Metropolita Sawa zlustrowany

66

Do współpracy z bezpieką, zarejestrowania w charakterze TW, informowania jej o problemach wewnętrznych Cerkwi prawosławnej oraz pobierania pieniędzy – przyznał się w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, metropolita Sawa.

Wywiad, przeprowadzony przez Jana Turnaua i Katarzynę Wiśniewską, miał być wspaniałym usprawiedliwieniem postawy obecnego metropolity. Problem polega tylko na tym, że przy okazji dziennikarze wyciągnęli od hierarchy kompromitujące go informacje, których nie sposób usprawiedliwić koniecznością przeżycia Cerkwi (jak sugeruje tytuł nadany wywiadowi). Jeśli bowiem odcedzić sos usprawiedliwień i pseudowyjaśnień (nie można było inaczej, wszyscy tak robili, nasza sytuacja była szczególnie trudna), to ujawnią się twarde fakty.


A oto one:


1. Arcybiskup przez wiele lat regularnie spotykał się z oficerami bezpieki i rozmawiał z nimi przekazując im informacje o nastrojach, ogólnej sytuacji w Cerkwi, o tym ile osób spowiada się w języku polskim, a ile w ukraińskim. Hierarcha, co zresztą sam przyznaje, oceniał również swoich współbraci w biskupstwie, a także gdy trzeba było donosił na katolików. „Rozmowa była z pewnością ukierunkowana tak, jak to esbeków interesowało, i oni wyciągali z niej wnioski jakie chcieli” – oznajmia arcybiskup, ale zastrzega – jak zresztą wszyscy, że „starał się” nie szkodzić, i że „nie zrobił nic złego dla Ojczyzny, Dla Kościoła, czy dla kogokolwiek”.


2. Metropolita Sawa pobierał, i sam się do tego przyznaje, pieniądze. I nie tylko on, ale również inni biskupi prawosławni. Powód, jak zwykle ten sam, krucho było u prawosławnych z pieniędzmi, więc trzeba się było jakoś ratować.


3. Arcybiskup sam przyznaje (zapewne nieświadomie), jakie były skutki tego, że spotykano się z oficerami bezpieki i rozmawiano z nim. Otóż oni „wszystko o tobie wiedzieli”. Niestety arcybiskup nie jest w stanie wyciągnąć z tego prostego zdania ostatecznych wniosków, że wiedzieli właśnie dlatego, że wielu z duchownych prawosławnych rozmawiało i przekazywało „niegroźne”, ich zdaniem, informacje.


4. I wreszcie wniosek ostatni. Skala uwikłania była na tyle duża, że Polska Autokefaliczna Cerkiew Prawosławna nie zdecyduje się na jakiekolwiek oczyszczenie. Zamiatanie pod dywan i udawanie, że nie ma problemu zostało uznane za najlepszą metodę załatwiania spraw. „Gdy byłem młody i bardzo gorliwy, uważałem, że gdy ktoś narozrabia, trzeba go ukarać. Pamiętam, że jeden ze starszych biskupów mawiał: „Bracie, patrz, żebyś tym miał czyste portki”. Zdecydowaliśmy, że w cudzych grzechach grzebać nie będziemy, każdy odpowiada za siebie przed Bogiem. Takiej komisji nie ma i nie zamierzamy jej powoływać” – wyjaśnił arcybiskup.


Tyle faktów. Reszta, w tym niezwykle ciekawym wywiadzie, to już tylko usprawiedliwienia współpracy. Usprawiedliwienia, które specjalnie nie różnią się od tych, które można było usłyszeć z ust hierarchów katolickich czy biskupów luterańskich.