Świąteczne przesłanie arcybiskupa Canterbury
- 12 grudnia, 2003
- przeczytasz w 3 minuty
Kolędy, które śpiewamy w okresie świątecznym i modlitwy, które w tym czasie odmawiamy, niosą ze sobą dwa ważne przesłania, które na pierwszy rzut oka są ze sobą sprzeczne. Jezus jest opisywany jako obiekt pożądania wszystkich narodów. Na Niego czekają wszyscy, Jedynego od tak dawna wyczekiwanego. Każde życie ludzkie odnajduje swój cel i sens w Nazarejczyku. I wtedy przypomina nam się, że przecież “nie było miejsca w gospodzie”. W kolędach odnajdujemy opowieść […]
Kolędy, które śpiewamy w okresie świątecznym i modlitwy, które w tym czasie odmawiamy, niosą ze sobą dwa ważne przesłania, które na pierwszy rzut oka są ze sobą sprzeczne. Jezus jest opisywany jako obiekt pożądania wszystkich narodów. Na Niego czekają wszyscy, Jedynego od tak dawna wyczekiwanego. Każde życie ludzkie odnajduje swój cel i sens w Nazarejczyku. I wtedy przypomina nam się, że przecież “nie było miejsca w gospodzie”. W kolędach odnajdujemy opowieść o tym, że “w zajętym świecie” nie było miejsca dla Chrystusa. Od samego początku Syn Człowieczy nie miał gdzie złożyć głowy. Nikt nie chciał się z nim spotkać. Był na uboczu, nie w centrum — pisze abp Rowan Williams.
To wcale nie jest znak bożonarodzeniowego chaosu. Jeśli Jezus jest w takim samym stopniu człowiekiem, co Bogiem, zawsze będziemy musieli stawić czoła faktowi, że On nigdy nie będzie całkowicie pasował do naszego świata – nawet, jeśli byśmy tego chcieli.
Boże zamierzenia w stosunku do świata są dla naszych umysłów trochę zbyt tajemnicze. Podążając zgodnie z Jego wytycznymi trafimy na drogi, które mogą nas przerażać i wzbudzać panikę. Nie dziwi więc, że spychamy Jezusa na margines, jeśli weźmiemy pod uwagę to co mówił i robił.
Nie możemy uciec. Bóg stworzył nas w ten sposób, że stajemy się w pełni ludźmi tylko wtedy, kiedy żyjemy w harmonii z jego życiem i miłością. Jego wola, obecność, osobisty byt jest w rzeczywistości tym, czego powinniśmy pożądać najbardziej. Jeśli naprawdę chcemy odnaleźć to pożądanie głęboko w sobie, powinniśmy przygotować się na długą drogę, która będzie wymagała od nas odwagi i cierpliwości.
Tak więc to, co wygląda na margines, jest w rzeczywistości centrum. Jezus jest zarówno przerażającym nieznajomym, jak i Tym, który mówi do nas bardziej intymnie i bezpośrednio. Nasze bożonarodzeniowe historie i pieśni mówią o tym, jak długą podróż musimy odbyć.
W wierszu T. S. Eliota trzech mędrców pyta: “Czy wyznaczyliśmy drogę do narodzin, czy śmierci”? Odpowiedź brzmi: do obydwu. Chcemy tak wiele rzeczy, o których myślimy, a to, o czym myślimy pomoże nam lub bezpiecznie doprowadzi nas do śmierci. Narodziny to to, czego Bóg chce sam, co w zamiarach wygląda niczym Jezus, prawdziwy obraz Boga w człowieczeństwie.
Źyjemy w czasach trudnych dla naszego Kościoła. Nie ma szybkiego rozwiązania kwestii, które nas dzielą. Wszystkich nas smuci, że te problemy tak bardzo oddalają nas od najważniejszego zadania – dzielenia się Dobrą Nowiną. Jednak podczas Bożego Narodzenia wspominamy wydarzenia, które powinny zaniepokoić wszystkich w Kościele – liberałów i konserwatystów. Wszyscy staniemy przed tym samym Chrystusem i powiemy, że jest zarówno tym, kogo potrzebujemy, jak i obcym sprawiającym różne problemy. To bodziec dla nas, abyśmy od nowa rozpoczęli podróż do naszych serc, aby odnaleźć tam prawdziwe centrum.
W tej podróży nie uzbroimy się w lepsze argumenty do zwalczania przeciwników lub schematy działań, mających uchronić nasz Kościół. Wyniesiemy z niej większy strach i podziw – jak ci, którzy w Ewangelii pierwsi zobaczyli dzieciątko. I powrócimy do życia w ułomnym i podzielonym Kościele z tylko trochę większą bojaźnią przez przytłaczającą tajemniczością, która nas otacza i każe nam stawiać tyle pytań.. Zanim zaczniemy troszczyć się o problemy naszych bliskich, musimy najpierw przyjrzeć się naszym narodzinom i śmierci, obrzeżom i centrum. Bożemu centrum, a nie centrum naszych własnych spraw i niepokojów.
+ Rowan Williams