Ksiądz, biskup, satanista, mniejszość i większość
- 28 września, 2011
- przeczytasz w 3 minuty
Biskup oczywiście może wyrażać swoje zdanie na temat programów telewizji publicznej a konkretnie czy ta telewizja może zapraszać do swoich programów muzyków-satanistów. Ksiądz oczywiście też może wyrazić zdanie w tej sprawie, a konkretnie powiedzieć, że nie uważa muzyka za satanistę tylko ateistę i że nie widzi związku między jego wypowiedziami o śpiewie (czyimś) a przekonaniami religijnymi czy też antyreligijnymi. Biskup oczywiście może skrytykować księdza z którym się nie zgadza. A mnie — co nie jest już tak oczywiste — może […]
Biskup oczywiście może wyrażać swoje zdanie na temat programów telewizji publicznej a konkretnie czy ta telewizja może zapraszać do swoich programów muzyków-satanistów. Ksiądz oczywiście też może wyrazić zdanie w tej sprawie, a konkretnie powiedzieć, że nie uważa muzyka za satanistę tylko ateistę i że nie widzi związku między jego wypowiedziami o śpiewie (czyimś) a przekonaniami religijnymi czy też antyreligijnymi. Biskup oczywiście może skrytykować księdza z którym się nie zgadza. A mnie — co nie jest już tak oczywiste — może nie podobać się forma w jakiej ta krytyka się dokonuje.
Bo o ile ksiądz Boniecki podał argumenty dlaczego uważa, iż sprawa wokół “Nergala” to gra wyborcza, której celem jest usunięcie zarządu TVP, zaś “Nergal” w opinii księdza satanistą nie jest, gdyż w szatana nie wierzy, zaś jako muzyk stosuje sztafaż satanisty — z którymi to argumentami można jak najbardziej się nie zgadzać i polemizować — to biskup włocławski zamiast argumentacji stosuje wyłącznie inwektywy. Bo trudno nazwać argumentem zdanie: “Nie widzi Ksiądz związku między Nergalem jako satanistą i jako jurorem? Proszę zatem zafundować sobie badania okulistyczne i nie szerzyć zamętu w umysłach wiernych opowiadając schizofreniczne tezy”. Może i biskup we własnym przekonaniu nie musi podawać argumentów skoro coś wydaje się mu oczywistością, ale jeśli dla większości te rzeczy nie są takie oczywiste może byłoby z korzyścią pouczenie ich dlaczego.
Wydaje mi się, że tego właśnie wymaga urząd biskupa — cytując apostoła Pawła z Listu do Tymoteusza o obowiązkach biskupa — Powinien z łagodnością pouczać wrogo usposobionych, bo może Bóg da im kiedyś nawrócenie do poznania prawdy i może oprzytomnieją i wyrwą się z sideł diabła, żywcem schwytani przez niego, zdani na wolę tamtego.
Mogę zrozumieć taką, a nie inną reakcję biskupa, wynikającą — jak się zdaje — z przeświadczenia, że On i “moherowi” są mniejszością. Jednak nawet mniejszość, o której tolerancję u księdza biskup apeluje, może i powinna przedstawiać rzeczowe a nie personalne argumenty. Może i ksiądz Boniecki błądzi w swoich poglądach ale przynajmniej próbuje — tak jak w dzisiejszym Tygodniku Powszechnym — przedstawić swój tok myślenia, nie stosując argumentów ad personam. Natomiast z listu księdza biskupa wynika, że istnieje dychotomiczny podział między “światłymi” a “moherowymi” i że między tymi dwoma grupami porozumienia być nie może. Cóż, niewątpliwie z tej sytuacji najbardziej cieszy się duch kłamstwa i niezgody, na którego klęsce — sądzę — i biskupowi i księdzu zależy. Nie wspominając o tym, że w tej wizji nie ma miejsca na takich, którzy nie zgadzają się ze wszystkim, co pisze i mówi ksiądz Boniecki, ale też i z dychotomiczną wizją biskupa.