- 31 października, 2026
- przeczytasz w 13 minut
Dlaczego to 31 października, a nie 25 czerwca, obrósł legendą? W Święto Reformacji rozmowa z prof. Jerzym Sojką o Wyznaniu augsburskim: dokumencie, który miał wyrażać katolickość Kościoła, a stał się jądrem tożsamości luterańskiej.
Radośnie absurdalne przedsięwzięcie — luteranie i ekumenizm przed obchodami 500-lecia Wyznania augsburskiego
Dlaczego to 31 października, a nie 25 czerwca, obrósł legendą? W Święto Reformacji rozmowa z prof. Jerzym Sojką o Wyznaniu augsburskim: dokumencie, który miał wyrażać katolickość Kościoła, a stał się jądrem tożsamości luterańskiej.
Dariusz Bruncz, ekumenizm.pl: W protestanckiej historiografii rok 1530 długo był przedstawiany jako kluczowy moment dla tożsamości ewangelickiej, ukoronowanie tego, co zaczęło się w mitycznym roku 1517. Później odkryto jego ekumeniczny wymiar, a aspekt konfesyjny zszedł jakby na drugi plan. Czy istnieje niebezpieczeństwo przeakcentowania jednego z tych dwóch elementów? Jak uniknąć zaściankowości konfesyjnej i ekumenizowania Wyznania augsburskiego (CA) na siłę?
Prof. Jerzy Sojka: Niebezpieczeństwo zawsze istnieje. Zarysowałeś dwie skrajności, a dzisiejszy świat ma szczególną tendencję do popadania w którąś z nich. Natomiast Wyznanie augsburskie, czy rok 1530 jako symbol, posiada w sobie napięcie, które trzeba wytrzymać, żeby uczciwie podejść do tego dokumentu.
Triumfalistyczna narracja, która przez cztery wieki obowiązywała w luteranizmie – że to są nasze fundamentalne początki i od tego momentu wszystko się zaczęło – nie jest fair, bo gubi zasadniczą intencję, powiedziałbym: katolickość, która w Wyznaniu augsburskim dochodziła do głosu. Z drugiej strony nie można pomijać prostego faktu, że po reakcji strony wiernej Rzymowi na sejmie – w postaci Konfutacji, która odrzuciła tę propozycję katolickości – dokument ten bardzo szybko stał się jądrem tożsamości tych, którzy chcieli reformy Kościoła w duchu zaproponowanym przez Lutra.
A czy nie jest tak, że oni – Melanchton ze współpracownikami, a Luter przypatrujący się temu z Coburga – jechali do Augsburga, kiedy rozłam był już przesądzony i starano się jedynie ustalić pokojowe współistnienie obok siebie? Innymi słowy: czy to nie jest bajka na ekumeniczne potrzeby, że nic jeszcze nie było przesądzone?
Myślę, że popełniamy w tych ocenach jeden zasadniczy błąd: zakładamy, że oni mieli naszą współczesną wrażliwość ekumeniczną. A ta zakłada, że jedność Kościoła jest czymś więcej niż moje denominacyjne wyobrażenie o niej. Dlatego możemy być w pewnym sensie szczodrymi wobec innych i uznawać, że ich sposób przeżywania chrześcijaństwa też ma swoją legitymizację, swoje uzasadnienie.
Natomiast w XVI wieku toczył się spór o jedną wizję. Po obu stronach panowało przekonanie, że to gra o sumie zerowej: jeżeli Rzym ma rację, to nie mają jej reformatorzy – a jeszcze każdy z nich trochę z osobna. Jeżeli reformatorzy mają rację, to Rzym jej nie ma. Siłą ruchu ekumenicznego – która zarazem utrudnia nam proste odnoszenie się do tych XVI-wiecznych sytuacji – jest to, że zrozumieliśmy, iż to nie jest gra o sumie zerowej.
A czy coś się naprawdę zmieniło? Raczej rozłożenie akcentów: Rzym nadal uważa, że ma absolutną i uniwersalną rację, i tylko w nim jest pełnia prawdy. Luteranie też uważają, że mają rację, choć zasadniczo bez prawa do administrowania prawdą i roszczenia nieomylności i ekskluzywizmu.
U nas zmieniło się dokładnie to, że odpuściliśmy roszczenie do pełni. Mamy świadomość, że inni też coś wnoszą i jesteśmy ekumenicznie otwarci: luteranizm nie wyczerpuje definicji chrześcijaństwa.
Ale tę melodię słychać już w CA, prawda?
To jest klucz i właśnie to się zmieniło. Przez długi czas czytaliśmy CA, a dokładnie artykuł siódmy o Kościele jako ogranicznik: że prawdziwe rozumienie Ewangelii i sakramentów to jest to, jak my je mamy zdefiniowane – najlepiej w całej Księdze Zgody.
Niemniej ten ogranicznik jest cały czas obecny i nawet funkcjonuje. Owszem, to napięcie jest bardzo luterańskie, ale z drugiej strony pokazuje też pewną niekompatybilność tego, co dla jednych jest wystarczające (satis est), a dla strony rzymskokatolickiej z kolei jest nieakceptowalnym redukcjonizmem tego, co powinno być – w tym tego, co ewangelicy uznają za coś mniej istotnego, choćby kwestii urzędu.
