Demon multikulti

5

Od dłuższego czasu niektórzy przedstawiciele elit politycznych straszą demonem multikulturalizmu, w skrócie multikulti. Stwierdzenie miłe dla ucha, śmieszne poniekąd i proste w zapamiętaniu, podobnie jak proste i prostackie tezy o multikulturowości. Każdy ma prawo do mówienia głupot – i minister przed kamerami i ksiądz na ambonie – ale szlag człowieka trafia, gdy straszenie ludzi ‚multikulti’ odbywa się w imię chrześcijaństwa, którego ‚multikulti’ jest nieodłącznym elementem.

W Polsce straszy wiele demonów. Demon gender, demon homopropagandy, demon neoliberalizmu i cała hierarchia pomniejszych demonów demaskowanych i nazywanych przez polityków tudzież innych funkcjonariuszy życia publicznego. Straszenie ludzi demonami przynosi owoce w postaci rosnącej ksenofobii, dalszej polaryzacji głęboko podzielonego społeczeństwa, szczutego od co najmniej paru lat przeciwko „Ciapatym” i „Arabusom”, a to wszystko w imię zachowania chrześcijańskiego dziedzictwa.

Ci, którzy w obliczu złożonych problemów współczesności, proponują nie tylko uproszczenia, ale lansują treści z gruntu antyewangeliczne, przyczyniają się de facto do demontażu chrześcijańskiej Europy, a więc tego, co rzekomo próbują bronić.

Dla uproszczenia obrazu świata skutecznie narzuca się obraz multikulturalizmu jako choroby toczącej zachodnie społeczeństwa, zmuszającej do wyrzeknięcia się własnej tożsamości na rzecz bliżej nieokreślonej poprawności politycznej. Problem polega jednak na tym, że tak rozumiana multikulturowość nie ma nic wspólnego z prawdziwą wielokulturowością, a jest tchórzliwym konstruktem tchórzliwych polityków, żyjących w okopach czarno-białego świata. To narzędzie potrzebne dla przykrycia nieudolności i braku odwagi do rzeczowego zmierzenia się z wielowymiarowym konglomeratem wyzwań, które bez wielokulturowości i szacunku wobec niej, są nierozwiązywalne – zwłaszcza kwestia integracji. Oczywiście, można prowadzić akademicką dyskusję, na ile wielokulturowość jest synonimem multikulturalizmu i na odwrót, niemniej w atmosferze medialno-społecznego shitstormu rozpryskiwanego w mediach i na polskich ulicach, wszystko sprowadza się do pochwały zawężonego i zuniformizowanego odczuwania tożsamości – najlepiej w kategoriach jednowyznaniowo-nacjonalistycznych.

Wielość kultur, mentalności, ich wzajemne przenikanie się, czasami nawet przemożny wpływ mniej liczebnej kultury na większą, jest nieodłączną częścią religii chrześcijańskiej. Zarówno Stary i Nowy Testament, jak i pisma Ojców Kościoła, a także późniejsze dzieła teologów są produktem wielokulturowej symbiozy. Inkulturacyjna zdolność chrześcijaństwa wynika z jednej strony z multikulturowości chrześcijaństwa, a z drugiej z jego ponadkulturowości (uniwersalizmu, katolickości). Chrześcijaństwo – także to polskie – nie stanie się słabsze, bardziej zagrożone – jeśli otworzy się na to, co inne. Stanie się słabsze, jeśli szczelnie zamknie się w murach wydumanej ortodoksji, wzniosłej i pięknie celebrowanej, ale kapitulującej w obliczu ewangelicznego pytania: „Któż jest moim bliźnim?”.

W 2000 roku kardynał Joseph Ratzinger słusznie diagnozował wewnętrznie pustą Europę „w pewnym sensie sparaliżowaną zanikiem systemu krążenia; jest to kryzys wystawiający na ryzyko jej życie; musi się ona ratować przeszczepami, które przekreślą jej autentyczną tożsamość.” I tak też się stało – w amoku podejmuje się walkę o Europę, awanturniczo oferując przeszczepy w postaci nacjonalizmów i rosnącej wrogości do innych. Chrześcijaństwo staje się w tej cynicznej grze konkurencyjną ideologią (jedną z wielu) wobec islamu, a nie unikalnym przesłaniem prawdy i miłości. Znów warto odwołać się do Ratzingera. Na rok przed wyborem na papieża niemiecki teolog, mówiąc o zagrożeniach, stwierdził:

