Wszystkiego akceptować się nie da – rozmowa z Jarosławem Kubackim, pastorem mennonickim oraz liberalnej wspólnoty Vrijzinnigen

0

1 października br. Konwent Pastorów liberalnej wspólnoty Vrijzinnigen Nederland wybrał nowy zarząd, w skład którego wszedł pochodzący z Polski Jarosław Kubacki. O wspólnocie, którą trudno jednoznacznie przypisać do określonego wyznania, rozmawiamy z pastorem Kubackim, pierwszym w historii Polakiem we władzach Vrijzinnigen.


Vrijzinnigen Nederland została założona w 1870 r. jako stowarzyszenie religijne. Jej nazwa brzmiała wówczas Nederlandsche Protestanten Bond (NBP, Holenderski Związek Protestantów), a wśród jej założycieli znajdowali się: filozof-pozytywista Cornelis Willem Opzoomer oraz wybitny teolog i religioznawca prof. Cornelis Peterus Tiele.

Bezpośrednim powodem powstania NPB były silne tendencje ortodoksyjno-konfesyjne, które pojawiły się w tym czasie w Holenderskim Kościele Reformowanym. Zwolennicy nurtu liberalnego w teologii byli odsuwani od posług kościelnych, ich wpływ na Kościół stawał się coraz mniejszy. Rozczarowani tym stanem rzeczy i zaniepokojeni o przyszłość liberalnego protestantyzmu w Holandii założyli własną wspólnotę. Celowo nie wybrali dla niej postaci kościelnej tylko stowarzyszeniową, uważając, że właśnie dobrowolne stowarzyszenia są tą formą organizacyjną, w której ma szanse rozkwitnąć religijność liberalna.

Początkowo oddziały stowarzyszenia przypominały kluby (samo-)kształceniowo-dyskusyjne, ale z czasem zaczęły przybierać charakter bardziej zbliżony do parafii, w których nie tylko wygłaszano odczyty, ale również prowadzono nabożeństwa, a w niektórych także udzielano sakramentów. W 1909 r. zbudowano pierwszy kościół ‘związkowy’ – w Schiedam koło Rotterdamu. W 1914 r. z inicjatywy NPB ukazał się ‘Lejdejski Przekład Biblii’, którego twórcy starali się wykorzystać dorobek ówczesnej biblistyki.

W 1921 wśród pastorów pełniących posługę w NPB pojawiła się pierwsza kobieta, pastor Anne Zernike – ordynowana 10 lat wcześniej w zborze mennonickim. W latach dwudziestych starano również zjednoczyć różne nurty religijno-liberalne, a w 1926 r. doprowadzono do powstania liberalno-protestanckiej rozgłośni radiowej (VPRO).

W 2012 r. NPB zostało oficjalnie przyjęte do International Council of Unitarians and Universalists (Międzynarodowej Rady Unitarian i Uniwersalistów), zaś dwa lata później zmieniono nazwę na Vrijzinnigen Nederland. Obecnie w skład stowarzyszenia wchodzi 45 oddziałów. Ich członkowie reprezentują szeroki wachlarz przekonań i poglądów. Są wśród nich (liberalni) chrześcijanie, ale również osoby, które nie uważają się (już) za chrześcijan, religijni humaniści, zwolennicy duchowości wykraczającej poza granice wszelkich systemów religijnych. Każdy oddział ma swój własny, niepowtarzalny charakter. W jednym odczuwa się wyraźnie atmosferę wspólnoty kościelnej, podczas gdy może być w większej mierze klubem dyskusyjnym czy ośrodkiem, w którym kultywuje się nowe formy duchowości.

Ponieważ Vrijzinnigen Nederland nie jest Kościołem, jej członkowie mogą być jednocześnie członkami wspólnot kościelnych. Również wielu pastorów jest jednocześnie duchownymi w Kościołach różnych wyznań.

Pastor Kubacki jest on ponad 20 lat członkiem tej społeczności, a od trzech lat sprawuje w jej imieniu funkcję kapelana w domach opieki, będąc jednocześnie kaznodzieją Zjednoczonego Zboru Mennonickiego w Beverwijk koło Amsterdamu.


Co właściwie oznacza słowo „liberalny” w Niderlandach?