Mam wrażenie, że oczekujesz ode mnie jako luteranina, żebym za katolików przepracował pewne rzeczy. No, nie.
Zupełnie nie. Chyba nikt nie chciałby być wyręczany w tak fundamentalnych sprawach.
Zdecydowanie nie, my też nie chcemy być wyręczani. I jeszcze jedna ważna rzecz. Dynamika zmiany ekumenicznej i wzrostu świadomości ekumenicznej, która realnie przemienia nastawienie Kościołów, jest różna w każdej tradycji i w każdej stawia inne wyzwania. Weźmy proces wokół artykułu siódmego. Przed III Zgromadzeniem Światowej Federacji Luterańskiej w Minneapolis (1957), co najwyżej szaleni ireniści czytali ten artykuł jako ekumenicznie otwarty. Dopiero w Minneapolis odczytaliśmy go jako ekumeniczną szansę; wcześniej czytaliśmy ten tekst jako zamykający, wykluczający, jako twarde ograniczenie. Zresztą obaj dobrze wiemy, że do dzisiaj są luteranizmy, które nadal tak go czytają i twierdzą, że są jedynymi prawdziwymi luteranizmami, popadając w sekciarstwo.
Tutaj pełna zgoda.
W kontekście ekumenicznym oczekuję od mojej tradycji, że wykonamy swoją pracę w nadziei, że ekumenia jest czymś większym niż moja luterańska wrażliwość, że faktycznie odzwierciedla jakiś powiew Ducha w Kościele i że ten Duch doprowadzi też innych do tego, że znajdziemy punkt wyjścia – to znaczy punkt dojścia. Jako historyk Kościoła i historyk dogmatu powiedziałbym, że całe przedsięwzięcie ekumeniczne jest tak radośnie absurdalne, że można je postrzegać tylko w kategoriach jakiegoś przełomu, który przychodzi do Kościoła z zewnątrz.
Rozumiem teologiczno-ekumeniczne intencje, niemniej, rzekłbym, że ruch ekumeniczny jest nie tyle czymś większym niż moja luterańska tożsamość, co jej integralną częścią.
Jedność Kościoła jest czymś większym, a ekumenizm pozwolił nam w ramach naszej luterańskiej tożsamości rozpoznać, że jedność Kościoła nie ogranicza się do luteranizmu.
Zgoda, przy czym ta świadomość też zawsze była. Reformacja wittenberska nigdy nie negowała, że w Kościele rzymskim, czy polemicznie rzecz ujmując, papiestwie, prawdziwie zwiastowana jest Ewangelia, a sakramenty są udzielane zgodnie z nakazem Chrystusa.
To prawda, Luter i reformacja wittenberska nie negowali tego. Tylko właśnie dlatego, że w XVI wieku była to gra o sumie zerowej, brak jedności Kościoła był dla Lutra wynikiem tego, że Kościół miał problem z reformą, a mówiąc bardziej współcześnie zdolnością opowiedzenia chrześcijaństwa na nowe czasy, pozostając przy tym wiernym źródłu objawienia. Trzeba też pamiętać, że w momencie kryzysu, kiedy emocje są na bardzo wysokim poziomie, trudno rozpoznać znaczenie własnych intuicji teologicznych. W moim rozumieniu intuicja Lutra nienegowania, że Kościół rzymski jest Kościołem, jest genialnie prorocza, ale nie jestem pewien, czy był świadom wszystkich jej konsekwencji.
Druga sprawa: do tanga trzeba dwojga. To jest zresztą moim zdaniem duża część odpowiedzi na pytanie o genezę rozłamu. Jeżeli po drugiej stronie mamy roszczenie papiestwa: „podporządkuj się, bo my nadajemy wszystkiemu w Kościele znaczenie, odpowiadamy za wszystko w Kościele” – gdzieś w okolicach 1518–1519 przyszły z Rzymu takie tezy – to też kształtowało rzeczywistość. Zresztą mamy to dobrze opowiedziane z okazji 2017 roku we wspólnym raporcie luterańsko-rzymskokatolickim „Od konfliktu do komunii”.
Ale także w tym kontekście nic się nie zmieniło. Nie chodzi mi tylko o dogmat o prymacie jurysdykcyjnym i nieomylności papieża. Jeżeli spojrzymy na obecny spór papiestwa z lefebrystami, to jest dokładnie to samo: albo się podporządkujesz, albo do widzenia. Ta sama metodologia, tylko w trochę innej panierce.
Tylko jest pytanie, gdzie leży jądro tego sporu.
Autorytet. Władza.
Zauważ – i to jest, myślę, zasadnicza różnica — kwestią tożsamości reformacji luterskiej od początku nie jest negacja autorytetu papieskiego.
Oczywiście, ale jeżeli wrócimy do rozmowy z kard. Kajetanem w Augsburgu i jego riposty „to znaczy tworzyć nowy Kościół” to sprawa nie wygląda tak jednoznacznie.