W aktualnym zderzeniu między wielkimi demokracjami a terroryzmem o proweniencji islamskiej ujawniają się jeszcze głębsze kwestie. Wygląda na to, iż dochodzi tu do zderzenia dwóch wielkich systemów kulturowych, które reprezentują dość odmienne formy władzy i orientacji moralnej, czyli o Zachód i islam. Ale co to jest Zachód? I co to jest islam? Są to dwa skomplikowane światy, bardzo wewnętrznie zróżnicowane, ale też pod wieloma względami wzajemnie na siebie oddziaływujące. Z tych powodów ostre przeciwstawienie Zachodu islamowi nie jest trafne.

Rozum i religia, szacunek dla świeckości państwa przy jednoczesnym zachowaniu chrześcijańskiego ducha nie mogą być uzasadnieniem dla generowania wrogości i niechęci, kulturowego pesymizmu i polityki zamknięcia jako odpowiedzi na złożoność zjawisk, jakie nastąpiły i wciąż są przed nami.

Straszenie ludzi demonami i eskalowanie nastrojów to stwarzanie iluzji, że poczucie bezpieczeństwa możliwe jest poprzez budowanie kulturowego czy narodowego getta albo wspólnoty gett tak, jakby świat żył wciąż w epoce kolonializmu. Wielokulturowość nie jest ani szansą, ani zagrożeniem – jest faktem już obecnym, dobrem wpisanym w europejskie, w tym polskie DNA. Multikulti nie jest wrogiem polskości, ani tym bardziej chrześcijaństwa.

Zanik systemu krążenia w europejskim projekcie nie jest wynikiem multikulti, ale stanowi konsekwencję działań tchórzliwych i nieudolnych polityków, skoncentrowanych na sobie Kościołów i łatwowiernych obywateli. Silne społeczeństwo i państwo nie boją się wielokulturowości, podobnie jak nie boją się swojej przeszłości – nie tylko katedr gotyckich, ale i trudnych momentów. Tożsamość Europy – w wymiarze historyczno-kulturowym – wynika z chrześcijaństwa, a chrześcijanie nie powinni się lękać, a robić swoje jak przykazano.

>> Ekumenizm.pl: #Hejt nasz codzienny


Cytaty pochodzą z Joseph Ratzinger: „Europa. Jej podwaliny dzisiaj i jutro”, Kielce 2005

galeria

komentarze

  • Defender

    Myślę, że rozmywa i przeinacza Pan to, co przeciwnicy wielokulturowości zwalczają – innymi słowy w dużej mierze obala Pan chochoła (ang. straw man). Przykładowo, z całą pewnością nie zwalczają oni bowiem ani inkulturacji, ani bogactwa różnorodności w RAMACH kultury chrześcijańskiej.
    Generalnie w dyskusji o wielokulturowości chodzi o jedno: o koncepcję społeczeństwa, w którym o obliczu instytucji państwowych, a może jeszcze bardziej o kształtowaniu życia społecznego będą decydowały, w równoprawnym stopniu, różne tradycje kulturowe – w szczególności tak różne jak chrześcijaństwo i islam. Otóż przeciwnicy wielokulturowości uważają tę koncepcję za szkodliwą i samobójczą utopię. A utrzymanie generalnie spójnej tradycji kulturowej uważają za warunek ciągłości narodowej. Nie oznacza to, że w tej spójnej tradycji, mniejszości – nie podważające istniejącego modelu – nie mogą odegrać ubogacającej roli. Jednak przy pewnym poziomie, szacowanym zwykle na jakieś 10%, przy mniejszościach reprezentujących diametralnie inną tradycję kulturową oraz przy modelu demokratycznym (bo autokracje, jak Arabia Saudyjska, potrafią sobie poradzić nawet z większym odsetkiem), problemy narastają i zaczynają być trudne do opanowania (jak we Francji).
    Zaś kolejna kwestia jest taka, że lewicowi adwokaci wielokulturowości w istocie często zupełnie instrumentalnie szukają w niej młota na podważenie chrześcijańskiego modelu organizacji państwa i społeczeństwa. Przejaskrawiając, jak sprowadzimy do każdej polskiej szkoły po 2-3 muzułmańskich uchodźców, to wreszcie będzie można zażądać zdjęcia ze ścian tych znienawidzonych krzyży.

