Czy sakramenty da się ograniczyć? – rozmowa z prawosławnym publicystą Łukaszem Kobeszką

0

Kategoryczne wykluczenie homoseksualistów z kapłaństwa w prawosławiu za pomocą jednego dokumentu, encykliki lub bulli mogłoby nosić znamiona prób ograniczania działania Bożej mocy poprzez sakramenty – mówi w rozmowie z ekumenizm.pl prawosławny publicysta Łukasz Kobeszko.



Ekumenizm: Opinia publiczna w Polsce żyje od kilkunastu dni sprawą „zrzucenia sutanny” przez ks. Łukasza Kachnowicza. Nie jest to pierwsze takie wydarzenie, można wręcz uznać, że stopniowo przyzwyczajamy się do takich wiadomości i ogłaszanych publicznie decyzji. Tutaj, podobnie jak w przypadku ks. Krzysztofa Charamsy sprzed kilku lat, mamy do czynienia z tłem dotyczącym problematyki obecności osób LGBT już nie tylko w danym Kościele chrześcijańskim, ale w stanie kapłańskim. Jak na takie zjawiska patrzy osoba prawosławna?

Łukasz Kobeszko: Bez względu na to, z duchownym jakiego Kościoła mamy do czynienia, takie odejście jest zawsze bolesne. Nawet patrząc czysto po ludzku, jest świadectwem porażki obranej drogi życiowej. Nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, aby mieć przed oczyma człowieka, który w pewnym momencie życia usłyszał głos powołania do bycia kapłanem. Pragnie głosić Ewangelię, sprawować święte misteria, być blisko ludzi, pomagać im w nieraz niezwykle delikatnych i skomplikowanych kwestiach duchowych. I po jakimś czasie coś się kończy, pęka… Przeżywa to przecież nie tylko sam zainteresowany, ale również znajdujący się pod jego opieką wierni. Pojawiają się z ich strony pretensje, rozczarowanie, poczucie zawodu, dziesiątki pytań, które często pozostają już bez odpowiedzi. Jednym słowem – to sytuacja z pewnością nie do pozazdroszczenia dla wszystkich stron. Kapłana czy też uznającego się za byłego kapłana, należy potraktować z pełnym szacunkiem, chrześcijańską miłością i życzliwością. Jakikolwiek publiczny hejt, publiczne poszukiwanie winnych, rozliczanie „zdrajców”, zwalanie wszystkiego na wszechogarniające spiski – to działania sprzeczne z tym duchem i z pewnością nie pomagające nikomu.

Jednak nie każde odejście to świadectwo porażki – są duchowni, którzy rozpoznają po jakimś czasie braki duchowe, osobiste lub fizyczne uniemożliwiające im odpowiedzialne sprawowanie posługi duchownego

Gdy czytamy jedno z najwybitniejszych dzieł Ojców Kościoła dotyczących kapłaństwa – słynny Dialog świętego Jana Złotoustego (Chryzostoma), wręcz poraża nas, jak z wielką żarliwością opisuje on, iż kapłan na mocy sakramentu święceń ma możliwość sprawowania „świętości świętych” – Boskiej Liturgii, dokonywania cudownej przemiany Świętych Darów w Ciało i Krew Chrystusa. Odejście z kapłaństwa, to więc nie takie proste i oczywiste gesty jak częste w dzisiejszym świecie zmiany wykonywanego zawodu, przeprowadzki do innego miasta lub kraju, odejście piłkarza z klubu, w którym osiągał sukcesy lub muzyka ze składu znanego zespołu.

Człowiek jest jednak wolny i zapewne nie istnieje żaden uniwersalny mechanizm psychologiczny, żadna „technika”, zarówno na etapie formacji przed święceniami lub ordynacją, ani też w późniejszym czasie, która mogłaby takie decyzje o „zrzuceniu sutanny” wyeliminować. Zarówno w Kościołach rzymskokatolickim, prawosławnym i starokatolickim, jak i w Kościołach wyrosłych z Reformacji, mających już inne podejście do kapłaństwa. Co do przypadku ks. Charamsy, sytuacja była, jak sądzę, nieco odmienna. On ogłosił, że jest osobą żyjącą w związku homoseksualnym. Wydaje się jednak, że nie chciał odchodzić ze stanu kapłańskiego.

