Rozłam mariawityzmu w pigułce – niepojednana przeszłość kościoła w Grzmiącej

70

Przed 80 laty rozegrały się wydarzenia, które wywołały tragiczny rozłam w łonie mariawityzmu. Rozłam przeniknął ludzkie życiorysy i lokalne społeczności, a historia kościoła w Grzmiącej jest tego smutnym przykładem. Do dziś sprawa nie doczekała się żadnego opracowania i chrześcijańskiego rozwiązania.

Czy Ekumenizm.pl jest odpowiednim miejscem na teksty, które ukazują sprawy przykryte grubą warstwą milczenia? Czy portal ekumeniczny nie powinien zajmować się raczej tym, co łączy, a nie dzieli? Z pewnością istnieje taka pokusa, by zajmować się jedynie kwestiami łatwymi i wygodnymi. Tak jak to było do tej pory, chcemy ukazywać blaski i cienie, momenty chwały i milczenia różnych Kościołów, kiedyś i dziś.

Rozłam w mariawityzmie w 1935 roku stanowił gigantyczny wyłom w dziejach mariawityzmu, spowodował nie tylko instytucjonalny rozbrat, ale dokonał poważnego uszkodzenia teologicznego rdzenia. Skutki tego rozłamu odczuwane są do dziś – oprócz podzielonego mariawityzmu, nastąpił kryzys tożsamości mariawickiej w ogóle. Dziś we wsi Grzmiąca w pow. brzezińskim (woj. łódzkie) znajdują się dwie parafie: Parafia pw. Podwyższenia Krzyża Świętego, należąca do Kościoła Starokatolickiego Mariawitów w RP (Płock), i druga pw. Przenajświętszego Sakramentu należąca do Kościoła Katolickiego Mariawitów w RP (Felicjanów). Społeczność płocka modli się w kościele, a felicjanowska w kaplicy. Jednak nie zawsze tak było.

Źródła i dokumenty

W Instytucie Pamięci Narodowej (IPN) zachowała się obszerna dokumentacja, opisująca wydarzenia, jakie nastąpiły kilka lat po rozłamie: zeznania spisane przez Gestapo i Urząd Bezpieczeństwa (UB), ale także wspomnienia bezpośrednich uczestników tamtych wydarzeń oraz akta sądowe z lat powojennych z wypowiedziami obydwu stron. Ważne dokumenty znajdują się również w stołecznym Archiwum Akt Nowych przejęte od Urzędu ds. Wyznań. Dostępny materiał dowodowy jest obszerny, a źródła zróżnicowane. Niestety nie udało się pozyskać dokumentacji ze strony płockiej. Na zapytanie autora poniższego tekstu zarówno proboszcz Parafii Kościoła Starokatolickiego Mariawitów w Grzmiącej, jak i Biskup Naczelny Kościoła Starokatolickiego Mariawitów zadeklarowali, że nie dysponują żadnymi materiałami w tej sprawie. Nie podejmując się oceny wiarygodności tych zaskakujących deklaracji warto jednak podkreślić, że organa państwowe skrupulatnie prowadziły dokumentację w sprawie podobnie jak i felicjanowska strona sporu.

Kapituła w 1935 r. i rozłam w Grzmiącej

Tragiczne wydarzenia w Grzmiącej wpisane są w burzliwe dzieje mariawityzmu początku lat 30. XX wieku. Kościołem Starokatolickim Mariawitów kierował abp Jan Maria Michał Kowalski, najbliższy współpracownik św. M. Franciszki Kozłowskiej, który mocną ręką trzymał władzę w Kościele. Czasy były bardzo niespokojne. Składały się na to różne czynniki: mariawityzm odzyskał i skonsolidował siły po pierwszym kryzysie z lat 1922-1924 roku (małżeństwa kapłanów z siostrami zakonnymi). Wciąż jednak nie ustawały działania duchowieństwa rzymskokatolickiego, mające na celu zdyskredytowanie mariawityzmu pozbawionego już od dawna charyzmatycznej Przywódczyni. Założycielka zmarła bowiem w 1921 roku i zgodnie z jej wolą to właśnie abp Kowalski przejął pełnię władzy w Kościele. Zgromadzeniu żeńskiemu sióstr mariawitek przewodziła s. Antonina M. Izabela Wiłucka, małżonka arcybiskupa.

Poza religijnymi, pojawiają się na horyzoncie również istotne czynniki polityczne – władze II RP niezbyt przychylnie patrzyły na mariawitów i powodowane niechęcią wobec Kościoła mariawickiego chciały doprowadzić do osłabienia pozycji abp. Michała. Przy akompaniamencie duchowieństwa rzymskokatolickiego władze zaangażowały się w projekt stopniowego demontażu mariawityzmu przy użyciu potężnej machiny medialnej. Dowodem są procesy wytaczane przeciwko arcybiskupowi począwszy od 1908 roku i trwające do 1931 roku. Oskarżenia dotyczyły nie tylko „lżenia” z Kościoła rzymskokatolickiego (tak traktowano m.in. podważanie dogmatu o nieomylności papieskiej), lecz także domniemanych czynów lubieżnych. Koalicja, którą tworzyli hierarchowie rzymskokatoliccy, w tym nawet biskup polowy Wojska Polskiego Józef Gawlina, pojedynczy duchowni, mariawiccy renegaci, a przede wszystkim prasa narodowo-katolicka i endecja zmierzały do zdyskredytowania i zniszczenia mariawityzmu. Kościołowi mariawickiemu nie tylko skutecznie utrudniano rozwój, ale ograniczano bieżącą działalność [1]. Zmasowane działania władz i Kościoła rzymskokatolickiego zmierzały do skłócenia środowiska mariawickiego i nakłonienia sióstr, kapłanów i świeckich do porzucenia mariawityzmu. Projekt ten powiódł się w niemałej części, m.in. dzięki dyspozycyjnym organom ścigania, „niezależnemu” sądownictwu i posłusznym mediom. W warunkach nieustannej konieczności odpierania zarzutów i oskarżeń prawnych wspólnota mariawicka starała się normalnie funkcjonować, jednak od jakiegoś czasu atmosfera wśród kapłanów zaczęła się psuć, a duchowość schodziła na dalszy plan.

Wśród biskupów mariawickich – Romana M. Jakuba Próchniewskiego, Wacława M. Bartłomieja Przysieckiego, Wawrzyńca M. Franciszka Rostworowskiego i Klemensa M. Filipa Feldmana – zawiązał się spisek. Właściwie bunt rozpoczął się od bp. Próchniewskiego, jednak ten przekazał inicjatywę bp. Feldmanowi. Zanim to się jednak stało, do abp. Kowalskiego docierały informacje o niepokojach w kilku parafiach mariawickich. Delegował więc bp. Feldmana do wyjaśnienia problemów, podczas gdy ten za namową biskupów dołączył do spisku, by stać się po wahaniach bp. Próchniewskiego jego przywódcą. Zwierzchnik Kościoła bagatelizował problem, będąc pochłonięty działalnością naukowo-teologiczną i publicystyczną. Nie zdawał sobie sprawy, że biskupi zdecydowali się na jego usunięcie, tym bardziej, że w X 1934 r. abp Michał obchodził jubileusz sakry biskupiej, podczas którego otrzymał wiernopoddańcze życzenia podpisane przez pięciu biskupów, kapłanów i siostry kapłanki, braci i siostry zakonne, a także osobne pismo od bp. Rostworowskiego. Nic nie zapowiadało przewrotu… aż do stycznia 1935 roku.

Emisariusze biskupów podróżowali po parafiach, kolportując informacje o abp. Kowalskim, że zdziwaczał, cierpi na chorobę psychiczną i należy go niezwłocznie ubezwłasnowolnić. W akcję zaangażowały się również niektóre siostry kapłanki zdezorientowane zarysowaną przez przeciwników arcybiskupa perspektywą delegalizacji Kościoła przez władze, jeśli zwierzchnik pozostanie na stanowisku. W obiegu były plotki o klasztornych ekscesach i arcybiskupie nieliczącym się z opinią wiernych. Wbrew pojawiającym się w niektórych publikacjach stwierdzeniom, jakoby kapłaństwo kobiet było jedną z przyczyn rozłamu, należy w tym miejscu przypomnieć, że również po rozłamie zbuntowani biskupi wyświęcali nowe kapłanki, lecz niedługo po tym zmusili siostry do zrzeczenia się funkcji kapłańskich.

Wbrew statutowi Zgromadzenia biskupi mariawiccy zwołali kapitułę, do czego prawo miał tylko minister generalny Zgromadzenia Kapłanów Mariawitów (abp Kowalski) lub w razie jego śmierci wikariusz generalny, i to w określonym czasie (co najmniej trzy tygodnie przed kapitułą powinno zostać wysłane zaproszenie, a sama kapituła odbyć się w oktawie Świąt Zesłania Ducha Świętego). Arcybiskupa odizolowano i mimo dwukrotnych próśb nie zezwolono mu na udział w kapitule. Do płockiego sanktuarium zjechali się kapłani i świeccy delegaci z parafii mariawickich. Płock stał się areną, na której zderzyły się nie tylko różne wizje mariawityzmu, ale i interesy oraz gdzie odbyła się walka o wpływy. Rewolucja „w imię przywrócenia starego porządku” zaczęła się od uniemożliwienia zwolennikom abp. Kowalskiego aktywnego udziału w kapitule. Stronnicy abp. Kowalskiego zarzucali „feldmanowcom”, że w zbuntowanej kapitule udział wzięli „świeżo obłóczeni i nowo wyświęceni młodzieńcy”. Wszystkiemu poprzez sieć agentów przyglądały się władze. Wynik spisku odbił się ciężkim piętnem na mariawityzmie, który utracił ok. 30% wiernych, a parafia w Grzmiącej jest tego najbardziej dramatycznym przykładem.

Rozłam w Grzmiącej

W styczniu 1935 roku mariawici z Grzmiącej i okolicznych wsi otrzymywali kolejne informacje o sytuacji we władzach Kościoła. Zdecydowano, że delegatami parafii zostanie dwóch członków rady parafialnej – Bronisław Kwiatkowski oraz Kazimierz Staroń, przyjaciel i szwagier Kwiatkowskiego. Obydwaj jechali do Płocka jako zwolennicy bp. Feldmana. Sytuacja przy Świątyni była bardzo napięta. Wstęp do kościoła był jedynie za okazaniem wejściówki, najprawdopodobniej, aby uniemożliwić kolejnym zwolennikom abp. Kowalskiego wejście do sanktuarium, w którym kapłanki na zmianę celebrowały msze święte 24 godziny na dobę, a siostry odprawiały adorację eucharystyczną. Panował chaos informacyjny.

Z tamtego czasu zachowały się wspomnienia nieżyjącej już Pelagii Sikorskiej z d. Kwiatkowskiej spisane w 2004 r. Są zgodne z zeznaniami, jakie Sikorska złożyła wobec polskich władz w 1947 r. Sikorska była córką kapłana ludowego Bronisława Kwiatkowskiego, uczestnika kapituły w 1935 roku, który zginął śmiercią męczeńską w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Warto zaznaczyć, że relacje Sikorskiej zgadzają się z zeznaniami innych świadków spisanymi po wojnie w ramach śledztwa przeciwko bp. Januszowi M. Szymonowi Bucholcowi i kilku innym duchownym. W odtajnionych aktach IPN zachowały się zeznania świadków wydarzeń oraz samego bp. Bucholca, a także obszerne akta spraw sądowych, podczas których słuchani byli zarówno mariawici związani z Płockiem, jak i Felicjanowem. Wróćmy jednak do wspomnień Pelagii Sikorskiej.

W kapitularzu, największej sali, jaka znajdowała się w pomieszczeniach klasztornych, zebrała się Kapituła. W pomieszczeniu – co było niespotykane – wystawiono Najświętszy Sakrament po to „by nadać powagi kapitule – jakby brano na świadka Pana Jezusa Utajonego, że to, co tam zostało postanowione jest słuszne i nieodwołalne”. Porządek obrad kapituły obejmował wybór następcy abp. Kowalskiego „tak jakby sprawa była przypieczętowana”. W obronie abp. M. Michała nie przemawiał nikt, a jemu samemu zakazano udziału w kapitule. Bronisław Kwiatkowski domagał się w imieniu swojej parafii obecności arcybiskupa. Zgromadzeni odmówili. Podjęto uchwałę o wyborze bp. Feldmana na nowego biskupa naczelnego. Kwiatkowski nie dał za wygraną. Jego córka wspominała: „Takie zaoczne załatwienie sprawy jeszcze bardziej zaniepokoiło ojca, choć był mocno skonfundowany i nie potrafił określić dlaczego się aż tak niepokoi, bo ufał naszym przełożonym, czyli biskupom”. Nowe władze Kościoła przyprowadziły swoich zwolenników do świątyni, a ponieważ ołtarz był zajęty przez kapłanki, pod chórem odśpiewano Te Deum.