  • Montsegur

    Istotnie, multikulti stal sie demonem, swoistym specterem. Ponizej link do artykulu, ktory przeslalel Redakcji EAI kilka lat temu.
    Mowa tam o malutkej rzeczy, ktora jednak rozgrywa sie w swoistym „mikrocosmie” w Sydney.

    Powtarzam: to bylo kilka lat temu i to w kraju, ktory jednak zachowal nieporownanie wiekszy rozsadek w tych kwestiach niz kraje t.zw. „Unii Europejskiej”.

    O ile juz wowczas w „UE”bylo znacznie gorzej niz w Australii, to teraz mamy juz kompletne rozbijactwo kliki rzadzacej ta „UE”, teraz sa juz coraz czesciej powtarzajace sie masowe mordy w miejscach publicznych.

    Coraz mniejsza mam nadzieje na to, ze ci beznadziejni slepcy (jesli nie wrecz zdrajcy) kierujacy taka polityka wreszcie wytrzezwieja ze swego multikultowego zamroczenia. A w coraz wiekszym stopniu sklaniam sie ku wnioskowi, ze oni tak naprawde sa trzezwi caly czas, tylko NAPRAWDE uparli sie zaszkodzic, a nastepnie wine za tragedie zwalac na zupelnie innych ludzi, w pierwszej kolejnosci na tych, co ich debilnej polityce sa przeciwni i ostrzegaja przed nia od dziesiatkow juz lat.

    Jakze „winnymi” w porownaiu do tych monstrow i „Ungeheuerow” obecnej polityki „UE” maja byc, rzekomo, ci wszyscy nacjonalisci i „prawicowcy” (zwani prawicowcami nawet wtedy, gdy ich polityka jest lewicowa…)! Nic tylko protestuja, manifestuja, przyganiaja gejom i Arabom, muzulmanom czy Murzynom.

    Fakt niezaprzeczalny: ich akcje tez nieraz smierdza, ale w jakiej proporcji maja sie one do tego czym stala sie masowa imigracja POLACZONA dodatkowo z fanatycznym Homokampfem, Gederkampfem, Polit-Korrekt-Kampfem i Rassenkampfem (no i oczywiscie multikultowym Kulturkampfem…), ktory powoduje, ze prowadzi sie dochodzenia nawet juz teraz w sprawach, gdy kilkulatkowie (wlaczajac 3-latkow – to nie zart!) wypowiedza sie w sposob, ktory zostaje uznany za „rasizm” lub „hate-speech”….

    Ile jeszcze takich mordow trzeba, zeby wreszcie klika rzadzaca „Unia” przestala na sile narzucac obywatelom swoich krajow kolejnych tak zwanych „wyzwan” bez uprzedniego zapytania ich czy sobie tego rodzaju „wyzwan” w ogole zycza lub czy sie na nie chocby godza?

    Ja stracilem taka nadzieje. A Wy?

    https://www.ekumenizm.pl/publicystyka/specter-multikulturalizmu/

  • DarBru

    Szanowny Panie, ale właśnie takie „przejaskrawienie”, o którym Pan pisze stało się normą tych, którzy walczą z wielokulturowością, najchętniej jakąkolwiek w myśl zasady „jedna Polska, katolicka”. W mojej ocenie ci, którzy dopominają się jednej Polski katolickiej, monokulturowej de facto niszczą polskość, niszczą zasadniczy nerw polskiej kultury narodowej. To, co na Zachodzie poniosło klęskę to nie tyle polityka multikulturowości, ale niemrawość i odcięcie się od własnych duchowych korzeni – porzucenie europejskiego nurtu na rzecz rozumu bez wiary, wydumanej racjonalności. Wobec takiego fenomenu, amnezji kulturowej powstaje atmosfera lęku, która szuka prostych rozwiązań. W Polsce ta dyskusja ma żałośnie niskim poziom, m.in. dlatego, że główna siła wyznaniowa nie jest aktywna społecznie, a jedynie partyjnie-politycznie, lub gdy chodzi o obronę partykularyzmów.

    Potrzebujemy rozsądnej polityki imigracyjnej, aby nie popełniać błędów naszych przyjaciół z lat 60. i 70. (ale też inne czasy były), ale nie – na litość Boską – poprzez szczucie jedni na drugich przy jednoczesnym wymachiwaniu szabelką.