 Ks. Charamsa został jednak w konsekwencji swojego coming-outu obłożony karą suspensy. Natomiast sekwencja zdarzeń w przypadku ks. Kachnowicza była nieco inna…

 Mogę się wypowiadać tylko na podstawie publicznych wypowiedzi ks. Kachnowicza – nie znam go osobiście. Ale istotnie, widzę tu pewną różnicę. Ks. Kachnowicz najpierw pisał w mediach społecznościowych o urlopie, później dopiero zaczął, w sposób zresztą bardzo subtelny, dawać sygnały, że nie chodzi tu tylko o urlop, że może już z niego nie powrócić. Widać, że była to dla niego bardzo ciężka decyzja, obarczona ogromnym stresem. Wspominał zresztą o depresji, ucieczkach w używki itp. Po ludzku – zrozumiała sytuacja kryzysowa. W przypadku ks. Charamsy było odmiennie, miało się wrażenie, że sprawa miała pewien wyraźny scenariusz. Najpierw wywiad dla dużego tygodnika, następnie ogólnopolskiej stacji telewizyjnej, w końcu konferencja prasowa w Watykanie z coming-outem…

W obydwu przypadkach można jednak powiedzieć, że przyczyną decyzji był negatywny stosunek Kościoła tych duchownych do osób LGBT, dodatkowo wzmocniony dość agresywnymi wypowiedziami biskupów rzymskokatolickich i atmosferą wojny światopoglądowej w Polsce po Marszach Równości. Jak patrzą na to prawosławni w Polsce? Czy usłyszmy głos biskupów Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego? Wypowiadają się hierarchowie katoliccy, głos zabrał bp Jerzy Samiec z Kościoła ewangelicko-augsburskiego?

Absolutnie nie czuję się kompetentny do zabierania głosu w imieniu biskupów lub ogółu duchownych. Jestem tylko publicystą i w dodatku, osobą świecką. Niemniej, oczywiście wszystkie te wydarzenia znajdują pewien oddźwięk w Kościele prawosławnym, są dyskutowane, także w grupach na portalach społecznościowych. Podobnie, jak w innych Kościołach słyszymy i czytamy różne opinie. Od opinii konserwatywnych, zbliżonych do tych wygłaszanych w Kościele rzymskokatolickim, do poglądów zdecydowanie liberalnych.

Dość dyplomatyczna odpowiedź…

Sądzę, że warto ją pogłębić i uściślić. Często bowiem słyszę pytania: „dlaczego Cerkiew nie wypowiedziała się w danej kwestii?”. Próbując odpowiedzieć, niektórzy podnoszą argument, że Kościół prawosławny jako mniejszościowy, nie musi zabierać głosu we wszystkich nośnych społecznie i gorąco dyskutowanych kwestiach w Polsce. Przyznam, że zgodzę się tylko z drugą częścią tej odpowiedzi. Nie chodzi tu jednak tylko o bycie Kościołem mniejszościowym – to byłoby w zasadzie tłumaczenie czysto świeckie i wręcz utylitarne. Chodzi raczej o to, że Cerkiew przyjmuje inny model obecności w świecie, niż robi to chociażby Kościół rzymskokatolicki.