Kwiatkowskiemu udało się dotrzeć do jednej z sióstr, która umożliwiła mu rozmowę z arcybiskupem. Zastał duchownego siedzącego w małym pokoju i naradzającego się z kilkoma osobami. Arcybiskup nie wiedział jeszcze, że został zdjęty z urzędu. O fakcie poinformował go dopiero Kwiatkowski, który przekonał się, że abp Michał nie tylko nie zwariował, ale jest w dobrej formie zarówno intelektualnej, jak i fizycznej. Styczniowa kapituła przypieczętowała rozłam, jednak w samym klasztorze niewiele się zmieniło, gdyż Świątynia Miłosierdzia i Miłości była prawnie własnością abp. Michała. Życie religijne w Świątyni toczyło się bez większych zmian przez nieco ponad miesiąc aż do 10 III 1935 r. Wówczas abp Kowalski został wraz z małżonką wezwany do starostwa powiatowego w Płocku. Dlaczego dopiero po miesiącu? Trudno jednoznacznie stwierdzić i pozostają jedynie spekulacje. Podobnie nie są znane wszystkie okoliczności związane z nielegalną kapitułą. Nie sposób jednak nie zauważyć niezdrowej aktywności aparatu państwowego. W płockim starostwie arcybiskupa i siostrę przełożoną rozdzielono, nie zezwalając im na kontakt. Arcybiskup został poddany wielogodzinnym przesłuchaniom, których celem było wymuszenie rezygnacji z urzędu. Władzom udało się złamać arcybiskupa. Złożono mu „propozycję nie do odrzucenia” – albo przenosiny do Felicjanowa ze swoimi stronnikami albo więzienie. Decyzję abp Kowalski podjął ok. godz. 23:00. Możliwa jest też inna interpretacja wynikająca odosobnionego w swej treści listu abp. Kowalskiego z XI 1935 roku nacechowanego ogromnymi emocjami, w którym duchowny stwierdza, że rezygnacja nastąpiła po rozeznaniu Bożej Woli. Biorąc jednak pod uwagę późniejsze wypowiedzi arcybiskupa list ten można rozpatrywać jako wyjątkowy wybuch emocji i rozżalenia spowodowanego zdradą wielu braci i sióstr, wieloletnią kampanią skierowaną przeciwko niemu, której jeszcze daleko było do końca.

Wiadomość o rezygnacji abpa Michała szybko przekazano do klasztoru, gdzie s. M. Celestyna Kraszewska na polecenie bp. M. Jakuba Próchniewskiego poinformowała mieszkańców, że o godz. 9:00 przed Świątynią stać będą ciężarówki, które przewiozą zwolenników arcybiskupa do Felicjanowa. Po stronie przełożonego stanęło ok. 80 sióstr i kilkunastu kapłanów. Na terenie małej posiadłości w Felicjanowie swój nowy dom znalazło ok. 100 osób. W tym też czasie uratowano oryginalny, spisany własnoręcznie przez św. M. Franciszkę, tekst Objawień Dzieła Wielkiego Miłosierdzia, który przetrwał dzięki felicjanowskim siostrom biskupkom wojenną zawieruchę, a dziś przechowywany jest w Felicjanowie.

Okupacja i ponowna próba odebrania kościoła

Powróćmy jednak do wydarzeń, które miały miejsce bezpośrednio po zakończeniu kapituły. Po przybyciu do Grzmiącej i niedzielnej mszy świętej Bronisław Kwiatkowski zdał relację parafianom. Kwiatkowski opowiedział o swojej rozmowie z arcybiskupem. Drugi delegat – Staroń – który z abp. Michałem nie rozmawiał, reprezentował linię zwolenników bp. Feldmana. Zderzenie obydwu relacji doprowadziło do zamętu. Zdecydowano, że kościół budowany w latach 1908-1911 przez wszystkich mariawitów, pozostanie własnością większości, a ta w 80% opowiedziała się za lojalnością wobec abp. Kowalskiego. Mimo tego kościół w trakcie walk przechodził z rąk do rąk, a wokół tych starć narosły legendy – do dziś wspomina się gdzieniegdzie o walce „feldmanowców” z „kowalszczakami”. Zwolennikami bp. Feldmana kierował ks. M. Augustyn Gostyński, który uzyskał pomoc grupy parafian z Niesułkowa i Lipki od kapł. M. Gabriela Kamera. „Ostatecznie” jednak kościół pozostał w rękach mariawitów wiernych abp. Kowalskiemu, natomiast mariawici płoccy odprawiali nabożeństwa w domu Kazimierza Staronia.

W kolejnych latach Parafia w Grzmiącej była niezwykle ważnym ośrodkiem misyjno-duszpasterskim felicjanowskiego mariawityzmu. Prasa mariawicka z końca lat 30. (np. “Młody Mariawita”, jednodniówka Wydawnictwa Kapłaństwa Ludowego) wielokrotnie wskazywała na Grzmiącą jako wzór prowadzenia pracy młodzieżowej, którą w Kościele kierowała s. M. Illuminata Sobieszczańska. Niewielki kościół w Grzmiącej był poza tym jednym z niewielu budynków sakralnych użytkowanych przez mariawitów felicjanowskich. I tak pozostało do 1941 roku…

Hitlerowska napaść na Polskę nie pozostała bez wpływu na podzieloną społeczność mariawicką. Bp Feldman, który był niemieckiego pochodzenia, cieszył się poparciem okupantów. Z kolei abp Kowalski został aresztowany, m.in. za list napisany do Hitlera już po wybuchu wojny. Dwa artykuły ukazały się w felicjanowskiej prasie – Królestwie Bożym na Ziemi. Wezwał w nim Hitlera do nawrócenia, jednak raczej mało prawdopodobne, że korespondencja w ogóle dotarła do dyktatora. Sprawą zainteresowało się jednak Gestapo, które uznało duchownego za niebezpiecznego „nacjonalistycznego polskiego szowinistę”. Arcybiskupa objęto aresztem ochronnym w Płocku. Gestapo zastanawiało się nad zwolnieniem arcybiskupa i wykorzystaniem go do ideologicznej walki z Kościołem rzymskokatolickim, jednak abp Kowalski jako polski patriota (dla okupantów „nacjonalista”) był według Niemców groźny. W sprawie zwolnienia arcybiskupa interweniowała s. arcykapłanka Izabela, która słała prośby o uwolnienie męża do kogo się dało, w tym do kancelarii III Rzeszy w Berlinie. Zachował się nawet list arcykapłanki skierowany do żony marszałka Hermanna Goeringa, Emmy.

Gestapo szczegółowo zapoznało się z dossier abp. Kowalskiego. Niemcy mieli dostęp do uznawanych obecnie za zaginione akt sprawy przeciwko arcybiskupowi w latach 1928-1931, które pozyskali z rzymskokatolickiej kurii płockiej od abp. F. Nowowiejskiego. Co więcej Gestapo przeprowadziło własne śledztwo, wysyłając do Felicjanowa prawnika, dr. Kinza, który po kilku dniach pobytu w Felicjanowie uznał zarzuty stawiane przez polskie władze abp. Kowalskiemu za propagandę aparatu państwowego i Kościoła rzymskokatolickiego. Raport prawnika został jednak przez przełożonych skrytykowany, gdyż „Kowalski został ukazany w nim prawie jako męczennik.” W instrukcji z 15 VIII 1940 r. odrzucono prośby o zwolnienie arcybiskupa i nakazano prowadzenie dalszych przesłuchań. 25 IV 1941 r. 70-letni abp. Michał trafił do KL Dachau, gdzie przebywał przez rok. 18 V 1942 przewieziono go do obozu Hartheim, gdzie zginął 26 V 1942 r.

Na polecenie bpa Feldmana kolejną próbę przejęcia kościoła w Grzmiącej podjął bp M. Szymon Bucholc. W tzw. „Ujawnieniu” z 13 V 1947 roku skierowanym do Dyrektora Departamentu Ogólnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego bp Bucholc tłumaczył się, że „4 października 1940 roku chociaż pod terrorem i z nakazu przełożonego” przyjął dla siebie i swojej rodziny dowód niemieckiego pochodzenia, a 18 X 1941 roku podpisał volkslistę III kategorii przeznaczoną dla częściowo spolonizowanych Niemców. „Ujawnienie” poprzedza m.in. odręcznie napisane zobowiązanie do zachowania milczenia oraz informacje ewidencyjne nt. działających parafii mariawickich. W dokumentach polskich władz bp Bucholc funkcjonował jako Niemiec względnie volksdeutsch.

Na podstawie zeznań bp. Bucholca i świadków można jednoznacznie stwierdzić, że przygotowania do ostatecznego przejęcia kościoła w Grzmiącej rozpoczęły się już w lutym 1940 roku. Istnieją dokumenty, sugerujące, że próby odebrania kościoła podejmowano przed wybuchem II wojny światowej. Starania czyniono na drodze urzędniczej, jednak nie przyniosły one skutku, prawdopodobnie dlatego, że 80% parafian w Grzmiącej należała do strony felicjanowskiej. Dodatkowo kościół dostępny był na modlitwę dla wszystkich mariawitów i płocka diaspora w Grzmiącej bez problemów mogła z niego korzystać.

Biskup naczelny Feldman wysłał bp. Bucholca do funkcjonariusza Gestapo Fuchsa odpowiedzialnego za sprawy religijne. Bucholc złożył donos na proboszcza parafii w Grzmiącej, s. bp Joannę M. Emanuelę (Emmę) Piotrowską, jedną z pierwszych biskupek konsekrowanych przez abp. Kowalskiego w 1929 r. Biskupka stawiła się na przesłuchanie w łódzkim Gestapo, gdzie wypytywana była o swoją wspólnotę. Wywierano na nią naciski, aby przyłączyła się do Kościoła płockiego. Oficer Gestapo indagował ją, czy odda kościół w Grzmiącej dobrowolnie. Kapłanka wiedząc o losie abp. Michała, a także sióstr aresztowanych przez Niemców, zadeklarowała, że przekaże kościół w Grzmiącej, jeśli takie będzie żądanie władz, jednak odmówiła wypowiedzenia lojalności arcybiskupowi.

W lipcu 1941 r. bp Bucholc zawnioskował u Fuchsa przekazanie kościoła pod jurysdykcję Płocka. Bp Bucholc kolejny raz zadenuncjował bp Piotrowską, obwiniając ją o organizowanie „napadów na kościół w Grzmiącej” w 1935 roku, kiedy to płocka mniejszość próbowała ponownie odebrać siłą świątynię mariawitom nurtu felicjanowskiego.

Mariawitom felicjanowskim zakazano podczas wojny odprawiania mszy świętych – zarówno kapłanom i kapłankom hierarchicznym, jak i kapłaństwu ludowemu [2]. Parafia w Grzmiącej była jedyną funkcjonującą parafią felicjanowską w regionie łódzkim. Wcześniej, bo w marcu 1941 r. Niemcy wysiedlili klasztor w Felicjanowie – część z nich zginęła w obozie w Działdowie i w Dachau. Kościoły płockie były zasadniczo czynne. Wcześniej władze zażądały od bp Piotrowskiej zamknięcia wszystkich kaplic. Kapłanka grała jednak na zwłokę, tłumacząc, że nie może odpowiadać za wszystkie kaplice. Wkrótce jednak wszystkie, oprócz Grzmiącej, placówki – Dąbrówka, Poćwiardówka, Wola Cyrusowa, Niesułków, Nowostawy Górne i Dolne, Stryków, Łódź i Zgierz – pozamykano. Mimo tego odbywały się potajemne nabożeństwa domowe prowadzone przez kapłaństwo ludowe według skróconego porządku przewidzianego w Mszaliku dla Kapłaństwa Ludowego. Dzięki reformom abp. Kowalskiego każda rodzina mariawicka mogła w szczególnych przypadkach, gdy nie było odpowiednich warunków, odprawić mszę świętą, która trwała od kilku do kilkunastu minut i nie wymagała używania strojów liturgicznych. Składa się ona z epiklezy, spowiedzi, ofiarowania, słów konsekracji, Modlitwy Pańskiej, komunii oraz dziękczynienia. W skrajnych sytuacjach wystarczały same Słowa Ustanowienia. W ten sposób mszę w obozie koncentracyjnym Dachau odprawiał abp Kowalski.

Mury nie pójdą do nieba

6 sierpnia 1941 roku do Grzmiącej przybył bp Bucholc w towarzystwie kapłanów M. Gabriela Kamera z Lipki oraz M. Michała Sitka ze Strykowa. Zażądali od felicjanowskich mariawitów przekazania kościoła.

Według relacji s. bp. M. Emanueli Piotrowskiej ze stycznia 1948 roku, bp Bucholc wraz z kapłanami Sitkiem i Kamerem wtargnęli do kościoła, wyganiając sprzed ołtarza s. M. Klemensę Ładę, która odprawiała adorację Przenajświętszego Sakramentu. Kapłani i parafianie przeszli do zakrystii, gdzie spotkali bp Piotrowską. Bp Bucholc ponownie zażądał oddania kościoła. Siostra odpowiedziała – zgodnie z obietnicą złożoną na łódzkim posterunku Gestapo – że tylko Niemcy mogą ją wygonić. Bp Bucholc obcesowo odpowiedział: „Ja jestem Gestapo i rozkazuję ci się stąd wynosić!. Słowa te potwierdzili w zeznaniach świadkowie rozmowy. Biskupka, kapłan ludowy Kwiatkowski oraz wierni zaprotestowali i odmówili przekazania kościoła. Do zebranych dołączył niemiecki komisarz Fryderyk Hoffmann, odpowiedzialny za powiat brzeziński. Bp Bucholc powołując się na wpływy w Gestapo zażądał przekazania kluczy do kościoła. Kwiatkowski poprosił Hoffmanna, aby uniemożliwił odebranie świątyni. Niemiec poinformował bp. Bucholca, że znajduje się na terenie brzezińskim i musi mieć dokumenty od właściwych organów. Hoffmann przejął klucze od kościoła do czasu urzędowego wyjaśnienia sprawy. Biskup interweniował w łódzkim Gestapo jednak odniósł tylko częściowy sukces. Wprawdzie okupanci przychylili się do żądań bp. Bucholca to jednak nie chcieli bezpośrednio angażować się w konflikt bez przedłożenia odpowiednich pism na drodze służbowej.

