeżeli są związani z naturą, to przede wszystkim poprzez obcowanie z naturą. To najprostszy sposób, najbardziej pierwotny. Czasami odczuwasz tego boga w sposób wręcz namacalny. Osobiście nie widzę lepszego sposobu.

– Czy macie jakieś modlitwy?

– Oczywiście są modlitwy. Także obrzędy. Wszystko można znaleźć na naszych stronach internetowych.

– Czy zasady waszej religii są w jakiś sposób skategoryzowane, macie coś na kształt Credo w chrześcijaństwie?

– Mamy takie dość ogólne Credo, które brzmi „rób, co chcesz, byle byś przy tym nie krzywdził innych”. Bardzo często powtarza się tez opinia, że rodzimowierstwo słowiańskie opiera się na zmysłowej i pozazmysłowej obserwacji otaczającego nas świata, zapoczątkowanej przez naszych słowiańskich przodków. I to chyba zamyka temat. Tak jak powiedziałem wcześniej, nic nie zastąpi empatii i zdolności samodzielnego myślenia.

– Jak oceniasz waszą działalność na Woodstocku? Spotykacie się z zainteresowaniem?

– Jak widać – spójrz na namiot – jest pełny. Żałujemy, że nie mamy większego.

– Czy ktoś został zwerbowany na tyle, żeby przejść do waszej religii?

– Nas to nie dotyczy. U nas nie ma takiego założenia. Rodzimowierstwo nie jest religią misyjną, nie jest nastawiony na pozyskiwanie nowych członków za wszelką cenę. Wychodzimy z założenia, że ktoś, kto się dostatecznie interesuje własną kulturą, kulturą i historią swoich przodków, wcześniej czy później sam natrafi na rodzimowierstwo. Żałujemy, że informacja o nas nie jest powszechna i ogólnie dostępna, a przez to nie jest nas łatwo znaleźć, ale nie prowadzimy jakiejś akcji misyjnych. Przykładowo z tego powodu środowiska, które zajmują się analizą sekt czy nowych ruchów wyznaniowych, nie klasyfikują nas jako zagrożenie, ponieważ nie prowadzimy masowego nawracania czy podobnych rzeczy. Opieramy się na edukacji, na uświadomieniu ludziom, że mamy własną kulturę, że przed wierzeniami chrześcijańskimi były tu własne wierzenia.

– Co oznacza Twoje imię?

– Ratomir? Był taki legendarny władca południowosłowiański, który bronił rodzimej wiary do tego stopnia i na tyle gorliwie, że chrześcijanie, który zostali wcześniej sprowadzani na teren jego kraju, musieli z niego uchodzić albo ukrywać się najdalszych, górskich ostępach. Ratomir był na tyle konsekwentny w tym co robił, że jego działania kontynuowali jeszcze jego czterej synowie. Może się wydawać, że wybrałem takie imię z uwagi na to, że Ratomir prześladował chrześcijan. Nie. Obrałem to imię, dlatego że to była osoba, która walczyła o swoje wartości, walczyła z czymś, co było obce, napływowe i nie dawało możliwości na zawarcie kompromisu. Monoteizmy nie są nastawione na nawiązanie porozumienia i dialogu z politeizmami. Ekumenizm też nie obejmuje politeizmów, więc rodzimowiercy byli zmuszeni albo się bronić albo dać się spisać na zagładę. Na szczęście pomimo tylu wieków udało nam się przetrwać. Mamy nadzieję, że teraz, kiedy ludzie poszukują, badają, to będzie im łatwiej znaleźć to, co ich wiąże z tą ziemią, własną kulturę, rodzimą wiarę.

– Dzięki, że znalazłeś czas na rozmowę.