Myślę, że zasadniczo to samo, co w innych krajach. To jest religijność, która stara się być w ciągłym dialogu ze światem ludzkiej kultury, nauki, religijność programowo niedogmatyczna (a więc również bez ‚przepisowych’ wyznań wiary, ksiąg konfesyjnych itp.), krytyczna wobec uświęconych tradycją przekazów, w której człowiek jest traktowany podmiotowo i ma możliwość podejmowania własnych decyzji, również w odniesieniu do tego, w co wierzy i jak kształtuje swoje poglądy. To religijność dialogu, w której poszukiwanie jest często istotniejsze niż poczucie, że się coś już na dobre znalazło. To, co jest specyficzne dla Holandii to fakt, iż wyrastamy ze sprzeciwu wobec ortodoksyjnego kalwinizmu, a przede wszystkim wobec jego pesymistycznego spojrzenia na człowieka i jego kondycję oraz wobec – wynikającej z tego spojrzenia – doktryny predestynacyjnej.

Ale chyba nawet w Holandii zdecydowana większość oficjalnych Kościołów deklaruje chęć dialogu ze światem. Czy unikalność tej otwartości w przypadku Vrijzinnigen polega na zasadniczej akceptacji wszystkiego?

Wszystkiego akceptować się nie da – bo, biorąc pod uwagę różnorodność prądów składających się na naszą kulturę, popadłoby się w sprzeczności. I postawa wyłącznie akceptująca nie była też nigdy celem religijnych liberałów. Chodzi raczej o fundamentalną postawę, której istotą jest otwarty dialog, a nie pouczanie oparte o przekonanie, że ‚my wiemy lepiej’. Naszym punktem wyjścia nie jest suma doktryn czy nauk, lecz przekonanie, że razem powinniśmy odkrywać to, co uczyni ten świat lepszym, a ludzi bardziej ludzkimi. I, jako wspólnota religijna mamy w tym procesie istotną, własną rolę do odegrania, natomiast nie musi to być urząd wiecznie wszystkowiedzącego nauczyciela. Chcemy raczej inspirować niż pouczać. A jednocześnie oczekujemy również inspiracji z różnych źródeł.

Co oznacza nazwa wspólnoty?

Określenie ‘vrijzinnig’ nie ma właściwie ekwiwalentu w języku polskim.  Najlepiej jego znaczenie oddają słowa: wolnomyślicielski/wolnomyślny, liberalny (w sensie religijnym i światopoglądowym, ale już niekoniecznie politycznym).

Wobec tak różnych poglądów, co jest waszym spoiwem?

Łączy nas postawa duchowych poszukiwaczy, otwartość na różne impulsy i wyzwania, krytycyzm, wiara w człowieka i jego możliwości: poznawcze, duchowe, moralne, przekonanie, że jest pewien rodzaj indywidualizmu, który nie wyklucza potrzeby wspólnoty. I, last but least, to, co Paul Tillich nazwał byciem ‚Grenzgänger’ – czyli skłonnym do chodzenia po granicach. Jeden z oddziałów, w którym kilka razy do roku prowadzę nabożeństwa zamieścił na swojej stronie internetowej następujące zdanie: ‚Nasze korzenie tkwią w chrześcijaństwie, ale sposób, w jaki przeżywamy wiarę, nie jest ograniczony do chrześcijaństwa’. Te słowa wyznaczają pole napięć, w którym i ja się świetnie odnajduję. Jestem zakorzeniony w pewnej głębi i tradycji, ale swoimi ‚gałęziami’ sięgam w różne strony, nie przejmując się przy tym zanadto utartymi ścieżkami i wyznaczonymi przez tradycję granicami.

Jak to się stało, że w ogóle wylądowałeś w Vrijzinnigen – w Polsce związany byłeś z reformowanymi, a w Holandii także z remonstrantami, starokatolikami i anglikanami?