Bp M. Emanuela wspominała, że jeszcze przed ponownym przybyciem bp. Bucholca wierni podnieśli krzyk, że nie oddadzą kościoła. Biskupka uspokajała wiernych, obawiając się niemieckich represji, i wygłosiła krótką naukę:

Najmilsi Bracia! Siostry! Nie martwcie się o kościół, bo nie te mury pójdą do nieba, lecz wasze serca i tam znajdziecie pokój Boży. Módlcie się w waszych chatach, tak jak was nauczył Arcyb. Kowalski.” (pisownia oryginalna).

Z zeznań świadków wynika, że bp Bucholc był bardzo niezadowolony z biegu zdarzeń. Do przekazania kluczy doszło później na rozkaz brzezińskiego landrata w porozumieniu z Gestapo. Oficjalnego „odbioru” świątyni od Hoffmanna dokonali 12 sierpnia 1941 roku kapłani Kamer i Gromulski. Kościół w Grzmiącej przeszedł pod jurysdykcję Kościoła Starokatolickiego Mariawitów.

Siostry i mariawici felicjanowscy otrzymali zakaz wstępu do kościoła na modlitwę dopóki nie przyjmą jurysdykcji Płocka. Na żądanie kapłanów Hoffmann wyeksmitował z mieszkania kościelnego kapłana ludowego M. Gabriela Pietrasiaka, zapewniając siostry, że mogą pozostać w budynku plebanii znajdującej się nieopodal kościoła. Po tygodniu do Grzmiącej wrócili funkcjonariusze Gestapo i zostawili u s. M. Klemensy pisemne wezwanie do opuszczenia budynku w ciągu 10 dni i przekazania go bp. Bucholcowi. Ponadto wezwano siostry, by stawiły się do pracy u komisarza Hoffmanna i wydano bezwzględny zakaz sprawowania kultu religijnego pod rygorem aresztowania i wysłania do obozu koncentracyjnego.

Biskupka M. Emanuela natychmiast zarządziła opuszczenie domu. Dla kilku sióstr znalazła schronienie wśród wiernych, niektóre rozpoczęły niewolniczą pracę u Hoffmana. Bp Piotrowska nielegalnie przedostała się do Warszawy przez tzw. zieloną granicę i zamieszkała u swojej siostry, gdzie przebywała jako osoba świecka do końca wojny. Później przeniosła się do Felicjanowa, gdzie pełniła funkcję ekonomki, a także podejmowała służbę duszpasterską w parafiach kustodii łódzkiej.

Tragiczny los spotkał nie tylko abp. Kowalskiego, ale także kapłana ludowego Kwiatkowskiego, bezpośrednio zaangażowanego w sprawę Grzmiącej. Zachowane dokumenty dowodzą, że bp Bucholc i okoliczni kapłani donosili do Gestapo na Kwiatkowskiego, którego nazywali „odgrywającym rolę księdza” oraz „byłym żołnierzem polskim. Kwiatkowskiemu nie pomogły nawet kontakty z Fuchsem, którego znał z czasów szkolnych. Należy jednak stwierdzić, że nie ma jasnych dowodów na związek donosu Bucholca z aresztowaniem Kwiatkowskiego. Bp Bucholc wyparł się jakiejkolwiek odpowiedzialności za uwięzienie tego ostatniego, argumentując, że jego aresztowanie było konsekwencją akcji ruchu oporu, który w Zgierzu zastrzelił dwóch niemieckich podoficerów. Bp Bucholc zeznając przed polskimi władzami przekonywał, że nie działał z premedytacją na szkodę innych mariawitów, a wręcz próbował ich ratować. Jako przykład podał uchronienie 30 sióstr mariawitek nurtu płockiego z zakładu przy ul. Łąkowej w Łodzi przed wywozem do pracy w Rzeszy oraz uratowanie przed obozem ks. M. Andrzeja Jałosińskiego (przyszłego biskupa łódzkiego) oraz ks. M. Barnabę Gromulskiego.

Przed aresztowaniem Kwiatkowski doświadczał szykan w związku ze swoją służbą jako polski podoficer i kapłan ludowy. Do Gestapo szły donosy, że Kwiatkowski „bezprawnie” używał szat liturgicznych i prowadził pogrzeby. Po aresztowaniu Kwiatkowskiego w jego obronie wystąpił szwagier, wspomniany już Kazimierz Staroń, należący do Kościoła płockiego. Pojechał do bp. Bucholca do Łodzi i poprosił o wstawienie się u Niemców za krewnym. Biskup odmówił. Zachowały się również zeznania, ukazujące negatywną rolę, jaką w prześladowaniu felicjanowskich mariawitów, a w szczególności kapł. Kwiatkowskiego oraz s. kapłanki M. Albertyny z Dobrej, odegrał kapłan Józef M. Gabriel Kamer, który w czasie wojny i potem aż do lat 80. był proboszczem parafii w Lipce.

Kapł. Kwiatkowskiego aresztowano, następnie wysłano do obozu w Radogoszczu (dziś dzielnica Łodzi), a następnie do Auschwitz, gdzie zginął 14 VII 1942 r.

Próby odzyskania kościoła po wojnie

Po wojnie mariawici felicjanowscy w Grzmiącej podejmowali próby odzyskania kościoła. Już 27 V 1945 roku przekazali pismo do Urzędu Wojewódzkiego w Łodzi za pośrednictwem Starostwa Powiatowego w Brzezinach. Z treści wynika, że była już to druga prośba skierowana do władz. Pierwotny dokument nie zachował się. Pismo do władz wojewódzkich jest o tyle interesujące, że zawiera nie tylko opis wydarzeń z sierpnia 1941 roku, lecz także teologiczne uzasadnienie roszczenia strony felicjanowskiej do kościoła w Grzmiącej. W tekście ukazane jest znaczenie mariawickiego posłannictwa i rola, jaką odgrywa w nim kapłaństwo ludowe i niewiast. Autorzy listu uwydatnili również znaczenie kapłaństwa powszechnego i kobiet w kontekście patriotycznym, zwracając uwagę na zasadę równouprawnienia i praworządności w Kościele, a także wolności religijnej. Strona felicjanowska podkreślała, że wraz z odebraniem jej kościoła i ksiąg parafialnych, utraciła możliwość wystawiania dokumentów metrykalnych, podnosząc jednocześnie, że strona płocka nie uznaje chrztów i ślubów przeprowadzanych przez siostry kapłanki.

Starosta brzeziński w imieniu wojewody łódzkiego odpowiedział, że zgodnie z ustawą z 6 V 1945 roku o majątkach opuszczonych i porzuconych, sprawą powinien zająć się sąd grodzki. Mariawici felicjanowscy poprosili o zatwierdzenie na stanowisku proboszcza parafii kapł. Adama M. Bernarda Komorowskiego, wyznaczonego przez bp. Stanisława M. Tytusa Siedleckiego (Felicjanów).

W piśmie z 6 VIII 1946 r. skierowanym do ministra sprawiedliwości mariawici felicjanowscy przypomnieli kontekst odebrania kościoła, wskazując, że w okolicy otwarte są trzy kościoły „płockie”, podczas gdy „rdzenni mariawici”, którzy pozostali wierni abp. Kowalskiemu nie posiadają żadnego, mimo iż w Grzmiącej mariawitów felicjanowskich było ok. 440, a płockich 190.

31 X 1947 roku odbyła się przed Sądem Grodzkim w Brzezinach kilkugodzinna rozprawa, w której stronę felicjanowską reprezentował bp M. Tytus Siedlecki, a płocką ks. M. Augustyn Gostyński. Strategia strony płockiej polegała na udowodnieniu przed sądem, że zwolennicy abp. Kowalskiego nie są prawdziwymi mariawitami, a „błędowiercami”, którzy zostali wykluczeni z Kościoła decyzją kapituły z 1935 roku za popieranie abp. Kowalskiego i jego reform (w aktach sądowych wymienione zostaje kapłaństwo niewiast i kapłaństwo ludowe). Sąd nie podzielił argumentacji kapł. Gostyńskiego i nakazał zwrot kościoła i posesji kościelnych mariawitom felicjanowskim. Wyrok nie był prawomocny i stronom przysługiwała apelacja w ciągu siedmiu dni. Z listu z 2 XI 1947 r. napisanego przez s. M. Urszulę do Siostry Wikarii Generalnej, zawierającego relację z rozprawy, wynika, że mimo zwycięstwa w pierwszej instancji mariawici felicjanowscy liczyli się z ostatecznym zwycięstwem strony płockiej. W relacji s. M. Urszuli brakuje optymizmu, a przeważa ostrożność.

W postępowaniu drugoinstancyjnym przed Sądem Okręgowym w Łodzi płoccy mariawici zaprezentowali argumentację prawną, którą podtrzymał sąd, uchylając wykonanie wyroku sądu grodzkiego. Taktyka strony płockiej zmierzała do dyskredytacji felicjanowskich roszczeń. Posłużono się przy tym podobnym argumentem, jaki na początku XX wieku czynniki rządowo-kościelne stosowały wobec mariawickiej własności kościelnej przepadającej na własność Kościoła rzymskokatolickiego po konwersji kilku mariawickich kapłanów na rzymski katolicyzm. Wówczas Kościół mariawicki nie miał osobowości prawnej, a pobudowane wielkim trudem przez wiernych kościoły zapisywane były jako własność prywatna kapłanów, którzy po przejściu na rzymski katolicyzm kościół „zabierali ze sobą” pozostawiając ludzi bez świątyni.

Płoccy mariawici przekonywali sąd, że tylko parafia jest uprawniona do wytoczenia i prowadzenia sprawy, a zgodnie z przedwojennymi regulacjami skuteczna reprezentacja przewidywała proboszcza i dwóch parafian wskazanych przez zebranie ogółu parafian. Sąd (sygn. akt 662/47) przychylił się do tej argumentacji, stwierdzając, że ani bp Siedlecki, ani kapłan Pietrasiak nie mogli udowodnić kim są, ponieważ wspólnota, którą reprezentują, nie posiadała wówczas żadnej osobowości prawnej. Strona płocka przedstawiała bp. Siedleckiego jako uzurpatora, odmawiając mu biskupiego tytułu i utrzymując, że kościół nie może być własnością osoby prywatnej, jaką był dla nich bp Siedlecki. Sąd stwierdził, że „okoliczność ta posiada pierwszorzędne i decydujące znaczenie” i nie zajął się merytorycznym rozpatrzeniem sprawy własności kościoła w Grzmiącej. W pisemnym uzasadnieniu wyroku sąd zaznaczył, że o ile felicjanowscy mariawici nie mieli tytułu prawnego do podjęcia działań rewindykacyjnych, o tyle Kościół Starokatolicki Mariawitów (Płock) był uznanym przez państwo Kościołem. Jako przykład podano przyjęcie do „zatwierdzającej wiadomości” przez Departament Wyznaniowy w Ministerstwie Administracji Publicznej decyzji kapituły z 4/5 lipca 1945 r. o wyborze bp. Romana M. Jakuba Próchniewskiego na Biskupa Naczelnego Kościoła. Strona felicjanowska próbowała odwoływać się od wyroku Sądu Okręgowego, jednak poniosła klęskę. Adwokat Edward Jarosiewicz, reprezentujący felicjanowskich mariawitów, napisał 24 II 1948 roku do bp. Siedleckiego krótki list, podkreślając konieczność jak najszybszego uregulowania statusu prawnego Kościoła Katolickiego Mariawitów.

Sprawa Grzmiącej powróciła na krótko w latach 50., ponieważ Kościół Katolicki Mariawitów skierował 16 V 1952 roku pismo do Romana Darczewskiego, wicedyrektora Urzędu ds. Wyznań, w którym przypomniano sprawę odebrania kościoła, apelując o działania „kasujące decyzję okupanta”. Do dokumentu załączono listę z 444 podpisami parafian z Grzmiącej i okolicznych wsi. W tym kontekście pojawia się ciekawa i niestety niezrealizowana perspektywa. W piśmie z 10 XI 1952 roku dyr. Darczewski zaapelował do Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Łodzi o zwrot spornej świątyni Kościołowi Katolickiemu Mariawitów, przekonując, że oddanie kościoła mariawitom felicjanowskim nie wyklucza jego współużytkowania przez obydwie grupy mariawickie. Kilka miesięcy wcześniej abp Józef M. Rafael Wojciechowski, minister generalny Zgromadzenia Kapłanów Mariawitów i przewodniczący Rady Najwyższej Przełożonych Kościoła, skierował pismo do bp. M. Jakuba Próchniewskiego (Płock) z propozycją „dobrowolnego porozumienia się powołanych ad hoc przedstawicieli obu zainteresowanych stron.” Abp Wojciechowski zadeklarował w imieniu Rady gotowość „uwzględnienia wszystkich interesów mniejszości i zagwarantowania wykonania warunków umowy, jako ewentualnego wyniku porozumienia w tej sprawie.” W dalszej części pisma abp Wojciechowski zaproponował polubowne rozwiązanie sprawy i współużytkowanie kościoła na określonych wspólnie warunkach. Pismo wystosowano na mocy uchwały Walnego Zgromadzenia Parafialnego z 5 IV 1952 r. Propozycja arcybiskupa nie doczekała się odpowiedzi.