Nie działamy na zasadzie nowoczesnej agencji prasowej, portalu internetowego lub stacji telewizyjnej na bieżąco komentujących nośne wydarzenia rzeczywistości. Nie ma u nas ogromnej liczby listów pasterskich, dokumentów pastoralnych i analiz socjologiczno-statystycznych. Koncentrujemy się przede wszystkim na życiu sakramentalnym: sprawowaniu Świętej i Boskiej Liturgii, misterium pokajania (pokuty i spowiedzi), gdzie jest to możliwe, szczególnie w monasterach i dużych parafiach nabożeństw cyklu dobowego. To są źródła, które są w stanie przemienić i przebóstwić świat oraz cały kosmos. To nie jest postawa duchowego eskapizmu, odcięcia się od świata, jakiejś niezrozumiałej elitarności. Po prostu głęboko wierzymy, że jesteśmy Kościołem, a nie organizacją świecką lub partią polityczną, która może seryjnie produkować komunikaty i oświadczenia, ogłaszać manifesty, zamawiać działania public relations i prowadzić kampanie społeczne.

Ale może chodzi właśnie o sprawę mniejszości – kiedy popatrzymy na serwisy informacyjne Greckiej Cerkwi Prawosławnej albo Rumuńskiej to tamtejsi biskupi dość aktywnie uczestniczą w debacie publicznej. Jeden z hierarchów rumuńskiej Cerkwi mówił nawet podczas obchodów Zaśnięcia Bogurodzicy, że Matka Boża płacze z powodu 5 milionów Rumunów, którzy wyemigrowali zagranicę.

Nie chodzi o to – co pragnę dobitnie podkreślić – że negujemy w ogóle sens komentowania bieżących wydarzeń, prowadzenia badań statystycznych (jak robi to np. doskonale Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego w naszym kraju) itp. Chcemy tylko uniknąć pewnej inflacji ogłaszania dokumentów, nie ma potrzeby, aby synody biskupów zamieniły się w konferencje świeckich socjologów, komentujących bieżące wydarzenia, tendencje społeczne i różnorakie preferencje. Dostrzegamy je, ale nie musimy od razu ich komentować, dawać świeckie oceny i recepty. Jedyna recepta na zmianę świata to sakramenty. Jestem również świadomy, że biskupi i duchowni nie mogą zupełnie uciec od komentowania bieżących wydarzeń, szczególnie takich jak wspomniana w kontekście rumuńskim emigracja, mających odczuwalne skutki dla życia społeczeństwa. Być może w krajach, gdzie Kościół prawosławny jest większościowy lub dominujący, takie wypowiedzi naszych hierarchów lub duchownych są łatwiej zauważalne i komentowane niż w Polsce, Czechach i Słowacji lub na Litwie.

Mówi pan o „inflacji dokumentów” – nie sposób jednak uciec od konstatacji, że dla wiernych Kościoła rzymskokatolickiego mają one jakieś znaczenie (inne pytanie, czy są powszechnie znane i czytane przez szeregowych wiernych). W przypadku sprawy ks. Kachnowicza część katolickich komentatorów powołuje się na dokument promulgowany za czasów pontyfikatu Benedykta XVI. Zabrania on wyświęcenia na kapłanów osób o skłonnościach homoseksualnych. W dyskusjach można się nawet spotkać z argumentacją, że jeżeli ks. Kachnowicz zataił swoją orientację, to jego święcenia, które miały miejsce w 2010 roku, są nieważne. Jeszcze inni twierdzą, że są one ważne, ale mogły być „przyjęte niegodziwie”

 Chodzi o dokument „Instrukcja dotycząca kryteriów rozeznawania powołania w stosunku do osób z tendencjami homoseksualnymi w kontekście przyjmowania ich do seminariów i dopuszczania do święceń”. Został on zatwierdzony praktycznie na samym początku pontyfikatu Benedykta XVI w 2005 roku. Jest on sygnowany przez kard. Zenona Grocholewskiego, piastującego wówczas urząd prefekta Kongregacji ds. Edukacji Katolickiej. To watykańska kongregacja odpowiedzialna za kształt formacji seminaryjnej i uczelni katolickich. Centralnym i wielokrotnie przytaczanym w ostatnich dniach fragmentem tego dokumentu jest znajdujące się w jej rozdziale 2 stwierdzenie: „W świetle takiego nauczania, niniejsza Kongregacja, w porozumieniu z Kongregacją Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, uważa za konieczne oświadczyć wyraźnie, że Kościół, głęboko szanując osoby, których dotyczy ten problem,  nie może dopuszczać do seminarium ani do święceń osób, które praktykują homoseksualizm, wykazują głęboko zakorzenione tendencje homoseksualne lub wspierają tak zwaną „kulturę gejowską”.