Opuszczam okolice namiotu rodzimowierców. Przede mną jeszcze dwa spotkania. Idąc ustawionych rzędem pojazdów, trafiam do klubu motocyklowego Boanerges. Jego logiem są nałożone na siebie krzyż, gołębica i koło od motoru. Nazwa z języka hebrajskiego oznacza Synów Gromu, czyli Jakuba i Jana. Do ich punktu ustawia się kolejka. Można w nim nabyć tematyczne koszulki tudzież inne pamiątki, chociażby przypinki do skóry. Mają także do rozdania za darmo Biblie metalowca i motocyklisty. Biorę pierwszą z nich. Jest to Nowy Testament opatrzony zbiorem modlitw oraz świadectwami muzyków metalu chrześcijańskiego i byłych satanistów. Od patrolującego teren mężczyzny dowiaduję się, że nie są związani z każdym konkretnym wyznaniem, a członkowie klubu należą do różnych Kościołów. Na temat doświadczeń z Woodstocku, motocyklowej ewangelizacji i historii klubu rozmawiam z Pawłem.

– Który raz jesteście już na Woodstocku?
– Trudno zliczyć, na pewno byliśmy ponad piętnaście razy. Ciężko odpowiedzieć, gdyż na początku zlotów nie przypominało to tego, co mamy teraz. Była to po prostu garstka znajomych, która miała podobny światopogląd i idee, i która się w jednym miejscu zbierała, odgradzała taśmą i wykazywała inicjatywę pomagania innym. Początki były bardzo nieoficjalne, nieformalne.

– A powiedz mi, proszę, czy Wasz klub jest związany z jakimś konkretnym Kościołem, zborem, wyznaniem?
– Nie. Wręcz odcinamy się od konkretnego kościoła. Ludzie, którzy dla nas pracują, wolontariusze są rożnych Kościołów. Wspólny czynnik nas łączący to wiara w tego samego Boga. Wszyscy wyznają główne prawdy wiary. Natomiast to, z jakiego jesteś Kościoła nie tylko nie ma znaczenia, ale wręcz nie jest poruszane na terenie naszej motowioski i nie jest propagowane, bo to może być źródłem konfliktów, a nie przyjemnej rozmowy.

– Ale mimo to prowadzicie działalność ewangelizacyjną.
– Tak, natomiast nie jest to działalność w obrębie konkretnego kościoła w takim codziennym znaczeniu. My przede wszystkim zajmujemy się rozdawaniem Biblii Motocyklisty i ona nie jest związana z żadnym polskim Kościołem. Przekład Biblii jest akceptowany przez wszystkich nas obecnych. Nie mamy do niego zastrzeżeń, nie ma w nim żadnych herezji.

– Czy poza Woodstockiem udzielacie się w innych inicjatywach?
– Tak. Klub jest podzielony na cztery oddziały, tak zwane czartery: północ, południe, wschód, zachód i w obrębie tych oddziałów prowadzimy własne inicjatywy. Każdy oddział ma swoje. Staramy się uczestniczyć w życiu motocyklistów, jeździmy na zloty tam, gdzie jest taka możliwość, pomagamy, rozdając kawę, herbatę, Biblię. W innych sytuacjach po prostu jeździmy na zlot i rozmawiamy z ludźmi. Po to tu jesteśmy, chcemy pokazać, że możemy w tym środowisku funkcjonować i mimo to mieć swoje zasady.

– Z jakimi reakcjami się spotykacie, czy to tu, czy na innych zlotach?
– Powiem tak: środowisko motocyklowe jest środowiskiem szanującym inne poglądy, i jednocześnie nie pozwalające sobie narzucać sobie innych poglądów. Nie spotykamy się z brakiem szacunku albo zdarza się to niezmiernie rzadko.

– Wasza działalność cieszy się zainteresowaniem wśród uczestników Woodstocku…
– Nie jestem do końca przekonany, czy spotykamy się z wielkim zainteresowaniem. Często ludzie nawet nie wiedzą o motowiosce. Ludzie nie kojarzą motowioski z Przystankiem Woodstock. Jest to bardzo drobne wydarzenie. Samo to, że jest to teren zamknięty, powoduje pewną trudność dla woodstockowiczów. Tutaj jest podobnie jak na terenie całego festiwalu. Ludzie mają swoje poglądy, ale szanują innych ludzi. I sami też spotykamy się z szacunkiem. Żyjemy w symbiozie z woodstockowiczami.

– Ewangelizacja przy użyciu motoru musi być ciekawa…
– Motocykl jest tylko wspólnym hobby. Równie dobrze moglibyśmy spotykać się na zlocie fotografów i rozdawać Biblię Fotografa. Nie zmuszamy się do jazdy motocyklem, jest to nasza pasja. I dzieląc pasję mamy szansę dotrzeć do innych ludzi, ale jak wcześnie wspominałem, nic na siłę.