Powojenne losy bp. Bucholca

Sprawa kościoła w Grzmiącej rozgrywała się również na płaszczyźnie karnej. Kwestia uwikłania bp. Bucholca we współpracę z Niemcami stanowiła podstawę do wytoczenia procesu, a wydarzenia z Grzmiącej dodatkowo obciążały duchownego. Biskupa uznano za winnego i skazano na krótką karę więzienia. Szybko jednak powrócił do swoich obowiązków. Wspomniane na początku „Ujawnienie” z 1947 r. rozpoczęło współpracę bp. Bucholca z bezpieką. Witold Rychter z UB kilkakrotnie przesłuchiwał bp. Bucholca. Na podstawie pozyskanych informacji złożył 16 IV 1947 roku do przełożonych wniosek o rozpracowanie środowiska mariawickiego, argumentując, że przynajmniej czterech duchownych współpracowało z Niemcami. Agenturalnemu rozpracowaniu nadano kryptonim „Balet”. 10 V 1947 roku bp Szymon Bucholc własnoręcznie napisał zobowiązanie do współpracy. Jego donosy miały być opatrzone pseudonimem „Mały”. W XI 1947 roku bp Bucholc był podejrzanym w śledztwie prowadzonym ws. „szkodliwej działalności dla ludności polskiej”. 17 XII 1948 biskupa aresztowano. Przeciwko bp. Bucholcowi sformułowano 28 X 1949 akt oskarżenia, który zawierał dwa punkty: odebranie kościoła w Grzmiącej i wysiedlenie pięciu osób. 3 XII 1949 roku odbyła się w Łodzi rozprawa . Wyrok sądu był druzgocący – bp. Bucholca uznanego winnym zarzucanych mu czynów, skazano go na karę trzech lat pozbawienia wolności, pozbawienie praw publicznych na trzy lata i przepadek mienia. W sentencji wyroku (sygn. akt III K 332/49) przewodniczący składu sędziowskiego Mieczysław Gołąb stwierdził, że „niewątpliwie leżało w interesie władz niemieckich wywołanie i potęgowanie waśni wśród polskich grup religijnych. Działalność ta zmniejszała odporność narodu polskiego jako całości (…) Przebieg synodu z 1935 roku nie zmienia faktu, że Bucholc występował w Grzmiącej jako Niemiec przeciwko Polakom. Oskarżony odebrał kościół nie jako kapłan, ale jako Niemiec.”

Po ogłoszeniu wyroku obrońcy bp. Bucholca złożyli wniosek o kasację i rozpoczęli jednocześnie starania o zwolnienie biskupa z więzienia ze względu na zły stan zdrowia. 28 I 1950 uchylono areszt po badaniach przeprowadzonych przez lekarza więziennego. Dokładnie trzy miesiące później odbyło się posiedzenie Sądu Najwyższego, który uniewinnił bp. Bucholca. Sentencja wyroku (nr akt 142/50) stwierdza, że bp Bucholc działał w zakresie jurysdykcji kościelnej, a nie w interesie Niemców i egzekwował jedynie postanowienia uchwały kapituły z 1935 r. Sąd stwierdził, że skazany działał z pobudek religijnych, a po rozłamie i zdjęciu z urzędu abp. Kowalskiego budynki powinny przejść pod zarząd nowej jurysdykcji kościelnej. Sąd Najwyższy nie zajmował się aspektami kanonicznymi, tzn. nie rozpatrywał, czy kapituła była legalna czy też nie. Równocześnie z procesem o wydarzenia w Grzmiącej toczyło się postępowanie rehabilitacyjne bp. Bucholca, dotyczące „odstąpienia od narodowości polskiej”. Wszczęto je 4 IV 1946 roku i zakończono w ciągu roku, umarzając zarzuty.

Losy bp. Bucholca w kolejnych latach nie potoczyły się zbyt szczęśliwie. Bp Bucholc był – jak wielu innych kapłanów – częścią agenturalnej układanki w wewnątrzkościelnych sporach. Świadczy o tym m.in. ostry list części kapłanów do bp. Bucholca z września 1951 roku, w którym wypominają mu m.in. współpracę z Niemcami oraz „ślepe posłuszeństwo” wpierw wobec abp. Kowalskiego, następnie bp. Feldmana i wreszcie bp. Próchniewskiego. Po wojnie bp Bucholc pełnił funkcję proboszcza w Lesznie koło Warszawy i biskupa diecezji śląsko-łódzkiej. Na starość przeniósł się do płockiego klasztoru, gdzie zmarł w 1965 roku.

Historia (nie)zapomniana

W relacji z obchodów 100-lecia niezależności organizacyjnej Kościoła mariawitów oraz w święto patronalne parafii w Grzmiącej zamieszczonej w 2006 roku na stronach internetowych Kościoła Starokatolickiego Mariawitów opisana jest krótka historia kościoła i parafii. Niestety przemilczane są trudne dzieje odebrania kościoła mariawitom przez innych mariawitów. Również tekst zamieszczony na tablicy informacyjnej przed wejściem na teren kościoła nic nie mówi o jego burzliwej historii. To dość wymowna narracja historyczna, optująca za wymazaniem trudnych wydarzeń z pamięci, nie pozostawiająca miejsca dla refleksji i przepracowania przeszłości, zadawalająca się wymyślonym dogmatem „kościół zawsze był nasz”.

W Grzmiącej znajduje się do dziś najliczniejsza parafia Kościoła Katolickiego Mariawitów. W nabożeństwach w felicjanowskiej kaplicy uczestniczą też wierni płockiego mariawityzmu, a w niejednej rodzinie bez trudu można znaleźć mariawitów obydwu wyznań.

O trudnej i obciążającej historii z Grzmiącej wie wielu lub prawie wszyscy, niemniej mało kto chce na ten temat rozmawiać, uznając status quo za nienaruszalny nawet na płaszczyźnie zmierzenia się z przeszłością i krzywdami, które nie zostały jawnie wypowiedziane, ani tym bardziej duchowo zrekompensowane. Proces oczyszczenia pamięci, wybaczenia, odpuszczenia i rozgrzeszenia nie dokonał się.

Historia kościoła w Grzmiącej jest zasadniczo historią rozłamu w miniaturce, który dotknął wszystkich wymiarów Kościoła mariawitów. Zapoznając się z literaturą mariawicką, w tym także z polemicznymi tekstami napisanymi świeżo po rozłamie w 1935 roku, oraz współczesnymi publikacjami natrafiłem na cenną refleksję dr. Sławomira Gołębiowskiego, zawartą we wstępie książki o procesach sądowych skierowanych przeciwko abp. Kowalskiego: „Historia mariawityzmu nadal zawiera wiele niedostatecznie znanych wątków, mających znaczenie dla jego przyszłości i choćby z tych względów zasługujących na szczegółowe opracowanie. Nie da się bowiem wymazać z pamięci przeszłości, w której przez dziesięciolecia kształtowała się tożsamość mariawitów. Tak, jak nie można pominąć prawdy o wydarzeniach, których wpływ na dzieje mariawityzmu jest nie do zakwestionowania.” Trudno się nie zgodzić!

Przypisy

[1] Por. Sławomir Gołębiowski: W poszukiwaniu prawdy. Sądowe procesy arcybiskupa Jana M. Michała Kowalskiego, Felicjanów 2014.

[2] Kapłaństwo ludowe wprowadzono w mariawityzmie w 1935 roku, jednak zapowiadane było wcześniej przez abp. M. Michała Kowalskiego w listach pasterskich.

galeria


Od Autora

W omawianych latach i sprawie bp. M. Szymona Bucholca i Parafii w Grzmiącej władze pozyskiwały cenne informacje od jednego z kapłanów płockich o pseudonimie „Pilot”. To on przekazywał służbom szczegółowe raporty o przebiegach kapituły, kontaktach ekumenicznych, korespondencji, prywatnych rozmowach kapłanów i sióstr, spotkaniach kapłańskich, nastrojach w Kościele i Radzie Kościoła, a także dane wrażliwe o skandalach obyczajowych wśród kapłanów, a przede wszystkim o zwalczających się frakcjach. Bezpieka, której zależało nie tylko na inwigilowaniu, ale i kreowaniu polityki Kościoła, wykorzystywała swoich TW i historyczne zaszłości do własnych celów. Kandydatami na kolejnych TW byli najczęściej kapłani typowani na potencjalnych biskupów, jednak nie zawsze bezpiece udawało się pozyskiwać tych duchownych, których chcieli – przykładem jest choćby bp M. Andrzej Jałosiński z Łodzi, następca bp. Bucholca w urzędzie ordynariusza diecezji śląsko-łódzkiej, który nie podjął czynnej współpracy i zwodził oficerów służb.

Władze miały również rozeznanie w sytuacji w Kościele felicjanowskim, jednak była to wiedza dość powierzchowna. Oficer prowadzący sprawy mariawickie z zawodem odnotowuje, że w Kościele Katolickim Mariawitów agentury nie było. Wiedzę o nastrojach w Felicjanowie pozyskiwano dzięki TW związanym z Płockiem (TW Pilot, TW Weraka). Dopiero na początku lat 50. udało się na jakiś czas zainstalować w środowisku felicjanowskim agenta o pseudonimie „Oddany”, który informował służby o działaniach abp. M. Rafaela Wojciechowskiego. W późniejszych latach władze nie dawały za wygraną i próbowały poprzez podstawione osoby „zainteresowane mariawityzmem” inwigilować felicjanowski klasztor. Próby te jednak nie przyniosły większych rezultatów.

Dzięki rozbudowanej sieci agenturalnej w latach 50. i później władze wiedziały o najważniejszych sprawach Kościoła Starokatolickiego Mariawitów. Tak pozostało do 1990 roku. Ocalałe materiały, dotyczące rozpracowywania Kościoła Starokatolickiego Mariawitów, w tym szczególnie Sprawy Obiektowej „Wieża”, mówią o co najmniej dwóch biskupach naczelnych zarejestrowanych jako tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa, z których jeden miał być pozyskany na zasadach dobrowolności.

W kolejnych tekstach przybliżać będziemy nieznane i mniej znane kwestie, dotyczące historii mariawityzmu, w tym m.in. sprawę zagranicznych placówek mariawickich oraz historię sporu o przyszłość płockiego mariawityzmu między biskupami M. Jakubem Próchniewskim a bp. M. Bartłomiejem Przysieckim.

  • Awi

    Niezwykle interesująca chociaż smutna ta „historia pewnego rozłamu”. Oj, kojarzy mi się, kojarzy …. Nasz katolicko-luterański rozłam dobiega 500 lat …. Jak uleczyć rozłam? Były wojny, były pokoje, ugody, były „Wspolne deklaracje …”
    Pokolenia mijają, a zbiorowa pamięć trwa.

  • Jarek

    Artykuł bardzo dobry,bardzo wielka szkoda,że przeciętny człowiek nie może skonfrontować tego wszystkiego i samemu wszystko ocenić.Mam nadzieję,że Pan Redaktor podszedł do tematu uczciwie rzetelnie.Moim zdaniem chyba nie ma już możliwości pojednania pomiędzy KKM i KSM

  • bhpe

    Domniemanie czyny lubieżne? Hmmm
    Mistyczne małżeństwa księży i zakonnic, w których matka tuż przed narodzeniem dziecka jest dziewicą albo potwierdzone przez samego zainteresowanego abp. Kowalskiego seksualne współżycie z Felicją Kozłowską (nie tylko jego, on sam podał nazwiska pierwszych najbliższych współpracowników zakonnicy).
    Co do reszty, to niestety, zawsze konflikty w Kościołach były wykorzystywane przez aparat bezpieczeństwa do ich osłabiania, rozbijania itd. Ale i czasami przynosiła pewną, niewielką korzyść, jak na przykład w sprawie utworzenia parafii w Wierzbicy. I tylko dlatego, aby KRK zagrać na nosie. Mówię o motywach SB, bo w szczerość motywów mariawickich nie mam podstaw wątpić…

  • To o czym pan pisze to pomyje nie mające poparcia w źródłach, obraźliwy stek bzdur zainsynuowany przez pana Peterkiewicza. Małżeństwa kapłanów i sióstr to temat rozległy i najwyraźniej niewiele pan o nich wie. Proszę się wczytać w teksty źródłowe, a nie powielać propagandę rzymskokatolicką II RP i nie tylko. Nie zastanawia Pana, że rewelacje przeciwko „niemoralnym czynom abpa” zawarte w skandalicznym procesie „zaginęły”? Polecam lekturę książki dr. Gołebiowskiego.

  • To jest niestety narracja rozpowszechniana przez płockich kapłanów – przynajmniej niektórych, którzy straszą Felicjanowem jak małe dzieci straszy się policjantami z fatalnym skutkiem. Felicjanów w przeciwieństwie do Płocka ma teologię i są tam osoby przygotowane do rozmów. W Płocku, nawet jeśli ktoś by chciał rozmawiać, to się to uniemożliwia albo (patrz punkt pierwszy) obrzuca się Felicjanów pogardą. Dowodów materialnych jest wiele

  • Jarek

    Albo w ogóle temat Felicjanowa się omija,traktując jak dobro niechciane.

  • Jarek

    Był Pan przy tych współżyciach? Ma Pan na to wszystko dowody? Tu Pan coś usłyszał, tam Pan coś usłyszał i powstaje plotka ,która kilka razy powtórzona staje się najprawdziwszą prawdą.A jeszcze niech Pan przetworzy powstanie parafii w Wierzbicy to wyjdzie,że SB ją założyło i sfinansowało.

  • bhpe

    Smutne jest to, że Pan kłamie z pełną świadomością, bo w końcu jako redaktor wie Pan o tekście, który zastał na ekumenizm przecież opublikowany http://www.ekumenizm.pl/religia/inne/odpowiedz-ws-malzenstw-mistycznych/
    Tam każdy może przeczytać, że nie z propagandą rzymskokatolicką i nie z Peterkiewiczem mamy do czynienia. Jakie słowo pasuje najlepiej do tej sytuacji? Łgarz?
    W tym liście zresztą abp. Kowalski sam odnosi się do procesu i przyznaje się do czynów lubieżnych z udziałem sióstr, tyle, że podkreśla, iż nie było mowy o gwałcie, lecz wszystko działo się za ich zgodą. Chodzi o siostry pełnoletnie. Bo te młodsze tylko całował.
    Można twierdzić, że abp. Kowalski kłamał, ale nie można twierdzić, że tego nie napisał, nie opublikował tego listu.