Dalej, dokument wyciąga wniosek, że taka sytuacja uniemożliwia „poprawną relację do mężczyzn i kobiet” u takich kandydatów do kapłaństwa.

Ks. Kachnowicz według tego, co napisał w sieciach społecznościowych, nie taił swojej orientacji seksualnej (względnie problemów z jej zdefiniowaniem) i zwracał się o pomoc w tej kwestii do swoich kierowników duchowych. Możliwe więc, że idąc dalej za słowami rozdziału 2 watykańskiego dokumentu, o którym mówimy, uznano, iż „tendencje te były jedynie wyrazem przejściowego problemu, takiego jak, na przykład, niezakończony jeszcze proces dorastania”. W tym kontekście, dokument przypomina jednak, iż muszą one być „wyraźnie przezwyciężone przynajmniej trzy lata przed święceniami diakonatu”.

Rozważania dotyczące „ważności sakramentów”, które pan przytoczył w kontekście sprawy ks. Kachnowicza są jednak typowe dla teologii rzymskokatolickiej.

Oparta jest ona w dużej mierze na aparacie pojęciowym i poznawczym prawa rzymskiego. Zakłada ona, mówiąc w dużym skrócie i pewnym uproszczeniu, pewne wstępne „warunki prawne”, dzięki którym sakrament może w ogóle zaistnieć. Mówiąc inaczej, uzależniają one zaistnienie sakramentu od określonej kondycji (dyspozycji) osoby ich przyjmującej. Np. w tradycji rzymskokatolickiej osoba rozwiedziona i żyjąca w ponownym związku cywilnym znajduje się w obiektywnym stanie grzechu ciężkiego i jeżeli nie spełni określonych warunków, nie może w zasadzie (za wyjątkiem znalezienia w sytuacji bliskiej śmierci), otrzymać rozgrzeszenia i przyjąć Eucharystii. Są też pewne określone regulacje prawno-kanoniczne, które świadczą o ważności sakramentu małżeństwa. Niekiedy próbuje się tworzyć takie w innych przypadkach, np. chrztu dzieci rodziców żyjących w związku pozbawionym formy kanonicznej.

Czy w prawosławiu nie można uznać zawartego małżeństwa za – powiedzmy kolokwialnie – niebyłe?

W tradycji wschodniej nie tyle jednak rozważamy święte misteria pod kątem ich prawnej ważności, ale na szerokiej płaszczyźnie rozciągniętej pomiędzy dwoma biegunami. Ich nazwy to greckie pojęcia akrybia, oznaczające ściśle traktowaną surowość i jednoznaczność reguł oraz eikonomija. To drugie, to po prostu sposób, w którym można zastosować działanie sakramentalne w życiu człowieka w jego indywidualnej i niepowtarzalnej sytuacji. W paradygmacie ekonomii kościelnej, po duchowym rozeznaniu i wyrażeniu przez wiernego żalu za grzechy, Cerkiew może w pewien sposób rozluźnić pewne reguły. Np. gdy rozwodnik wyraża żal z powodu zaistniałej sytuacji, kaja się za grzech i prosi o sakrament spowiedzi oraz możliwość przyjęcia Świętych Darów, może je przyjąć dla dobra swojego życia duchowego i otwarcia drogi do ustabilizowania swojej sytuacji życiowej i duchowej. W teologii łacińskiej i prawie kanonicznym jest inaczej – to dopiero spełnienie określonych warunków „dopuszcza” do przyjęcia sakramentu. Można wtedy odnieść wrażenie, że jest on pewną „nagrodą” za zasługi czy też podejmowane wysiłki przemiany życia.