    Nie mieszajmy poza tym tematów – mnie daleko do lewicowych adwokatów specyficznie pojmowanej wielokulturowości, tak samo mi daleko jak do tych, którzy nieustannie mówią o wartościach chrześcijańskich i narzucają ludziom krzyż – w przenośni i dosłownie.

    Czy Arabia Saudyjska sobie radzi – niech się wypowie jakiś arabista – różne teksty w tym temacie czytałem, ale nie znam się, więc się nie wypowiem.

  • xpictianoc

    na świecie jest więcej biednych ludzi niż bogatych, migracja nie rozwiązuje problemów, niestety tworzy jeszcze więcej. Europa nie jest w stanie przyjąć nawet 1% potrzebujących, zatem cały ten cyrk z wartościami chrześcijańskimi rozumianymi jako otwieranie swoich domów dla biednych uciekinierów jest tylko i wyłacznie metodą na poczucie pewnego moralnego spełnienia, uzasadnienia, że pomogło się i można nadal żyć w komforcie psychicznym w dobrostanie.

    Jedyną i realnie skuteczną metodą pomocy tym biednym ludziom jest pomoc w uporządkowania ich własnych państw. Na początek wystarczy zaprzestanie sprzedaży przez kraje Europy zachodniej broni i wspierania „naszych terrorystów”, zmiana polityki rolnej tak aby owoce pracy afrykańskich rolników mogłby być eksportowane do Europy. Metod jest wiele, ale wszystkie mają ten sam mianownik – pomagamy na miejscu. Chiny jeszcze 50 lat temu były krajem ogromnej biedy, kilka milionów ludzi wyemigrowało ale to był promil. Reszta została i poprzez rozwój gospodarczy sprawiono że wyciągnięto z biedy w ciągu półwiecza jedynie, ponad 500mln ludzi. Podobnie obecnie dzieje się w Indiach.

    Jeśli ktoś chce się spełniać są setki form wolontariatu na miejscu, można jechać do kurdystanu. Libanu i tam pomagać tym ludziom. Rozbijanie rodzin, społeczeństw zapraszając ich w nieznane jest moralnie naganne.

  • Fury

    Zaiste, rację mieli Ojcowie Kościoła, nazywając diabła „małpą Boga”. Podobnie „demon multikulti” małpuje dziś Kościół chrześcijański.
    Czy prorocy zapowiadając, że ludzie różnych ludów i narodów pokłonią się na Syjonie prawdziwemu Bogu mniemali, iż pozostaną oni bałwochwalcami?
    Czy misjonarze wprowadzając inkulturację zakładali, że poganie pozostaną przy swoich wierzeniach?
    To prawda. W Kościele są ludzie różnych kultur, ale łączy ich jedno: wszyscy wyznają Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela.
    Natomiast dzisiejsza, lewicowa konpcepcja multikulturalizmu ma charakter stricte polityczny. Stawia państwo w miejscu Boga.
    Zakłada się, że w jednym państwie będą mogli żyć ludzie nie tylko różnych kultur, lecz także
    różnych wiar. Nie tylko chrześcijanie, ale także muzułmanie, buddyści, animiści, ateiści etc.
    Tym, co ich łączy ma być lojalność względem owego państwa oraz mgliste idee świeckości, tolerancji, postępu, które w ogóle umożliwiają multikulturowe współżycie. Wywiedzione z oświecenia.
    W tym ujawnia się mechanizm małpowania Boga. Nie Chrystus, ale ideologia, wytwór ludzkiej pychy, ma być mocą jednoczącą. Ta nowa wieża Babel musi się załamać. Jak każda, której fundamentem jest wola ludzka, nie Boża.
    Ideologiczny multikulturalizm ma nawet bezpośrednio destrukcyjny wpływ na Kościół. Oto w Szwecji pojawiają się pomysły, żeby do Kościoła mogli należeć ludzie nieochrzczeni, np. muzułmanie. W imię takiego multikulturalizmu pewna biskupka chce nawet krzyże w kościołach zasłaniać.
    Taki multikulturalizm jest prostą drogą do synkretyzmu religijnego. Powstania jednej religii światowej, która będzie religią Antychrysta.
    Ciekawe, co by na to powiedzieli Ojcowie Kościoła czy Reformatorzy.