  • bhpe

    Pan czyta, czy nie czyta ze zrozumieniem?
    Wyraźnie napisałem, że informacja oparta jest na znanej i autentycznej wypowiedzi abp. M. Kowalskiego, który w liście otwartym do bp. B. Przysieckiego pisał tak: „Mateczka bowiem była połączona związkiem małżeńskim z Woli Bożej najpierw w r. 1897 z kapłanem J. R. Próchniewskim /…/ następnie w r. 1902 ze mną, a po 1910 takim samym związkiem małżeńskim była połączona z Tobą Bracie, w końcu z Br. Filipem Feldmanem /…/. Związki te małżeńskie z Mateczką, z Woli Bożej pochodzące i święte, były prawdziwe, nie tylko duchowe, ale i CIELESNE. /…/ Mateczka /…/ została połaczona węzełm małżeńskim prawdziwym wg ducha i CIAŁA z nami czterema, aby dać początek nowej erze /…? Bo jeśli Mateczce, Wolę Bożą we wszystkim doskonale pełniącej, nikt nie ośmieli się zarzucić grzechu cudzołóstwa lub wielomęstwa (bo co Bóg nakazuje, to jest święte, choćby cały świat zepsuty nazwał to rozpustą)”.
    List ten został opublikowany w Wiadomościach Mariawickich, nr 1 z 1935 r., a 7 w ogóle.
    Po wielokrotnym formułowaniu zarzutów, że to fałszywka, wymysł, przyznano, że tekst jest autentyczny. Próba zniszczenia całego nakładu i zastąpienie go nowym, tak samo numerowanym egzemplarzem prawie identycznego pisma się nie powiodła.
    A o kulisach powstania najpierw niezależnej parafii katolickiej w Wierzbicy a potem przechodzenia b. katolików m.in. pod jurysdykcję SKM napisał liczącą prawie 400 stron pracę Szczepan Kowalik. Poza tym napisałem, że nie wątpię w szczerość motywów mariawickich i odnoszę się tylko do motywów SB.

  • Mariavit

    Piszę to z ciężkim sercem, ale tak, niestety, jest. Bracia Sybaryci nie tylko nie mają zasadniczego „szlifu” duchowego (co składam na karb nieumiejętności tych, którzy powinni byli, ale nie przekazali formacji mariawickiej), ale – i tego pojąć nie mogę – nie wykazują żadnych skłonności do zbudowania jej własnymi siłami, bądź (choćby) poprzez międzyparafialne „komplety kapłańskie”. Bo absolutnie JEST TAKA POTRZEBA!

    Zgadzam się też z opinią, że Bracia „płoccy” najzwyczajniej boją się dialogu z Siostrami „felicjanowskimi”.

    Jest wszakże jeszcze jedna „zagwozdka” ewentualnych rozmów – kapłaństwo ludowe. Bracia Sybaryci boją się tej instytucji panicznie, gdyż duchowość wielu ludowych kapłanów jest dla nich – i znowu boli mnie dusza – nieosiągalna dla nich wyżyną. No i ich „posady” zadrżą, gdyby ta instytucja „rozpleniła się” w ich parafiach…
    Ciekawe, że wielu kapłanów „płockich” (władyków nie wyłączając – tu pozdrawiam Brata Biskupa M.W.) śledzi wpisy na tej stronie, a jednak żaden nie włącza się do dyskusji, by choć spróbować obronić się od krytyki. A jeśli brakuje im argumentów, by wykorzystując anonimowość tej strony, choćby tylko „odgryźć się” krytykom (choć marzę o rzeczowej polemice z ich strony) to ich milczenie może być miarą kryzysu ich ducha.

    Hej, Bracia nie bójcie się! Podpisujcie się jak tylko wam się zamarzy, ale choćby naszkicujcie Wasze stanowisko w każdej kwestii mariawickiej. Broniąc mariawityzmu bronicie także swojego honoru. Wszak także i to, czyli apologetyka mariawityzmu, jest Waszą, Bracia, powinnością… Zapraszam. Kłaniam się Wam nisko pozdrawiając Przenajświętszy Sakrament! – Mariavit

  • W sumie pomyślałem, że to nawet zabawne co Pan pisze, ale później zasmuciło się moje oblicze, gdy zdałem sobie sprawę, jak szybko i łatwo ocenia Pan czy ktoś kłamie czy nie.
    Ad meritum – wyjaśnienia zawarte w podanym przez pana linku są i dla mnie merytoryczne. W ogóle sytuacja związana z latami po rozłamie jest dość trudna, ponieważ w pismach obydwu storn zawarte są stwierdzenia kategoryczne, które nie mają poparcia w późniejszych faktach działaniach. Nie wiem, co abp Michał miał na myśli pisząc „kata sarka” i nie mam 100% pewności czy on to napisał. Działały wówczas w mariawityzmie siły nieprzychylne arcybiskupowi i mój podziw dla tego Człowieka jest ogromny, że po tym, co mu zrobiono był wierny aż do śmierci, a po drodze – nawet jeśli wybuchał i pisał rzeczy co najmniej kontrowersyjne (por. list odnaleziony przez ks. Warchoła w kontekście kapłaństwa ludowego), to i tak miało to głęboki związek z tym co działo się w 1935 roku. Niestety nie wiemy wszystkiego, ale ogrom napięć stopniowo się przed nami odkrywa nie tylko dzięki aktom IPN, ale również innym pismom, które – oby jak najszybciej ujrzały światło dzienne. W współżycie cielesne ze św. Mateczką nie wierzę – nie dlatego, że uważam współżycie cielesne za coś złego – ale życie Mateczki było zupełnie inne. Poza tym naczytałem się, przygotowując powyższy artykuł – soczyste zeznania pań, w tym byłych zakonnic, pod adresem Arcybiskupa, które zresztą szczegółowo przytaczali oficerowie Gestapo – i im więcej tego czytałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu heroicznych cnót i niewinności Arcybiskupa. Te opisy z listu to naprawdę pikuś. Lawina szamba wylana na tego człowieka złamałaby chyba każdego, a jednak on się nie złamał w najważniejszej sprawie. Złamał się z pewnością w innych kwestiach, gdy po ludzku, również w wymiarze religijnym, próbował zracjonalizować/teologizować zdradę biskupów, którzy – co ciekawe – też byli (cała trójka + 2) oskarżani przez władze o czyny lubieżne. O jednym do dziś istnieje dość ciekawe dossier w IPN i naprawdę nie warto tego przytaczać. Bardziej przychylam się do opinii, że abp tego fragmentu albo nie napisał w ogóle, albo zrozumienie tego tekstu wymaga doprecyzowania. W ogóle temat Brata Arcybiskupa Michała jest skromnie rozpoznany, a będzie bardziej, jeśli doczekamy się wydania innych dokumentów, w tym Listów z więzienia w Rawiczu, tudzież innych tekstów, które tu i ówdzie krążą. Problem polega na tym, że propaganda rzymskokatolicka i p. Peterkiewicz bezkrytycznie powtarzali rewelacje z klasztoru płockiego, powielali je jako prawdy do wierzenia. W samym klasztorze mieszkało wielu ludzi i nie brakowało tam i takich, którzy – gdy przyszła chwila – uderzyli w Arcybiskupa, a przede wszystkich Mariawityzm. Pańskie opinie, dotyczące Mariawityzmu w ogóle (nie wiem skąd Pan je czerpie) wynikają z założenia, którym zasadniczo kierują się badacze i „badacze”, przynależący do KRK, a mianowicie założeniem, że Objawienia są fałszywe. Mają prawo do takiej opinii, ale ona zupełnie nie ułatwia rozpoznanie tematu.

    Tekst jest o Grzmiącej, dlatego też na tym skończę dyskusję nt. Pańskich „rewelacji”. NBPPS

  • Mariavit

    Bracie, czy mógłbyś podać źródło, z którego zaczerpnąłeś wiedzę o współżyciu seksualnym abp. Kowalskiego z Marią Franciszką? To niezwykle intrygujący problem. Pytam nie z czczej ciekawości, ale by dowiedzieć się o czymś, czego nie wiedziałem. Z całym szacunkiem, ale idzie mi o źródła, nie interpretację tekstu prasowego, jakiej Brat dokonał wcześniej.
    Serdeczności! Mariavit

  • Jarek

    O tych ,,rewelacjach,,już bhpe niby odpowiedział,ale nie chce mi się w to wszystko jakoś wierzyć.Z punktu widzenia zwykłego człowieka – 4 facetów i nie było dziecka?Coś mi tu nie gra.A propos kpł Wiesława – wierni z Żarnówki przy pomocy duchownych wykazali się szczególną oznaką ,,miłosierdzia i miłości,,

  • bhpe

    Najpierw Pan pisze o pomyjach, które nie ma poparcia w źródłach, teraz Pan racjonalnie owe pomyje, jednak źródłowe, próbuje tłumaczyć. Dość nieudolnie – nie wiadomo, czy to abp. Kowalski napisał, nie wiadomo jak go rozumieć. Ok, ale jak Pan widzi, najpierw Pan zaprzeczał kłamliwie, bo jednak sprawę zna.
    A wystarczy to co napisał abp. Kowalski zestawić z wypowiedzą późniejszego zwierzchnika KKM abp. Wojciechowskiego, który wykłada dokładnie „techniczną” stronę małżeństw mistycznych kapłanów i sióstr zakonnych (co ciekawe praktyka wyprzedziła oficjalne zniesienie celibatu – małżeństwa mistyczne było początkowo dla nielicznych) w filmie od 20 minuty – strona techniczna od min. 24. Co ciekawe abp. Wojciechowski wiąże owe małżeństwa mistyczne z „objawieniami” s. Kozłowskiej.

    https://www.youtube.com/watch?v=tL_A_eyCveA

    Film jest zresztą kopalnią innych wiadomością, m.in. o oficjalnym kulcie s. Kozłowski, jako małżonki Chrystusa od 1906, ostatecznie przez nią zaakceptowany po dwóch latach (od 18 min. filmu)

    A skąd czerpię wiadomości – jak wyżej, ze źródeł. A publikowane są nowe i nie są wygodne dla hagiografów. Oto przykład – przez lata funkcjonował w środowisku mariawickich historyków mit o watykańskiej manipulacji tekstem „Początku Zwiastowania…”. Stało się to publikacji ks. Różyka o „objawieniach” s. Kozłowskiej na podstawie źródeł rzymskich (dokumentów procesu) w roku 2006. Jeszcze parę lat później zarzut fałszowania dokumentów postawiono wprost, wskazując na bp. Szembeka (Praca nad sobą, nr 51, s. 21 – 22).
    A co się ostatecznie okazało? Oto s. Kozłowska dyktowała a jej ówczesny zaufany współpracownik ks. Gołębiowski pisał ów dokument, który potem stał się podstawą decyzji wszystkich gremiów kościelnych. Zaprzysiężona wcześniej zakonnica, która ślubowała przed sądem biskupim mówić prawdę, dostarczyła zmanipulowany dokument, co dało potem powód do ataku na stronę katolicką. Ks. Rudnicki zdecydował jednak na publikację tekst ks. Seweryniaka, który wskazał prawdziwych manipulatorów (Praca nad Sobą nr 53, s. 18.
    Wersji mariawickiej próbował bronić potem brat Paweł – tak, autorem jest ks. Gołębiowski, mariawita, ale zrobił to co zasugerował mu bp. Szembek (hahaha!), ks. Rudnicki – ks. Gołębiowski zawarł dżentelmeńską umowę z biskupem Szembekiem co do zmian w tekście, a Sławomir Gołębiowski po prostu nie uznaje pisemnych deklaracji s. Kozłowskiej i ks. Gołębiowskiego złożonych na dokumencie i potwierdzającym jego autentyczność.
    Cóż mleko się wylało. U źródeł było kłamstwo, ale siostry Kozłowskiej i ks. Gołębiowskiego.
    Jak się domyślam, temu faktowi też Pan zaprzeczy.

  • bhpe

    Źródło podałem przecież niżej, list abp. Kowalskiego opublikowany przez niego w Wiadomościach Mariawickich. Jedni abp. Kowalskiemu wierzą (ja), inni uważają że kłamał, albo złamany psychicznie bredził (Dariusz Bruncz).

  • Jarek

    Szanując Pana i Pańskie rewelacje proponuję zakończyć tę dysksję,która raczej niczego nowego nie wniesie a ludziom,którzy będą to czytali i interpretowali po swojemu namiesza niepotrzebnie w głowach.

  • Awi

    Panie bhpe, myslę, ze dobrze Pan zrobił zamieszczając ten film. W końcu każdy komentator mógł „na własne uszy” usłyszeć bezpośrednie sformułowania biskupa mariawickiego na temat owych małżeństw quasi mistycznych, niepokalanych poczęć , no i tej ‚małżonki Chrystusa’.