– Na koniec chciałbym zapytać o Twój ulubiony fragment Pisma Świętego.
– Nie ma takiego fragmentu, jest to po prostu cała Księga Salomona. Salomon był po prostu genialnym gościem, on pisze o wszystkim, co ma odniesienie do współczesnego życia: podatki, władza, wychowanie dzieci. Mądry człowiek i jego mądrości do dzisiaj są aktualne.

– Dzięki za rozmowę.

Czas na ostatni punkt mojego rajdu w poszukiwaniu religijności wśród pół miliona fanów rocka. Przystanek Jezus jest katolicką inicjatywą powołaną w celu ewangelizowania woodstockowiczów. W trakcie kolejnych edycji ich namiot zmieniał położenie. Ten rok jest wyjątkowy: z uwagi na przygotowania do Światowych Dni Młodzieży, szeregi duchownych i młodych ewangelizatorów są skromniejsze, a sam Przystanek obozuje nie poza obrębem Woodstocku, jak to bywało dotychczas, ale w jego centrum. Na wzniesieniu ustawiony jest biały, wysoki krzyż, wokół niego gromadzą się zakonnice, księża i wolontariusze. Jednym z nich jest Kasia, która częstuje mnie waflami ryżowymi z dżemem. Dosiadam się do Mateusza, kleryka zakonu oblatów. Przed nami ksiądz udziela rozgrzeszenia chłopakowi w stroju tygryska. Widok niecodzienny. Gdy spowiedź się kończy, podchodzę do duchownego, żeby zamienić parę słów. Jest to ojciec Paweł. Na Przystanek Jezus przyjechał po raz trzeci.

– Z jakiego jest Ojciec zakonu?
– Redemptorystów.

– Tak jak ojciec Tadeusz.
– Tak, znany współbrat.

– Widzę, że teraz mała reprezentacja na Przystanku Jezus.
– Jest to związane ze Światowymi Dniami Młodzieży. Wielu ewangelizatorów, którzy co roku przyjeżdżali, a było nas około ośmiuset, jest zaangażowanych w różne działania przygotowujące do ŚDM, stąd jest nas tak mało, ale chcieliśmy, żeby Przystanek Jezus trwał i żeby go nie przerywać. Kto mógł, przyjechał. Jest skromniej w tym roku, nie ma sceny, nie ma programu, jak to dotychczas bywało, ale chcemy służyć, jak potrafimy.

– Teraz się bardziej zjednoczyliście z Woodstockiem, bo na ogół byliście oddaleni…
– Tak, to było podyktowane zapleczem na scenę. Teraz jesteśmy bardziej zintegrowani. To doświadczenie jest bardziej hardkorowe.

– Jakie Ojciec ma doświadczenia z uczestnikami Woodstocku? Jakie są reakcje?
– Oczywiście bardzo różne. Przyznam, że przyjeżdżają tu bardzo różni ludzie, inteligentni, często czegoś poszukujący, z różnymi pytaniami. Nieraz są złośliwe docinki, ale to kwestia motywacji – mnie to nie zraża. Ale jest też bardzo dużo pozytywnych rzeczy: czasami negatywne podejście do księdza to maska.

– Czy są jakieś wyrazy niechęci względem ewangelizatorów?
– Zdarzają się czasami takie sytuacje, ale wyrobiłem sobie na tę okoliczność grubą skórę. Czasami są to tylko pozory, a gdy wejdzie się w dialog, to okazuje się, że w takim człowieku jest wiele dobra.

– Jaki jest Ojca ulubiony fragment z Pisma Świętego?
– Mam ich wiele, ale taki, który teraz przychodzi mi na myśl to „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie” (Łk 4, 18). To jest takie motto zgromadzeniowe, które tutaj działa, bo jest tu wiele osób zagubionych, zniewolonych, poszukujących, poranionych. Nieraz są takie radykalne przemiany w jednym momencie i widać szczere łzy na spowiedzi. Nieraz dla jednej takiej osoby warto przyjechać.

