Grzech nazwać grzechem

30

Antykoncepcja jest grzechem. Takie jest jasne i ostateczne stanowisko Kościoła katolickiego w kwestii sztucznych metod zapobiegania ciąży. I kwestionowanie tej prawdy przez duchownych, teologów, dziennikarzy czy świeckich katolików nie może zmienić tego elementu nauczania Kościoła.

Protest przeciwko papieskiemu nauczaniu w sprawie antykoncepcji trwa od momentu opublikowania przez Pawła VI encykliki „Humanae vitae”. Setki biskupów, duchownych, teologów i świeckich katolików nigdy nie zaakceptowało katolickiego nauczania w tej kwestii i otwarcie wypowiedziało posłuszeństwo papieżowi. A Paweł VI obawiając się schizmy odpuścił wyegzekwowanie tego, by – przynajmniej na katolickich uczelniach – kościelne nauczanie w tej kwestii nie było kwestionowane, ośmieszane, przedstawiane jako propozycja, a nie jako autorytatywne stanowisko Kościoła. I zatrute owoce tego zaniedbania, którego nie udało się naprawić ani Janowi Pawłowi II (mimo teologicznej rewolucji jaką wywołało nauczanie Karola Wojtyły w dziedzinie teologii małżeństwa), ani Benedyktowi XVI, zbierane są do chwili obecnej.


Księża, biskupi, świeccy teolodzy i dziennikarze (także ci podający się za katolickich) od wielu już lat niemal bez ustanku podkreślają, jak bardzo nie zgadzają się z nauczaniem „Humanae vitae”. Ich argumenty są zawsze takie same: miłosierdzie wobec trudnych wyborów ludzkich, zrozumienie dla potrzeb seksualnych oraz umożliwienie ograniczenia prokreacji. Uzasadnieniem na rzecz zmiany doktryny mają być także badania statystyczne, z których wynika, że katolicy stosują pigułkę czy prezerwatywy. Problem z tego typu argumentacjami polega tylko na tym, że nie dotykają one meritum. Z faktu, że katolicy nie rozumieją czy nie akceptują jakiegoś fragmentu nauczania Kościoła nie może wynikać jego zmiana. Gdyby tak było to szybko trzeba by przepisać katechizmy na nowo i we fragmentach dotyczących Niepokalanego Poczęcia, zamieścić dogmaty dotyczące dziewiczego macierzyństwa (obie te prawdy wary są chyba najczęściej mylone). Miłosierdzie czy zrozumienie dla ludzi (a dokładniej dla ich grzechów, bo o tym mowa) także nie może być powodem, dla którego zmienia się opartą na głębokiej biblijnej i filozoficznej refleksji katolickiej antropologii. Stosunek do antykoncepcji wypływa bowiem nie z zasad prawnych, ale z rozumienia ludzkiej miłości, której istotą jest odpowiedzialność za własne czyny, ale i pełna podmiotowość drugiej osoby (męża, żony), której nie wolno – nawet w imię szczytnych celów – uprzedmiotawiać.


Propagatorzy „zatrutych owoców” miłości bez odpowiedzialności powoli docierają również do Polski. Ostatnim przykładem takich zatrutych owoców jest publikacja jezuity o. Jacka Prusaka, który w „Tygodniku Powszechnym” próbuje przekonywać, że katolickie stanowisko w sprawie antykoncepcje nie jest czymś, czym katolicy powinni się specjalnie przejmować. Z faktu, że wielu (być może większość) katolików nie stosuje jednoznacznego nauczania kościelnego w życiu, wyprowadza zaś wniosek, że Stolica Apostolska powinna poważnie rozważyć zmianę swojego nauczania, tak, by nie stwarzać wrażenia, że tylko katolicy wierni nauczaniu papieży są moralni, a inni nie. „Czy jednak o tej, niemałej w końcu grupie małżeństw można mówić jak o katolikach drugiej kategorii?” –  „dramatycznie” pyta ojciec Prusak i odpowiada, że nie, bowiem „musi istnieć jakieś wyjście z obecnego impasu”.