  • bhpe

    Mało kiedy się ze sobą zgadzamy, ale Pani uwaga o małżeństwie Lutra i Katarzyna von Bohra wydaje mi się bardzo celna i podsunęła mi pewną myśl. To czemu tak gwałtownie zaprzecza p. Bruncz, wcale nie musi być bulwersujące dla wiernych Katolickiego Kościoła Mariawitów (Felicjanów), jak i tych zwolenników, którzy pozostali po rozłamie (nie pierwszym zresztą) w roku 1935 pozostali przy abp. Kowalskim. Dla nich mistyczne małżeństwa, którym towarzyszyły w sumie dziś mało, lub wcale bulwersujące seksualne obyczaj, wcale, jako pochodzące z Bożego nakazu, bulwersujące nie były (tak jak dla abp. Wojciechowskiego). Mistyczne małżeństwa s. Kozłowskiej z jej najbliższymi współpracownikami również.

  • Ma pan prawo do swoich założeń, tylko czemu to służy. To naprawdę w jakiejś mierze fascynujące, jakich manipulacji słowem Pan się dopuszcza. Powtarza Pan stare zarzuty prasy narodowo-katolickiej z lat 30. i nie tylko, ale w pełni rozumiem, że tak jest po prostu łatwiej.

  • bhpe

    Wycofuję się jednak z zarzutu kłamstwa pod Pana adresem, Pan po prostu BREDZI! To jakieś oszołomienie lub otępienie, albo za dużo przebywa Pan na słońcu – proszę sobie założyć białą płócienną czapeczkę albo słomkowy kapelutek, może coś pomoże.
    W wyżej przytoczonych cytatach, źródłach i filmie dopatruje się Pan zarzutów pracy narodowo katolickiej? Niedługo się dowiemy od Pana, że abp Kowalski, abp. Wojciechowski to tajni agenci Dmowskiego i jezuitów.

  • Defender

    1. Artykuł wyjściowy ciekawy, ale strasznie jednostronny. Natychmiast nasuwa się pytanie – które p. Dariusz praktycznie przemilcza – dlaczegóż to, tak nagle i niespodziewanie, zdecydowana większość mariawitów zapragnęła odsunąć arcybiskupa, skoro był ostoją rozsądku i ortodoksji. Kompletnie brak przedstawienia punktu widzenia i zarzutów drugiej strony.
    2. Zatem bardzo dziękuję za wynalezienie tego filmu – zwłaszcza, że nikt nie może mu zarzucić manipulacji, bo mariawici mówią w nim sami o sobie – który uzupełnia tło doktrynalne rozłamu.

    a. Mateczka jako „nowa Ewa”, z własną rolą w odkupieniu, obok „nowego Adama”.
    b. Mateczka jako wcielenie Ducha Świętego.
    c. Uzupełnienie „Zdrowaś Maryjo” o wezwanie do Mateczki.
    d. Wiara abp. Kowalskiego, że z małżeństw między duchownymi narodzą się dzieci niepokalanie poczęte – samo to by wystarczyło, żeby uznać arcybiskupa za pogrążonego w odmętach doktrynalnego szaleństwa.

    3. Na marginesie, jak na portal ekumeniczny, to nie do końca pojmuję nieskrywaną wrogość p. Dariusza wobec działań i inicjatyw ekumenicznych, których perspektywą jest rzeczywista jedność, takich jak wspomniany dialog mariawicko-katolicki, w którym strony były w stanie dojść do pozytywnych konkluzji, które – nie daj Panie Boże! – mogłyby się stać podstawą do przywrócenia pełnej jedności.

  • ten film chyba rozsiewa wątpliwości nawet katolicyzmowi wrogich osób, dlaczego Watykan potępił naukę mariawityzmu. Nagromadzenie herezji, ale w najcięższym tego słowa znaczeniu, jest przerażające.

  • Panie Defenderze,
    1. Nie zgadzam się z Panem. Temat tzw. kapituły generalnej ze stycznia 1935 roku jest rozległy i nie jest zasadniczym tematem tego tekstu. Kapituła stanowi tło, dlatego jest zarysowana, a nie omówiona ze wszystkimi szczegółami – poza tym wszystkich rzeczy i tak nie wiemy. W obiegu jako przyczyny podaje się reformy arcybiskupa, w tym konkretnie małżeństwa zakonne i kapłaństwo kobiet. Jest to argument zdecydowanie chybiony i niemerytoryczny. Moim zdaniem, ale nie tylko moim, bunt, który rodził się od jakiegoś czasu był wypadkową czynników politycznych, kościelno-politycznych (propaganda rzymska) i okoliczności innego rodzaju. Zarzut drugiej strony został ukazany.
    2. Ten film to żadna tajemnica, a po prostu materiał z dawnych czasów. Rozmawiałem z osobami, które występowały w tym filmie i – co istotne – nie miały absolutnie wpływu na ostateczny kształt wypowiedzi i nie tylko. Wypowiedzi abp. Wojciechowskiego zostały wycięte i w niektórych fragmentach, jak mi przekazano, niekompletne. Niemniej nie zamierzam „bronić” abp. Rafaela, gdyż zasadniczo film oddaje meritum. Punkty od a do d są po prostu częścią duchowego rozwoju mariawityzmu i nie zamierzam z nimi polemizować tym bardziej, że biorąc pod uwagę owoce duchowe mariawityzmu felicjanowskiego są w mojej ocenie dobre. To nie znaczy, że podzielam stanowisko mariawitów w takiej czy innej treści, bo gdybym podzielał, to byłbym mariawitą, a nie ewangelikiem, niemniej stanowczo się sprzeciwiam arbitralnego oceniania życia duchowego innych wspólnot, których świadectwo mówi samo za siebie. A owo świadectwo znam.

    3. Tak, ma Pan rację. Już wypowiedziałem się w innym tekście, co myślę o tzw. „dialogu” mariawicko-rzymskokatolickim. Wg mojej oceny był prowadzony nieodpowiedzialnie i winę za to ponosi przede wszystkim strona mariawicka. Strona rzymska realizowała po prostu swój plan. Proszę też zwrócić uwagę, że celem dialogu nie była pełna jedność, choć z pewnością taka była intencja strony rzymskokatolickiej

  • Panie Christianos, dla innych roszczenia Biskupa Rzymu są największą herezją na świecie. Apeluję o powściągliwość. Poza tym Pańska wypowiedź jest ahistoryczna. Nauka mariawicka zaprezentowana na filmie to efekt ewolucji, który nastąpił długo po śmierci św. Marii Franciszki. Równie dobrze Pański argument można en bloc postawić i w sumie jest stawiany przeciwko całemu chrześcijaństwu – „no bo wojny krzyżowe, przemoc w imię Chrystusa” – nagromadzenie tego zła w imię religii jest przerażające. Proszę uważać na argumenty tego rodzaju, bo to miecz obosieczny. Poza tym z perspektywy religioznawczej, choć nie tylko, podchodzenie do względnie młodych ruchów religijnych z oczekiwaniem ich sterylności i bezlitosnego oceniania wszelkich niedociągnięć jest – mówiąc delikatnie – podejrzane w sytuacji, kiedy ma się bałagan na swoim podwórku.

  • Pańska interpretacja jest jedną z możliwych, co nie zmienia postaci rzeczy, że z założenia uznaje Pan/Ksiądz Objawienia św. M. Franciszki za fałszywe. Pańskie prawo.

  • Dopiero teraz zauważyłem Pański post powyższej treści. Jest on poniżej wszelkiej krytyki i już Pana ostrzegałem i powiem to naprawdę po raz ostatni: nie życzę sobie w tym miejscu takiej retoryki. Skoro nie potrafi Pan zrozumieć słów i manipuluje Pan nimi w taki sposób, aby uzasadnić swoje fobie, czy wręcz nienawiść, to Pańska sprawa, ale nie będę tego tolerował w tym miejscu. Może Pan wszystko odwrócić ad absurdum i wyśmiać, ale to i tak w żadnym wypadku nie uwiarygadnia Pańskich wypowiedzi nt. mariawityzmu. Brakuje Panu odrobiny przychylności i dystansu do własnych wypowiedzi, uprawia Pan arbitraż zza biurka pod nickiem, a ja nie będę tracił już czasu, aby Panu wyjaśniać, co myślę, a czego nie myślę, bo Pan i tak wie lepiej. Reasumując: jeszcze raz zobaczę takie wycieczki ad personam, to po prostu przestanie Pan tutaj komentować i zniknie Pan stąd razem ze swoimi sensacyjami.

  • bhpe

    Jakiej retoryki? Kłamie Pan w żywe oczy, atakuje Pan personalnie ludzi a gdy ktoś odpowie podobnymi słowy i w sposób jak Pan, śmie się Pan oburzać i pouczać? To wzorzec hipokryzji niczym wzorzec metra w Sevres.

  • bhpe

    No i ma Pan odpowiedź, Wypowiedzi abp. Wojciechowskiego (który nota bene umarł w roku 2005 – ciekawe więc jest to, czy p. Bruncz rozmawiał o jego wypowiedziach z osobami, które z abp. rozmawiały, czy z osobami, które rozmawiały z osobami, które rozmawiały z abp. czy też… ) zostały poszatkowane, pocięte i są niekompletne.
    itd

  • Heh, ale Pan jest zabawny. Podczas kręcenia filmu wypowiadały się i inne osoby, ale ich głos nie został najwyraźniej uznany za ważny.

  • Nie zaatakowałem Pana ad personam, a Pan to uczynił kilkakrotnie w ogromnej zapalczywości swej. Odnosiłem się do Pańskich wypowiedzi i Pańskich interpretacji, z którymi się nie zgadzałem. I tyle.

  • bhpe

    „Punkty od a do d są po prostu częścią duchowego rozwoju mariawityzmu i nie zamierzam z nimi polemizować tym bardziej, że biorąc pod uwagę owoce duchowe mariawityzmu felicjanowskiego są w mojej ocenie dobre”.
    Chętnie zapoznałbym się z listą owych owoców mariawityzmu felicjanowskiego. Bo chyba o całkowitym zaprzeczeniu ortodoksyjnej nauce o Trójcy Świętej Pan nie mówi?
    ps. a co do filmu – podjąć z nim polemikę to nie problem – wypowiedzi osób pominiętych i tych z którymi Pan rozmawiał nagrywamy przeciętnej jakości telefonem z kamerka i umieszczamy na YouTube.
    Co prawda ja nie pamiętałbym, co komu mówiłem przed prawie laty, co wycięto, co pominięto, ale ja, to nie inni a poza tym takie wydarzenia mogą zapaść w pamięć mocno.

  • Defender

    1. „stanowczo się sprzeciwiam arbitralne[mu] oceniani[u] życia duchowego innych wspólnot, których świadectwo mówi samo za siebie”
    Stanowczo sprzeciwia się Pan stworzonemu przez siebie chochołowi. Nikt nie ocenia „życia duchowego” mariawitów, a jedynie odjazdy doktrynalne.
    Świadectwo życia poszczególnych osób nie jest ostatecznym miernikiem ortodoksji. Donatyści czy arianie potrafili wieść bardzo cnotliwe życie. Poszczególni mormoni wielokrotnie dają piękne świadectwo życia, ale to – wbrew pana słowom – wcale nie „mówi samo za siebie” w kwestii prawdziwości tego, co głoszą.
    2. „taka była intencja strony katolickiej”
    I to coś złego? Na portalu ekumenicznym odsądza pan od czci i wiary dążenia do przywrócenia pełnej i rzeczywistej jedności?! Zbrodnią mariawitów byłoby, gdyby doprowadzili do rzeczywistego i pełnego przezwyciężenia podziału (schizmy) sprzed 100 lat?
    Mam wrażenie, że alergicznie reaguje pan na wszelkie wysiłki ekumeniczne ukierunkowane na przywrócenie realnej jedności (wcześniej na ordynariaty, teraz ten dialog mariawicko-katolicki), bo w najgłębszej warstwie podważają pana paradygmat ekumeniczny.

  • Mariavit

    Szanowny Bracie,
    połączenie małżeńskie, nawet cielesne, niekoniecznie musi oznaczać zbliżenie seksualne. Są przecież (i były wśród tzw. małżeństw mistycznych) związki „białe”, gdy siostry i kapłani, związani węzłem małżeńskim, mieszkali sypiali w własnych łóżkach w odrębnych pokojach. Czy aby nie zbyt pochopnie swój zarzut? Wiesz tylko to, co jest napisane, a co z intencjami piszących oraz okolicznościami napisania cytowanych przez Ciebie słów? Co i w jaki sposób miałoby „załatwić” owo wyznanie, które odczytujesz wedle swych intencji? Jakie dowody, poza własną egezegezą zechcesz przedstawić? Jeśli masz doświadczenie naukowe, powinieneś, Bracie, wiedzieć, że nie wszystko, co zostało napisane przez głównych bohaterów jakiegoś wydarzenia, jest taki, jakim było a jest takim, jakim chciał je przedstawić piszący. Bez „twardych” dowodów” w tej kwestii, każdy „wniosek” nie wyjdzie poza ramy domniemania.
    Może dobrze, nim się cokolwiek „orzeknie definitywnie” wspomnieć na sentencję Bertranda Russella: To smutne, że głupcy zawsze są tak pewni siebie, gdy luzie mądrzy zawsze pełni są wątpliwości… Każde „cogito”, winno poprzedzać kilka „dubito”…
    Serdeczności! – Mariavit

  • Mariavit

    A co pracy p. Kowalika o Wierzbicy, to jest to „wkład” autora i IPN w proces „uświątbliwienia” bp. Piotra Gołębiowskiego. Jeśli znasz kulisy „sprawy Wierzbickiej”, to wiesz, że mariawici pojawili się w schyłkowej fazie konfliktu ks. Kosa z władzami diecezjalnymi. Nie oni inspirowali spór i nie byli jego stroną, dlatego nadanie książce o tych wydarzeniach tytułu „Konflikt wyznaniowy w Wierzbicy” jest – co najmniej – tendencyjny (choć ja nazwałbym go kłamliwym i nie dlatego na moje „złogi mariawickie”, lecz szacunek dla faktów)
    I jeszcze, nim zechcesz coś równie „rzeczowego” napisać o sytuacjiw Wierzbicy czasu onego, to przyjrzyj się także „karierze” naukowej p. Kowalika. Ona daje do myślenia. O właśnie – do myślenia…
    Kłaniam się nisko – Mariavit

  • bhpe

    1. Białe małżeństwa – ich owocem nie są dzieci, a o dzieciach poczętych w mistycznych małżeństwach mówił abp. Wojciechowski.
    2. Abp. Kowalski napisał to co napisał i opublikował to co opublikował. Jedni zakładają, że w chwili załamania skłamał, a ja po prostu uważam, że w chwili załamania napisał prawdę, długo skrywaną przed światem zewnętrznym, do tej pory znaną wąskiemu kręgowi wtajemniczonych. Wskazuję przy tym na okoliczności, które to uprawdopodobniają – swoje reformy abp. praktykował najpierw w wąskim gronie potem dopiero ogładzał ludowi, dotyczy to i małżeństw kapłanów z zakonnicami i kapłaństwa kobiet – to akurat nie jest przypuszczenie a fakt. Ja oświadczenie abp. Kowalskiego uważam za wiarygodne, tym bardziej, że pozostające w wielkim konflikcie strony dołożyły wszelkich starań, aby zniszczyć wszystkie egzemplarze pisma. Jestem przekonany, że gdyby stwierdzenie abp. Kowalskiego o małżeństwie CIELESNYM z s. Kozłowską było kłamstwem (jakże potwornym…) to zostałoby wykorzystane przez oponentów z Płocka, aby go do końca pognębić. Ponieważ było prawdziwe i ukazywało jakimi niskimi pobudkami kierował. się m.in. bp Feldman, to zrobiono wszystko by list abp. Kowalskiego zataić.