A to długa historia. Zaczyna się w 1995-97, gdy studiowałem na Uniwersytecie Kościołów Reformowanych w Kampen. Jak sama nazwa wskazuje, był to kościelny uniwersytet i w związku studenci byli automatycznie wpisywanie na listy członków miejscowych zborów tej reformowanej denominacji, z której wywodziła się uczelnia. Odczytałem to trochę jako próbę ‘wcielenia’ mnie na siłę – a ‘takie numery to nie ze mną’. Wyruszyłem na poszukiwania wspólnoty dla siebie i w końcu znalazłem ją w miejscowej parafii luterańskiej. W tym czasie była ona miejscem, gdzie spotykały się różne ‘niespokojne duchy’, które nie potrafiły się odnaleźć w atmosferze dusznego kalwinizmu. I tam właśnie usłyszałem którejś niedzieli, że grupa zborowników wybiera się na jeszcze jedno nabożeństwo, które miał prowadzić znany aktor i prezenter telewizyjny, a jednocześnie pastor – Jos Brink. Postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej o wspólnocie, która zaprasza na ambonę tak ciekawych ludzi. A to właśnie było NPB – jak wówczas nazywano Vrijzinnigen Nederland.

Niedługo potem byłem już umówiony z ówczesnym sekretarzem generalnym społeczności, następnie pojechałem z wizytą do jednego z emerytowanych pastorów – Dicka Wernera – który co poniedziałek wygłaszał w radio pogadanki zatytułowane ‘Vrijzinnig Vizier’ (‘Wizjer Liberalny’). Szczególnie zafascynował mnie Dick, np. tym, że znał osobiście Alberta Schweitzera i czuł się spadkobiercą jego myśli. Wkrótce złożyłem deklarację członkowską. Regularnie zapraszano mnie do prowadzenia nabożeństw, kilkakrotnie aplikowałem na stanowisko pastora jednego z oddziałów. Dopiero po wyjściu z ostrego zakrętu życiowego połączonego z nieudaną próbą odnalezienia się poza światem religii liberalnej, pojawiłem się na spotkaniu teologów i duszpasterzy z różnych wspólnot liberalnych. Po raz pierwszy od wielu lat poczułem się znów u siebie. Podszedłem do naszej sekretarz generalnej, Wies Houweling, i spytałem czy mógłbym się ubiegać o stanowisko pastora delegowanego do posługi w domach opieki, w których od kilku miesięcy pracowałem. Wies zareagowała pozytywnie i później spotkałem się z zarządem konwentu pastorskiego, który wydał pozytywną opinię i konwent powitał mnie w swoim gronie. Wówczas uświadomiłem sobie, że przynależność do NPB/Vrijzinnigen Nederland to właściwie jedyny stały czynnik w mojej – skądinąd dość poplątanej – biografii religijno-kościelnej.

Pełnisz funkcję pastora – czy różni się ona zasadniczo od urzędu duchownego w Kościołach o jasno sprecyzowanej doktrynie?

Podstawowa różnica polega na tym, że przed moim wprowadzeniem w urząd nikt nie wymagał ode mnie złożenia przyrzeczenia czy innego rodzaju deklaracji wierności jakimkolwiek naukom czy dogmatom. I to oznacza również, że nie powołuję się na nie np. w kazaniach. W naszej wspólnocie po prostu nie ma możliwości powiedzenia komuś, że ma w coś wierzyć. Jeśli ktoś ma takie potrzeby, to lepiej, żeby poszukał sobie miejsca gdzie indziej.

Czyli jednak jest dogmat i to chyba dość istotny o zasadniczej (do)wolności wierzenia w co się chce?

Jeśli zasadę braku dogmatów uznać za dogmat, to niewątpliwie tak. Moim zdaniem to jest trochę porównywalne z nietolerancją dla nietolerancji. Czy, jeśli nie toleruję nietolerancji, to jestem nietolerancyjny? Natomiast, podchodząc do sprawy bardziej serio, chcę powiedzieć, że, rzecz jasna, nikt nie zabrania żadnemu członkowi Vrijzinnigen Nederland przyjmowania dogmatów, jeśli czyni to na swój osobisty rachunek. Jeśli o mnie chodzi, podchodzę do tradycji doktrynalnej Kościoła bardzo poważnie i z dużym respektem, czerpiąc z niej ustawicznie pełnymi garściami. Kiedyś natknąłem się na wypowiedź amerykańskiego teologa i kaznodziei unitariańskiego, Jamesa Freemana Clarke’a, która dobrze oddaje moje podejście. Otóż, Clarke podkreślał, że odrzucenie dogmatu nie musi oznaczać jednoczesnego odrzucenia zawartej w nim duchowej treści. Wręcz przeciwnie – tę treść należy próbować z niego wydobyć, jednakże już w sposób niedogmatyczny: jako zapis czyjegoś doświadczenia duchowego i propozycję pod wlasnym adresem, aczkolwiek nie jako ‘prawdę do uwierzenia’.