Co do kwestii uznania sakramentu za niebyły, jak ma to miejsce w przypadku rzymskokatolickiego orzeczenia o nieważności zawartego kanonicznie małżeństwa, to Cerkiew ma inne podejście. Zamiast stosowania skomplikowanej, filozoficznej konstrukcji uznania tego co się odbyło za niebyłe lub nieważne, Cerkiew po prostu stwierdza, że w pewnych określonych warunkach i w wyniku słabości oraz grzechów ludzkich, skutki już zawartego sakramentu obumarły. Oczywiście, kwestią otwartą jest tu pytanie, czy i na ile można autorytatywnie stwierdzić, że sakrament małżeństwa nie przyniesie już żadnych skutków. Toteż należy do takich przypadków podchodzić z dużą odpowiedzialnością i po głębokiej refleksji duchownego oraz zainteresowanych stron.

Wschód patrzy na człowieka z jednej strony bardziej realistycznie: wszyscy jesteśmy grzesznikami i tak naprawdę, nikt nie jest godzien przyjmować Święte Dary czy inne misteria/ sakramenty. Z drugiej zaś – bardziej mistycznie – misteria Cerkwi, jako niewidzialne kanały działania Bożej łaski i niestworzonych Bożych energii są nam potrzebne do życia, nadają mu ruch i dynamikę. Są jak paliwo dla samochodu, tlen dla płetwonurka i powietrze dla elektrowni wiatrowej.

Mimo wszystko nie jest to cała optyka całego zachodniego chrześcijaństwa. Nie wszystkie tradycje podchodzą do instytucji małżeństwa z tak prawniczą skrupulatnością jak Kościół rzymski.

Patrzę z całym szacunkiem na dorobek tradycji teologii łacińskiej. Nie jestem jednak pewien, czy rozważania o ważności, ale zarazem niegodziwości sakramentów nie są już pewną niepotrzebną retoryką filozoficzną i widocznym procesem kolonizowania myśli teologicznej przez filozoficzny aparat pojęciowy. Dokładnie tak samo, jak omawiane wyżej podejście do kwestii ważności małżeństwa. Teologia grecka, oprócz pewnych meandrów filologicznych i historycznych nie jest aż tak skomplikowana i wymagająca wiedzy filozoficznej, jak niektóre konstrukcje łacińskie. Podejrzewam, że zwykły wierny, ale i wykształcony teolog mogą mieć spore trudności z trafnym zdefiniowaniem, co oznacza, że sakrament jest „ważny”, ale zarazem przyjęty lub udzielony „niegodziwie”.

To jak pogodzić kanoniczną teorię i duszpasterską praktykę?

Mając powyższe na uwadze, człowiek raczej nie powinien stawiać barier ograniczających udzielanie i otrzymywanie sakramentów. Czy możemy odgórnie, za pomocą urzędowego dokumentu, nawet podpisanego przez biskupa, zatamować ten kanał Bożej energii? Czy istnieje jakaś określona kategoria ludzi, o której można byłoby z góry powiedzieć, że nie może utrzymać danego sakramentu? Nie może zostać ochrzczona i miropomazana (odpowiednik bierzmowania – przyp.), nie może wstąpić w związek małżeński, nie może się wyspowiadać? Nie neguję twierdzenia, że bycia kapłanem nie można traktować jako przysługującego każdemu i bezwzględnie, a także w każdej okoliczności „uniwersalnego prawa człowieka”. Ale też, czy można z góry powiedzieć, że jakaś osoba, obdarzona dowolnymi cechami lub przypadłościami nie może pod żadnym względem i nigdy zostać kapłanem? Tu byłbym ostrożny, patrząc chociażby na przykłady z dziejów Kościoła, gdzie osobami konsekrowanymi zostawali najwięksi grzesznicy.