    List poza tym pokazuje jasno, że sam idea małżeństw z zakonnicami i kapłaństwa kobiet, nie zrodziła się w jego głowie, tylko była owocem i kontynuacją owych wspomnianych małżeństw s. Kozłowskiej z 4 najbardziej zaufanymi współpracownikami.

    Oczywiście nikt nie musi się zgadzać z moją interpretacją, jednak fizycznemu wymiarowi małżeństw mistycznych nie można zaprzeczyć, jak i faktowi, że list abp. Kowalskiego został przez niego napisany a nie jest wymysłem propagandy narodowo – katolickiej.

  • bhpe

    Wyraźnie napisałem przecież, że „nie wątpię w szczerość motywów mariawickich i odnoszę się tylko do motywów SB”. Każdy konflikt wewnątrzkościelny, każdego wyznania był przez SB i żyjący z nim w swoistej symbiozie UdSW wykorzystywany. A w kontekście mariawickim – chęci misyjne mariawitów i zainteresowanie mieszkańców Wierzbicy zdałyby się na nic, gdyby nie przychylność administracji wyznaniowej – do utworzenia ze strony formalnej i funkcjonowania „na zewnątrz ” każdej parafii, każdego Kościoła konieczna była nie tylko wola jakiegokolwiek gremium kościelnego ale i decyzje administracyjne władz państwowych.

  • Mariavit

    Bracie,
    1. białe małżeństwa kapłańskie (a były takie) dzieci nie miały – co najwyżej przysposobione…
    2. Arcybiskup napisał, co napisał, ale nie napisał, że „filary” współżyły z Mateczką. Powtarzam: wszelkie egzegezy są dopuszczalne na zasadzie „co poeta miał na myśli pisząc…?”. Żadna jednak nie może Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ dowieść, że było, jak, Bracie, sugerujesz. Uważasz coś za wiarygodne – i masz do tego prawo, jak wielu innych ma prawo wątpić z egzegezę Brata. Ciągle obracamy się w sferze domniemań… Podobnie jest z kwestią, czy Jakub, nazwany bratem Jezusa, był jego bratem naturalnym, czy „środowiskowym”. Albo, czy bezżenny trzydziestolatek nauczający w Galilei i Judei mógł być poważnie traktowany przez swoje środowisko. W obu kwestiach jest wiele opinii, ale pewności nie ma żadnej. Nawet Ewangelie ich nie przesądzają…
    3. Wierzbica. A co, w tamtej dobie, w sferze wyznaniowej mogło obyć się bez wiedzy, decyzji, bądź (choćby) aprobaty Urzędu, lub Wydziałów d/s Wyznań? Tak, czy inaczej pracy p. Kowalika bliżej do paszkwilu, niż rzetelnego opracowania.
    Kłaniam się nisko – Mariavit

  • bhpe

    Niestety niezwykle trudno dyskutuje się z osobą, która w oczywisty sposób manipuluje tekstem tak jak Pan.
    Ponieważ Kowalski wprost wymienia z nazwiska bp. Próchniewskiego, bp. Feldmana, bp. Przysieckiego Ii siebie) a małżeństwa opisuje tak „Związki te małżeńskie z Mateczką, z Woli Bożej pochodzące i święte, były prawdziwe, nie tylko duchowe, ale i CIELESNE. /…/ Mateczka /…/ została połaczona węzełm małżeńskim prawdziwym wg ducha i CIAŁA z nami czterema, aby dać początek nowej erze /…? Bo jeśli Mateczce, Wolę Bożą we wszystkim doskonale pełniącej, nikt nie ośmieli się zarzucić grzechu cudzołóstwa lub wielomęstwa (bo co Bóg nakazuje, to jest święte, choćby cały świat zepsuty nazwał to rozpustą)” można spierać się co do interpretacji i trwać przy swojej opinii, ale twierdzenie, że Kowalski nie napisał tego co napisał, jest już zwykłym kłamstwem i tyle. Językiem swojej epoki i środowiska jasno i wprost pokazał nie tylko duchowy ale i seksualny aspekt swojego (i innych) związku z F. Kozłowską.

    Jak napisałem wyżej, chyba jasno, owocem białych małżeństw nie są dzieci, ERGO małżeństwa mistyczne o których mówił abp. Wojciechowski i które propagował abp. Kowalski (ich owocem miało być narodzenie nowego, wolnego od grzechu pierworodnego pokolenia) białymi małżeństwami NIE BYŁY.
    .
    Z oceną pracy Kowalika się nie zgadzam, choć bez oporu uznaję, że temat pracy, delikatnie mówiąc, nie jest dobrze dobrany, bo u początku sporu w Wierzbicy żadnego konfliktu wyznaniowego nie było. Ale świadectwa archiwalne, które każdy historyk może sprawdzić w archiwach IPN jasno i wprost ukazują jak dalece SB była w podtrzymanie konfliktu i próbę zainstalowania tam duchownych polskokatolickich. Jak napisałem czystości motywów mariawickich wcale nie neguję.

    Ale chętnie dowiem się jakie to fragmenty pracy Kowalika uważa Pan za paszkwilanckie, wystarczy jak Pan wymieni strony, resztę znajdę sam.

  • @Defender, odjazdy doktrynalne? Kwestia punktu widzenia i semantyki – jeśli chce się Pan poruszać po takiej płaszczyźnie, to beze mnie. Jestem ewangelikiem, który dość dobrze poznał obydwie gałęzie mariawityzmu i jakkolwiek są kwestie, które trudno mi przyjąć, to jednak nie nazwałbym ego odjazdem, wiedząc i znając praktykę i duchowość z tymi „odjazdami” związaną. To, że czegoś Pan nie rozumie, nie oznacza jeszcze, że jest odjazdem. Pańska retoryka jest obosieczna. Cnotliwe życie pozostawmy, bo nie o tym mówiłem. Skarb mariawityzmu IMHO nie polega na jakiejś odnowie moralnej, choć sami mariawici to podkreślają, a na czymś zupełnie innym, co sprawia, że mariawityzmem zaczynają się interesować przychylnie chrześcijanie, których trudno podejrzewać o umiłowanie XIX-wiecznej pobożności
    2. Nie ma nic złego w tym, że wyznaje Pan rzymskokatolickie zasady ekumenizmu, podobnie jak nie ma nic złego w tym, że ja te same zasady uważam za szkodliwe dla ekumenizmu, a rzymskokatolickie dążenia „przywrócenia pełnej i rzeczywistej jedności” uważam – mówiąc delikatnie – za nieporozumienie. Jako rednacz serwisu ekumenicznego nie jestem zobligowany o wyznawania jakiejś nieskonkretyzowanej wersji ekumenizmu. Mam swój pogląd i NIGDY nie uniemożliwiałem prezentacji poglądów odmiennych. Jestem tego samego zdania, co św. M. Franciszka, że z Rzymem nie da się dojść do porozumienia. Ani ordynariatów dla zbiegłych anglikanów, ani próby wchłonięcia KSM nie uważam za jakikolwiek wiarygodny ekumenizm, a po prostu za szkodliwy i niebezpieczny prozelityzm. Pan uważa inaczej i szanuję Pańską opinię.

  • Mariawicka (felicjanowska) doktryna o Trójcy Świętej nie jest całkowitym zaprzeczeniem „ortodoksyjnej nauki o Trójcy Świętej”. Mimo iż jej nie podzielam, jestem daleki od tego, by nazwać ją niechrześcijańską.

    ps. chyba Pan raczy żartować

  • Niech brat przeczyta dla uzupełnienia wiedzy wywiad z siostrami przeprowadzony w drugim tomie „Mistrzyni ducha”.

  • I taka ogólna refleksja. To że za każdym praktycznie razem, kiedy na ekumenizm.pl prezentowany jest artykuł, dotyczący historii mariawityzmu czy mariawityzmu w ogóle spotyka się z agresją rzymskokatolickich komentatorów pokazuje dość wymownie zaprogramowaną wręcz niechęć. Mało tego, ta wrogość, patrzenie z góry, achrześcijańskie recenzowanie i żerowanie na sensacji opakowanej we własną egzegezę tego i owego ma fatalne skutki na mariawityzmu, w tym szczególnie dla KSM. Takie działania przychylnych inaczej powodują, że karmiona jest współcześnie zabójcza narracja „co my możemy zrobić – wszyscy są przeciw nam”. Szkoda, że dyskusja odbiegła tak daleko od tematu tekstu.

  • Mariavit

    1. Jak by to ująć, Bracie, elegancko, ale dosadnie….
    Może tak – kopanie się z koniem nie jest moim najulubieńszym zajęciem. Brat nie ma wątpliwości – ja mam (odsyłam do sentencji B. Russela);
    2. Co pracy p. Kowalika mój osąd jest komplementarny – nie wybiórczy; praca kwalifikuje się albo do głębokiego przeredagowania, albo na… przemiał…
    Serdeczności! Mariavit

  • bhpe

    Przypuszczam, że Pana osąd nie jest oparty o lekturę książki i tyle.

  • bhpe

    No to wrzucę jeszcze jeden kamyczek do mariawickiego ogródka, całkowicie w literaturze mariawickiej pomijany, bo szalewnie wstydliwy i w mojej ocenie haniebny. Jest nim mianowicie podjęcie kontaktów między mariawitami a Ewangelickim Kościołem Unii Staropruskiej – konkretnie władzami prowincji poznańskiej tego Kościoła. Niemcy byli zainteresowani przeszczepieniem mariawityzmu na teren Wielkopolski w celu rozbijania struktur Kościoła Katolickiego, który w tej dzielnicy był ostoją, najważniejszą, polskości, a mariawici chcieli propagować swoje idee. Z bp. Kowalskim kontakty utrzymywał późniejszy superintendent ewangelików unijnych Artur Rhode. Kowalski zabierał go ze sobą m.in. na zjazdy biskupów starokatolickich. Kontakty urwały się wskutek wybuchu I wojny światowej i po odrodzeniu II RP nie zostały wznowione.
    Sprawę opisał w swej książce Protestantyzm w Poznańskiem 1815 – 1918, wydanej przez Semper w roku 2001. Nie przypuszczam jednak, aby rzeoczenie tego ważnego faktu w literaturze mariawickiej było zamierzone, raczej wynika z wąskiej kwerendy i ciągłego powielania utartych poglądów. W pracy O. Kieca odsyłacze do archiwaliów w poznańskim archiwum państwowym oraz trochę publikacji ewangelicko – unijnych zawierających rozważania nad szansami powodzenia antykatolickiej akcji.

    Miłej lektury zainteresowanym fragmentów pracy O. Kieca życzę.

  • Potwierdza Pan tylko to, co napisałem wcześniej. Zależy panu na dyskredytacji mariawityzmu i znów dokonuje pan „swoistej” interpretacji źródeł. Ale nawet, jeśli uznać pana „rewelacje” za prawdziwe, to przecież nie jest to przecież wstydliwy. Kontakty mariawicko-ewangelickie były zawsze poprawne, a wspomniany ks. Rhode osobiście znał Mateczkę i świadectwo o Niej złożył na łamach kościelnych czasopism (nie pamiętam czy to była Strażnica Ew. czy już Zwiastun). Opinia ks. Rhode o Założycielce znalazła się również w książce „Mistrzyni ducha”. Przypomnę panu, że Gestapo planowało wykorzystanie abpa Kowalskiego do walki z KRK, jednak nic z tego nie wyszło. Haniebne jest to, co Pan pisze, totalnie odkrył się pan ze swoimi fobiami. Dobranoc.

  • bhpe

    1. Nie ma „jeśli są prawdziwe” – to że historycy mariawiccy nie robią dobrej kwerendy przed pisaniem i publikowaniem swoich prac to nie jest moja wina. Po publikację O. Kieca może sięgnąć każdy, odpowiednie źródła przejrzeć w Archiwum Państwowym w Poznaniu również.