Jak wyglądają spotkania Vrijzinnigen?

Są czytania, które pochodzą z innych źródeł niż Biblia, w tym również z inspiracji pozachrześcijańskich. Dla mnie osobiście Biblia jest ciągle głównym źródłem inspiracji. Jestem kapelanem w domach opieki, gdzie mam do czynienia z ludźmi o bardzo różnych przekonaniach. I staram się pełnić swoją posługę w taki sposób, by trafić do każdego. Co ciekawe, bardzo pomagający mi w pracy wolontariusze, pochodzą głownie z dość konserwatywnych środowisk kościelnych i początkowo patrzyli na mnie ze sporą nieufnością (przez pierwszy rok nie pozwalano mi również np. prowadzić nabożeństw komunijnych). W tej chwili – po ponad 3 latach pracy, powstała między nami więź i niekiedy mam nawet wrażenie, że z pewnymi sprawami zwracają się prędzej do mnie, aniżeli do swoich pastorów. Chyba między innymi dlatego, że nigdy nie uprawiam w domu opieki żadnej propagandy, nie narzucam swoich poglądów, nie krytykuję poglądów innych, chociaż w pewnych sprawach zarysowuję też jasne granice. Np. że nie będzie u nas straszenia ludzi piekłem. Nawet jeśli wolontariusz jest przekonany, że mieszkaniec powinien np. ‚przyjąć Jezusa Chrystusa jako osobistego Pana i Zbawiciela’ by nie dostąpić wiecznego potępienia, wymagam, aby zachował to przekonanie dla siebie.

Czym jest Komunia w Vrijzinnigen?

Nie bylibyśmy religijnymi liberałami, gdyby i w tej kwestii nie obowiązywał u nas pluralizm poglądów. Niedawno jeden z kolegów poświecił trzymiesięczny urlop studyjny na rodzaj inwentaryzacji różnych podejść do Komunii. Jest tych poglądów mnóstwo, ale – jak się okazuje – da się znaleźć również wątki wspólne: wspominanie osoby Jezusa, jego ideałów, postawy życiowej, która opierała się na dawaniu siebie, wydawania siebie na pastwę (czyli pokarm), przeżywanie wspólnoty i to swoiste wariactwo, które przejawia się w tym, iż już teraz proklamujemy za pomocą uroczystego posiłku nastanie czegoś, czego się dopiero spodziewamy: Królestwa sprawiedliwości, miłosierdzia, pokoju. Osobiście dodaję do tego jeszcze chętnie pewną uwagę: w tradycji Izraela wspominanie było zawsze czymś więcej, aniżeli tylko wspominaniem. Było przeżywaniem na nowo, uobecnieniem. I tu otwiera się przestrzeń również dla innych ujęć niż zwingliańskie czy kalwińskie rozumienie sakramentu.

Jestem przekonany, że, gdy dzielimy się tym, co mamy, a przede wszystkim sobą, duch Chrystusowy, czy jak to ładnie ujmuje antropozofia, impuls Chrystusowy jest wśród nas. A będąc stosunkowo bliskim postawy panenteistycznej czy wręcz panteistycznej nie mam, rzecz jasna, najmniejszego problemu, by tę obecność łączyć z chlebem i winem, będącymi zresztą elementami o niesamowitym ładunku symbolicznym.

Obecnie jesteś również pastorem zboru mennonickiego – o ile jasne jest, że nie stanowi to problemu dla ponaddogmatycznej Vrijzinnigen to jak do tego ustosunkowują się mennonici, którzy jednak posiadają dość znaczący korpus doktrynalny?