Wiadomo, że podejście oparte na eikonomiji oparte jest na pewnej dozie ryzyka. Ale czy na takiej dozie nie jest oparte udzielanie innych sakramentów? Czy mamy gwarancję, że niemowlę, które chrzcimy okaże się dobrym chrześcijaninem i nie porzuci wiary jako osoba dorosła? Czy mamy pewność, że kanoniczne małżeństwo okaże się zgodne i chrześcijańskie? Czy przystępujący do Eucharystii nie będzie już nigdy grzeszyć?

Jak zatem prawosławny ocenia dokument Benedykta XVI o wyświęcaniu osób homoseksualnych?

Patrząc od strony zewnętrznej, dokument ten był próbą poradzenia sobie z narastającym problemem obecności w Kościele rzymskokatolickim duchownych przejawiających nie tylko orientację skierowaną ku tej samej płci, ale również prowadzących „podwójne życie” i utrzymujących aktywne życie seksualne. W tym miejscu znowu dochodzimy do różnicy pomiędzy rzymskim podejściem jurydycznym a podejściem teologii greckiej. Nawet najlepszy dokument i przewidujący wiele kazusów nie jest w stanie skutecznie objąć tak złożonej, subtelnej i intymnej rzeczywistości, jaką jest ludzka płciowość.

Czy w Cerkwi osoba homoseksualna może zostać wyświęcona i być kapłanem?

Odpowiadając na tak postawione powyższe pytanie w sposób praktyczny, należałoby najpierw odpowiedzieć na pytanie, co oznacza termin „osoba homoseksualna”? Czy jest to określenie skłonności psychosomatycznej przejawianej do ludzi tej samej płci? Czy też mamy na myśli osobę prowadzącą aktywne współżycie płciowe o charakterze homoseksualnym? W pierwszym przypadku – takich skłonności, emocji lub uczuć nie oceniamy, uznając, że mogą mieć bardzo różnorakie i złożone korzenie. W drugim przypadku, podobnie jak Kościół rzymskokatolicki, uznajemy współżycie homoseksualne za grzeszne i obiektywnie nieuporządkowane.

Kolejne pytanie brzmi, jaki stosunek do samego siebie przejawia osoba o skłonnościach homoseksualnych? Czy uznaje je za coś, co w sposób podstawowy, niezmienny i fundamentalny definiuje jej osobowość, światopogląd i spojrzenie na relacje międzyludzkie? Za coś, co jest swoistym pryzmatem, przez który widzi i tłumaczy wszystko wokół? Czy też mamy do czynienia z osobą ukierunkowaną na proces, którzy psychologowie nazywają sublimacją, pragnącą skierować swoje emocje ku innym obszarom życia? Myślę, że odpowiedź jest tu bardzo indywidualna i od tej indywidualnej i niepowtarzalnej sytuacji zależy, jak odpowiemy na pytanie o święcenia kapłańskie dla takiej osoby.

Kategoryczne wykluczenie ich z góry, za pomocą jednego dokumentu, encykliki lub bulli mogłoby nosić znamiona prób ograniczania działania Bożej mocy poprzez sakramenty. To generalnie, bardzo poważny temat dla teologów. Gdy nawet pobieżnie śledzę różnego rodzaju dyskusje, widzę, że wśród wielu chrześcijan z Kościołów o generalnie podobnym podejściu teologicznym do kapłaństwa dominuje intuicyjnie dość proste podejście. Kapłaństwo w tradycji rzymskokatolickiej zakłada celibat, w tradycji wschodniej (poza życiem monastycznym) – biblijne bycie „mężem jednej żony” lub życie w celibacie w przypadkach bezżenności, owdowienia lub rozpadu małżeństwa. Może konstatacja ta zabrzmi banalnie, ale do tej pory niczego lepszego jeszcze w tej kwestii nie wynaleziono.


Łukasz Kobeszko, filozof, publicysta prawosławny specjalizujący się w tematyce środkowoeuropejskiej, duchowości i historii najnowszej. Stale współpracuje z portalem Aleteia.pl, Laboratorium Więzi i Nową Konfederacją