    2. Nie dostrzega Pan różnicy między realiami zaborczymi a okupacją hitlerowską? Naprawdę uważa Pan, że na podstawie późniejszego o ponad 30 lat (bardzo godnego) zachowania abp. Kowalskiego można zanegować jego wcześniejsze (i innych mariawitów) z epigonami HAKATY?

    3. Między opiniami wygłaszanymi przez Rhodego wybranymi do publikacji przygotowanej przez mariawitów, jak i pochlebnymi publikacjami okolicznościowymi w czasopismach kościelnych a dokumentami wytworzonymi na użytek WEWNĘTRZNY Kościoła Unijnego jest zasadnicza różnica. Te drugie zawierają więcej informacji i szczegółów, nie miały być publikowane, a wykorzystanie dla celów kościelnych.

    4. I oczywiście ma Pan rację – Rhode i inni ewangelicko-unijni działacze wysoko cenili prężność organizacyjną mariawitów – dlatego nawiązanie kontaktów z nimi i wykorzystanie ich w celach antykatolickich i stąd w realiach zaboru pruskiego antypolskich – uważali za wielce pożądane.

    5. Wg relacji sporządzanych na użytek wewnętrzny propozycje przedstawione duchownym mariawickim w czasie wizyt w Łodzi, Warszawie i Płocku spotkały się z pozytywnym przyjęciem – efektem czego były dobre kontakty Rhodego z bp. Kowalskim i zaproszenie tego pierwszego jako towarzysza delegacji mariawickiej na kongresie starokatolików w Kolonii. Później pojechał z nimi do Akwizgranu, Holandii i Berlinie, gdzie dzięki pośrednictwu Rhodego rozmawiano o zaciągnięciu kredytów hipotecznych w niemieckich bankach.

    6. Czekam z wielką niecierpliwością na dalszą gimnastykę i próby wmówienia, że ziemia jest płaska i opiera się na czterech żółwiach.

  • Mariavit

    Drogi Bracie, a jednak jest Brat zdolny do krytycznego myślenia – szkoda, że (w tym wypadku) na mój temat. A cóż ja – nic nie znaczę, jeszcze mniej mogę…
    Nie ma jednak zwyczaju (w przeciwieństwie do tendencji ogólnopolskiej) dyskutować o kwestiach, o których wiem mało, lub zgoła nic. Opinie o pracy p. Kowalika podtrzymuję. Ale też nie on jeden z faktycznych przesłanek wyciąga wnioski pasujące do „zadanego” założenia… To choroba trawiąca wielu dyspozycyjnych najmitów – nie śmiem ich nazwać badaczami.
    I na tym zakończę ten dyskurs, gdyż udaję się na kilka dni odpoczynku na polski „bliski Wschód”. Serdeczności! Mariavit

  • Taaa, mariawici zagrożeniem dla rzymskich katolików i morderczy sojusz Rhodego z mariawitami. Pan chyba stracil jakiekolwiek poczucie miary. Nie dziwi mnie zatemm, dlaczego przemilcza Pan antychrześcijańską postawę Pańskiej wspólnoty w okresie międzywojennym przeciwko mariaiwtyzmu i znacznie wcześniej też. Pański Kościół chciał zniszczyć mariaiwtyzm i na szczęście się nie udało.

  • bhpe

    Proszę Pana, nie pisałem o tym jak realne były plany Rhodego i Kowalskiego, tylko o ich zamiarach. Dopóki mariawityzm był li tylko schizmą w ścisłym sensie tego słowa, stanowił niewątpliwie problem dla KK w Królestwie Polskim, od momentu jednak kiedy okazał się herezją, coraz trudniejszą do zaakceptowania nawet dla Unii Utrechckiej, stał się tylko interesującym przypadkiem dla pasjonatów różnej maści. Ja też lubię o mariawitach sobie poczytać, a wiele osób wydaje mi się osobiście sympatycznych, jak np. abp Wojciechowski, który ma za sobą ładny życiorys wojenny, czy opisywany parę razy śp. ks. Polikarp Zaborek, ks. Rudnicki
    A co do przemilczania antychrześcijańskiej postawy KK – Pan mnie wyręcza, ja nawet z tym nie polemizuję, bo i po co? Jak się domyślam po chrześcijańsku biskupi katoliccy postąpiliby, gdyby tzw. objawienia uznali za prawdziwe, samą F. Kozłowską kanonizowali za życia i forsowali ks. Kowalskiego na kolejne urzędy kościelne. Przynajmniej, jeśli wierzyć w przytoczone przez Pana cytaty, żaden z katolickim biskupów nie wchodził do żadnej mariawickiej świątyni i nie mówił „Ja jestem z Gestapo i rozkazuję ci się stąd wynosić”.
    ps. już sobie wyobrażam jakie gromy by się na mnie posypały, gdybym to ja zaczął cytować akta sądowe i protokoły z przesłuchań prowadzonych przez UB. Może kiedyś spróbuję….

  • Awi

    Nastepna refleksja. Kazde bowiem drzewo poznaje się po jego owocu…” /Łuk 6;44/
    A jakie owoce wydał mariawityzm:
    1/rozłam
    2/skonfliktowani duchowni
    3/skłóceni wyznawcy
    4/antagonizmy miedzy duchownymi a wiernymi (donosy, plotki…)
    5/ sto lat trwające już ostre polemiki publicystyczne i bezowocne dyskursy miedzy eklezjalne …
    Quo vadis polski mariawito…?

  • A Pani zapewne myśli, że żyjemy w eklezjalnej krainie szczęśliwości?

  • Jarek

    Avi co jeszcze wymyślisz?Daj sobie na wstrzymanie.Jeżeli nie jesteś z Kościoła to nie pisz już tych bzdur.To samo i jeszcze gorzej można pisać o KR-K tylko poddać jakiś dobry temat.W każdej religii,partii politycznej czy innym ugrupowaniu były są i będą jakieś konflikty,niedomówienia czy inne historie.Najgorszą rzeczą jest to jak do polemiki dopadną się domorośli historycy ,teologowie i Bóg wie kto jeszcze a finał będzie taki,że Mariawityzm już nie istnieje.

  • Awi

    1/Nie znam żadnych „Jarków” mariawitów, wiec proszę na przyszłość zwracać się do mnie per Pani.
    2/ Przedstawiłam swoje poglądy jako luteranka patrząca właśnie z dystansu, mogę je tylko powtórzyć i naprawdę mało mnie obchodzi pańska opinia na ten temat.

  • Jarek

    Jeżeli uraziłem to przepaszam miła Pani.Do ,,braterstwa w wierze chrześcijańskiej ,,jeszcze nam berdzo daleko .

  • Awi

    Panie Jarku, moja refleksja, którą nazwał pan „bzdurami” i zalecał „dać sobie na wstrzymanie”, nie wzięła się znikąd lecz jest owocem gorzkiej zadumy nad wlasnie waszymi mariawickimi komentarzami (nie tylko tegorocznymi) i nad artykułami ukazującymi te niekończące się wewnętrzne spory. Bardzo chciałabym przeczytać jakąś pozytywną wiadomość, że podzielony mariawityzm zmierza ku „nowemu”, nawet za cenę doktrynalnych kompromisów, bo jak powszechnie wiadomo, bez kompromisów nie dochodzi się do pojednania. Pozdrawiam

  • Jarek

    Wielce szanowna Pani Awi,za poświęcony czas na zadumę nad losami naszego Kościoła serdecznie dzękuję.Chciałbym uspokoić Panią,że większość wiernych śpi spokojnie i wierzy w moc Pana Boga aby nic złego się nie wydarzyło

  • herezjarcha
  • herezjarcha
  • herezjarcha

    Czcigodni bracia Mariawici (maści wszelakiej). Uwierzcie w moje słowa, zamieszczone na starej wersji tego wortalu, a które powtórzę raz jeszcze: Jest wśród Was tylu zdolnych, młodych ludzi, żeby założyć swoją własną stronę, na której będziecie do woli mogli prać swoje brudy. Bo to, o czym piszecie w żaden sposób nie jest związane z problemem ekumenizmu.
    Doskonale rozumiem, że prowokuje Was do tych wynurzeń Czcigodny Brat Redaktor! Jednak uwierzcie, nie wszystko co napisze Czcigodny Brat Redaktor musi być Prawdą.

    On też może sie mylić!

    Dlatego, czym szybciej skorzystacie z mojej rady, tym lepiej będzie dla Was!

  • Awi

    Panie Redaktorze, jakaś awaria na Disqusie, zniknęła treść komentarzy Herezjarchy !!!!!

  • @herezjarcha:disqus usuwał Pan swoje wpisy?

  • herezjarcha

    Przepraszam za zamieszanie, ale to ja usunąłem swoje wpisy (pod artykułem nt. Kościoła adwentystycznego również).

  • „Jak się domyślam po chrześcijańsku biskupi katoliccy postąpiliby, gdyby tzw. objawienia uznali za prawdziwe, samą F. Kozłowską kanonizowali za życia i forsowali ks. Kowalskiego na kolejne urzędy kościelne.”

    myślę, że po chrześcijańsku postąpiliby po prostu nie przeszkadzając w rozwoju świeżo wyodrębnionego Kościoła. obdarzanie osób spoza swojego Kościoła honorami swojego Kościoła byłoby raczej absurdalne.

    chrześcijaństwo jest szersze od KRK i, udzielając się na portalu ekumenicznym, warto to przynajmniej przyjąć do wiadomości.

  • z zaciekawieniem przeczytałem ten artykuł [i komentarze w sumie też, chociaż pogubiłem się, zwłaszcza jeśli chodzi o to ponowne wydanie jednego numeru tego mariawickiego periodyku, a nie chce mi się teraz szukać w innych artykułach, żeby sobie odświeżyć, o co chodziło], jak właściwie wszystkie dotyczące mariawityzmu. 🙂 no i wzbogaciłem sobie słownik o „błędowierców”, „feldmanowców” i „kowalszczaków”.

    zastanawia mnie jedna rzecz – kwestia wezwań obu parafii, czy w ogóle mówienie o parafii pod wezwaniem nie jest pewnym skrótem myślowym? zawsze mi się wydawało [ale rzecz jasna mogę się mylić] że wezwanie wiąże się raczej z danym miejscem kultu [kościołem/kaplicą] a nie zbiorowością wiernych [parafią].

    czy kiedy kościół w Grzmiącej znajdował się we władaniu mariawitów „felicjanowskich”, to był p.w. P.S., a kiedy we władaniu mariawitów „płockich”, to p.w. P.K.Ś.?

  • bhpe

    Byłoby to co najmniej dziwne, gdyby jakikolwiek Kościół tolerowałby heretycką (z jego punktu widzenia) wspólnotę rozwijającą się w jego łonie, w oparciu o jego parafie. Nie mówiąc o tym, że dochodzi do tego troska o zbawienie osób, które uważa się za zwiedzione.
    A co do chrześcijańskiego postępowania. W Nowym Testamencie możemy znaleźć dość przykładów, które pozwoliłby rozwinąć dyskusje, co to dokładnie znaczy, np. Św. Piotr i Szymon Mag, św. Piotr i Ananiasz z żoną Safirą. Byłoby to jednak jałowe. Bo każdy zostałby przy swoim zdaniu.
    Pozdrawiam

  • czyżby cała Polska była „łonem Kościoła rzymskiego”? 😉 przecież mariawityzm stanowił już wtedy odrębną instytucję kościelną. jasne, „target” był w przypadku obu Kościołów podobny, ale to jeszcze nie upoważnia do oczerniania.

    reszta komentarza pokazuje nieumiejętność przyjęcia do wiadomości, że wielość Kościołów nie jest zagrożeniem dla żadnego z nich. i że chrześcijaństwo jest szersze od każdego z nich. no ale to już pisałem.

  • bhpe

    Już wtedy, to znaczy kiedy proszę Pana? Wtedy, gdy s. Kozłowska otrzymała „pierwsze” objawienia? Czy wówczas, gdy będąc jeszcze formalnie zakonnicą katolicką werbowała do swojego ruchu duchownych katolickich? Czy wówczas, gdy po uzyskaniu statusu uznanego prawnie wyznania w Królestwie Polskim dalej, co zupełnie naturalne, prowadzili „połów dusz” wśród katolików?
    Czy KRK miał się odwracać od tych, którzy z Kościoła odeszli, a po kolejnych skandalach u mariawitów, do niego, często setkami, wraz z duchownymi do niego chcieli powrócić?
    Co do reszty, ponieważ nieźle znam historię, także tę ubiegłowieczoną i bardziej współczesną rozłamów i rozłamików będących codziennością różnych denominacji ewangelickich, ewangelicznych, ewangelikalnych, takich, siakich i owakich, pozwalam sobie zauważyć, że druga część Pana komentarza dotyczy każdej zinstytucjonalizowanej religii. Religii, nie tylko wyznania.
    Pozdrawiam

  • a wiara w Boga jest czymś więcej aniżeli chrześcijaństwem czy wiarą w Pana Jezusa itd. Kościół katolicki tak a nie inaczej rozumie swoje powołanie, dlatego też pierwszym imho obowiązkiem jest dbanie o owce we swojej owczarni. Wymaganie aby katolicyzm przyjął protestancką eklezjologię jest bardzo NIE EKUMENICZNE!

  • Awi

    Ale przecież to Jezus Chrystus (czyli objawiciel Boga) pragnie, ażeby wszyscy w niego wierzący, a zatem i katolicy i protestanci i inni jego wyznawcy, STANOWILI JEDNO (Ut unum sint!!) Ponad eklezjologiami…..