Jak nietrudno się zgadnąć owo wyjście ma oznaczać zmianę nauczania katolickiego na akceptowalne z punktu widzenia liberalnego świata. Kościół powinien jak najszybciej zrezygnować z własnego stanowiska, uderzyć się w piersi i pokornie przeprosić za to, że ośmielił się sprzeciwiać wolnej ekspresji seksualnej. Jeśli tego nie zrobi okaże się nieroztropnym, nieduszpastereskim i pozbawionym miłosierdzia. Myśli takich ojciec Prusak oczywiście nie formułuje wprost, ale… widać je w tle jego rozważań, podkreślania konieczności brania pod uwagę skomplikowanych sytuacji moralnych, czy w podważaniu nieomylności papieskiej, która ma być uwiarygadniana przez badania socjologiczne.


Idąc dalej tym tropem należałoby w ogóle zrezygnować z nauczania, które nie odpowiada wiernym, a Magisterium Kościoła zastąpić Watykańskim Instytutem Badania Opinii Publicznej, który jasno określałby, które z dogmatów, prawd wiary czy zasad moralnych są akceptowalne, a które  nie. Ojciec Prusak zdaje się jednak zapominać, że wspólnoty chrześcijańskie, tak podchodzące do swojego nauczania już istnieją. Amerykańscy prezbiterianie, kongregacjonaliści, metodyści, anglikanie od dawna dyskutują na swoich kongregacjach generalnych nad tym, z czego jeszcze trzeba zrezygnować, by nie tracić wiernych. Rozwody – nie są już problemem od dawna (trzeba zresztą przyznać, że przynajmniej w przypadku niektórych wyznań, to właśnie one stały się podstawą ich powstania). Aborcja – zaakceptowana została w momencie, gdy zmienił się nastrój społeczny. „Małżeństwa homoseksualne”, ordynacja aktywnych homoseksualistów na biskupów czy księży – też została już (nie wszędzie) zaakceptowana. Powód nieodmiennie jest zaś ten sam: inne nauczanie nie podoba się wiernym…


Zyski (pozostając na płaszczyźnie czysto statystycznej) są jednak wątpliwe. Liberalne, odpuszczające swoim wiernym, wyznania tracą wiernych. Luteranie, episkopalianie, metodyści, kongregacjonaliści – chociaż zrobili już wszystko, by przypodobać się wiernym notują stały odpływ wiernych. A niemała część z byłych wiernych kościołów liberalnych przechodzi do wspólnot konserwatywnych, wiele wymagających od swoich wiernych. Rozwijają się liczbowo baptyści, zielonoświątkowcy, prawosławni i konserwatywni, tradycyjnie nastawieni katolicy.


Dla katolika jednak ważna jest jeszcze jedna kwestia. Rolą Kościoła jest nauczanie, jak osiągnąć życie wieczne. Grzech jest przeszkodą na naszej drodze do Boga. Jeśli więc nie zdefiniuje się jasno, co jest, a co nie jest grzechem może się łatwo okazać, że – wprawdzie szeroką drogą, i bez większych wyzwań – ostatecznie dojdzie się do piekła, a nie do nieba. Twarde nauczanie, jasne stanowisko, choć może irytować przyzwyczajonych do wygodnego życia współczesnych, ma pomagać w uniknięciu tej okrutnej możliwości. Duchowni, którzy odmawiają wiernym (w imię sprawiania im przyjemności czy nienarzucenia im trudnych wymagań) jasnego nauczania mogą więc przyczyniać się do wiecznego potępienia świeckich. I za to będą rozliczani na sądzie. Nie przez liberalno-postępowe media, ale przez Boga.


:: Ekumenizm.pl: Huragan i pole minowe – Humanae vitae ma 40 lat