– Czyli generalnie Ojciec ma pozytywne doświadczenia z Przystankiem Woodstock.
– Tak. Obecnie jestem już zaprawiony, trzeba było jednak oswoić się z klimatem. Mimo różnorodności jest tu jednak wiele szacunku, jest coś co łączy tych ludzi.

– Dziekuję Ojcu za rozmowę.

Powoli się ściemnia. „Jezusowcy” wykopują krzyż przed zapadnięciem zmroku, na drugim końcu festiwalu młodzież zażywa błotnego SPA, publikę raczy swoją obecnością Inner Circle (znany z takich kawałków jak „A la la la song” czy „Bad boy”). Po nim na scenę wkracza była wokalistka Nightwish. Dla niektórych nie ma znaczenia, czy nazywa się Tarja Turunen czy Tina Turner. Ci, których muzyka już nie interesuje, zostają w namiotach, delektują się obfitością alkoholowych specjałów lub dając się ponieść namiętności – co sugerują specyficzne odgłosy – zajmują się powoływaniem do życia młodych Polaków – przyszłych beneficjentów programu 500+. W toitoiach bomba biologiczna już tyka. Odór, który dochodzi z toalet, przypomina mi zalecenia z Ćwiczeń Duchowych św. Ignacego z Loyoli, który w celu wyobrażeniu sobie piekła zaleca, żeby węchem wyobraźni wyczuć smród kału. Istotnie, woń ekstrementów potrafi otrzeźwić nawet najbardziej oszołomioną procentami głowę.

Pod sceną nachodzi mnie refleksja o poznanych przeze mnie ludziach. Woodstock jest miejscem specyficznym, dominantą tego festiwalu jest różnorodność – audytorium prezentuje szeroki przekrój społeczeństwa – młodych i starszych, rodziny z dziećmi, Polaków i Niemców, punków, skinheadów, metalowców, rockmanów, gothów i hippisów, dziewczyny w stroju à la Avril Lavigne i rastamanów na wzór młodego Boba Marleya. Może fakt ten jest jednym z powodów, dla których Woodstock jest dla pewnych jednostek solą w oku – w polskim społeczeństwie nadal opiewana jest homogeniczność poglądów. Przystankowi Woodstock można wiele zarzucić, ale wbrew pojawiającym się atakom, Kostrzyn z przełomu lipca i sierpnia to miejsce bezpieczne. Liczba 169 przestępstw nie przekracza średniego wskaźnika kryminalności w Polsce. Należy też mieć na uwadze, że jakby nie było, jest to jednak impreza kulturalna, która prezentuje szeroki zakres gatunków muzycznych (żeby wymienić kilka: elektronika – Prodigy, Gooral, metal – Closterkeller, Type O Negative, rock – Dżem, Hey, pop – Julia Marcell, Mela Koteluk, reggae – Indios Bravos, Maleo Reggae Rockers, punk – Proletaryat, Pidżama Porno, muzyka klasyczna – orkiestra symfoniczna Filharmonii Wrocławskiej, folk – Kapela ze Wsi Warszawa, Mazowsze, hip-hop – Fisz i Emade, Łona Weber). Pośród namiotów swoje stanowiska wystawiły organizacje, które prowadzą działalność charytatywną (Polska Akcja Humanitarna), optują za poszanowaniem praw zwierząt (Otwarte Klatki, Fundacja Viva), edukują w zakresie ochrony zdrowia (Fundacja Diabeciaki), promują trzeźwość (Monar) czy walczą z przejawami hejtu w sferze publicznej (HejtStop).

Nie wiadomo, jak funkcjonowałoby społeczeństwo bez różnorodności, pewnym jest natomiast że stanowi ona esencję festiwalu, którym jest Przystanek Woodstock. Czyż nie jest on soczewką każdego społeczeństwa? Także na tle religijnym rozmaitość tradycji i wierzeń stanowi on intrygujące spektrum. W walce z heterogenicznością jesteśmy skazani na porażkę, dlatego ważne jest, że należy nauczyć się żyć w harmonii i tolerancji, koncentrując się na tym, co nas łączy, unikając jednocześnie prozelityzmu i konfliktów.

 

 

galeria