To prawda, że wspólnoty mennonickie stworzyły w historii szereg dokumentów konfesyjnych. Jednocześnie trzeba jednak zauważyć, że tradycja mennonicka jest – i dotyczy to również konserwatywnych mennonitow – tradycją ortopraksji, a nie ortodoksji. Gdy w mennonityzmie dochodzi do dyskusji teologicznych i ewentualnych rozłamów, właściwie nie dotyczą one sfery dogmatyki, a zawsze praktyki życia religijnego. Holenderscy mennonici od XVII/XVIII należą do najbardziej liberalnych wspólnot kościelnych. Między innymi dlatego chyba tylko w języku niderlandzkim mennonici nie nazywają się mennonitami, tylko noszą nazwę doopsgezinden, by podkreślić, że nie czujemy się związani nauczaniem Mennona. Każdy kto chce przystąpić do zboru mennonickiego w Holandii pisze własne wyznanie wiary. Nie mamy natomiast żadnego dokumentu wyznaniowego, który obowiązywałby wszystkich. Warto zresztą dodać, że liberalny holenderski mennonityzm zawdzięcza swoje powstanie między innymi… braciom polskim, którzy przybyli do Holandii po wygnaniu z Rzeczpospolitej i właśnie m.in. w społecznościach mennonickich zostali po bratersku przyjęci. A ponieważ byli to często świetni teolodzy, ich wpływ na te społeczności bywał naprawdę duży. Tak więc tutaj nie ma żadnego tarcia. Tym bardziej, że mój zbór jest w połowie historycznym zborem mennonickim, a w połowie powstał z dawnego oddziału NPB. Jeśli musiałbym szukać różnic między tymi wspólnotami to powiedziałbym, że mennonityzm jest o wiele bardziej chrystocentryczny. Przy całym krytycyzmie wobec ‘chrześcijanstwa realnego’, czujemy się jednak mocno związani z opowieścią Jezusa z Nazaretu. W Vrijzinnigen Nederland bywa pod tym względem różnie – w zależności od charakteru wspólnoty lokalnej i osobistego podejścia poszczególnych członków.

Jesteś pierwszym Polakiem w łonie Vrijzinnigen, ale czy pierwszym Polakiem w historii tej wspólnoty?

Nigdy nie słyszałem o innych Polakach w Vrijzinnigen Nederland. Znam Ukrainców, znam przedstawicieli innych nacji, ale z Polakami się nie zetknąłem. Zresztą Polacy za granicą generalnie niechętnie się kościelnie asymilują. Kościół ewangelicko-augsburski w Polsce organizuje na terenie Holandii polskie nabożeństwa, chociaż protestantów to akurat u nas nie brakuje. Jednak bariera językowa stanowi dość spory problem.

Na ile Vrijzinnigen jest „misyjne” i czy twoim zdaniem możliwe byłoby przeszczepienie takiego ruchu w Polsce, gdzie już mamy wierzenie eklektyczne choć nie zinstytucjonalizowane?

Zagadnienie naszej ‘misyjności’, tzn. tego, jak skutecznie rozpowszechniać religijność liberalną w Holandii, będzie jednym z najważniejszych zadań, które musi podjąć nowy zarząd Konwentu. Mam w tej kwestii pewne pomysły, ale bardzo liczę również na kolegów, bo wydaje się, że tworzymy naprawdę ciekawy i kreatywny zespól. Natomiast w Polsce mamy swych duchowych pobratymców we wspólnocie unitarian-uniwersalistów. Współpracujemy ze sobą w ramach organizacji IARF – International Association for Religious Freedom, która skupia religijnych liberałów różnych tradycji. Jakaś baza już zatem jest. Natomiast przeszczepiać niczego nie należy. NPB/Vrijzinnigen Nederland powstało w określonym klimacie historycznym i duchowym. I to był klimat specyficznie holenderski – naznaczony przede wszystkim obecnością silnego, ortodoksyjnego, predestynacyjnego kalwinizmu. To na ten rodzaj religijności reagowaliśmy.

W Polsce historycznie czegoś takiego nie było. Polscy zwolennicy wolnej myśli religijnej muszą stworzyć własną jej wersje. Takie próby były w przeszłości i mam nadzieję, że będą miały miejsce również w przyszłości. My to w jakiejś mierze możemy wspierać, ale przeszczepiać na pewno niczego nie będziemy. A czy to zaowocuje powstaniem większej wspólnoty liberalnej. Nie będę się bawił w proroka. Próbowałem w przeszłości uprawiać church planting w Polsce i doszedłem do wniosku, że Polacy generalnie przychodzą do Kościoła z takimi oczekiwaniami, które akurat religijnym liberałom jest trudno zaspokoić. Pamiętam te ciągłe pytania: ‚A co Kościół myśli na temat…’. I to zdziwienie w oczach, gdy odpowiadałem, że Kościół nie jest od myślenia, tylko raczej od tego, by inspirować do myślenia i działania swoich członków…


galeria