Tylko różnica jest taka, że z perspektywy Lutra toczył się spór o usprawiedliwienie, a został on przerzucony na poziom autorytetu i doszło do pęknięcia. A tutaj mam wrażenie, że lefebryści od początku chcą być bardziej papiescy od papieża, a nie pasuje im to, że papież nie jest tak papieski, jak go sobie wyobrażali.
To samo zarzuca się Lutrowi w stosunku do Kościoła rzymskiego – że chciał być bardziej papieski od papieża.
Tylko żeby zrobić tę analogię, trzeba nie znać początków i realnych motywacji Lutra, na które mamy dowody w jego tekstach.
… które też czytamy z dzisiejszej perspektywy. Krótkie pytanie w trudnej sprawie. Mówiliśmy o jedności w kontekście CA. Czy ewangelicka i rzymskokatolicka wizja jedności dają się w ogóle ze sobą pogodzić?
Ja nie mam problemu z tym, że bracia katolicy widzą jedność szerzej, powiedzmy instytucjonalnie. Mam problem z tym, że uważają, że ja mam się temu podporządkować.
Uściślijmy: uważasz, że wizja jedności nie tyle z biskupem Rzymu, ile pod biskupem Rzymu – rozumienie urzędu, papiestwa i wszystkiego, co się z tym wiąże – jest kompatybilna z luterańskim rozumieniem jedności?
Może być, pod warunkiem, że potraktujemy papiestwo jako element dopuszczalnej różnorodności. Bo zupełnie hipotetycznie – to teza bez jakiegokolwiek odniesienia do realiów – jestem sobie w stanie wyobrazić abstrakcyjną sytuację pełnej wspólnoty kościelnej, w której, pod tym względem, luteranie pozostają luteranami, a katolicy rzymskimi katolikami.
Na czym miałaby polegać ta wspólnota kościelna, biorąc pod uwagę choćby to, że w większości Kościołów ewangelickich ordynacja kobiet jest oczywista, a przeszkodą jest to, że Rzym kobiet nie ordynuje?
Tu właśnie dochodzimy do napięcia, wokół którego krążymy. Ekumenizm to nie jest wyprzedaż sreber rodowych, prawda?
Dokładnie tak.
I właśnie przez napięcie szukania jedności przy zachowaniu tożsamości jest ten problem. Jeżeli oczekujesz ode mnie tezy, że w imię jedności eklezjalnej z braćmi katolikami mamy wyrzucić całe nasze ostatnie, pewnie ze sto lat refleksji, rozpoznawania znaków czasu, ewolucji wspólnoty…
Nie wiem, skąd takie założenie. Mogę powiedzieć tylko „Amen, bracie”!
No, właśnie, dlatego jestem trochę kiepskim adresatem tego pytania. Z mojej perspektywy to nie jest problem. Ale jak bracia katolicy mówią mi, że to jest problem – to ekumenicznie jest to problem. To mi tłumaczy, dlaczego jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Z drugiej strony, kiedy patrzę, jakie dyskusje toczą teraz u siebie wewnętrznie, wcale nie jestem przekonany, że w perspektywie półwieku coś się nie przełamie.
Uczestniczenie w ruchu ekumenicznym gdzieś na poziomie decyzyjnym nauczyło mnie jednego: dbajmy o swoje podwórko, dbajmy o to, żebyśmy my byli ekumenicznie otwarci, bo to wcale nie jest oczywiste, to wcale nie należy brać za pewnik. Natomiast pozostawmy innym Kościołom ich wewnętrzną dynamikę. To znaczy, oczekuję, że rozmowa ekumeniczna nie będzie polegała na tym, że przychodzi rzymski katolik czy anglikanin, czy prawosławny i powie: “Może być jedność, jeśli ty zrobisz to czy tamto”. To nie jest żadna rozmowa. To jest też trochę pewne złudzenie luterańskiego ekumenizmu, polegające na tym, że myśmy długo bardzo mocno starali się być dialogiczni, i to wyłącznie pod względem treści teologicznej. To stworzyło takie wrażenie, że wszystkie problemy są rozwiązywalne i one są rozwiązywalne na już.
Myślę, że niektóre, jeśli nie większość problemów są nierozwiązywalne. Stąd w moim pytaniu teza, że porozumienie między Kościołem rzymskokatolickim a luteranami w kwestii urzędu i wspólnoty kościelnej nie jest możliwe.
No, ale my mamy porozumienie z reformowanymi w tej kwestii, gdzie oni mają zupełnie inne zrozumienie dyscypliny kościelnej i sposobów funkcjonowania.
Nie da się ukryć, że ono jest, tyle że jest ono możliwe w takich Kościołach i z tymi Kościołami, które nie mają tego decydującego komponentu ekskluzywistycznego. Jakie wnioski płyną z 500 lat reformacji dla obchodów 500 lat Wyznania augsburskiego? Co można zrobić lepiej i jakich błędów nie popełnić?
Zacząłbym od pozytywów, a więc, czego dobrego nas te obchody nauczyły i myślę, że akurat 2017 był fajnym pokazaniem, że to można zrobić odpowiedzialnie ekumenicznie, że nie trzeba wjeżdżać na koniku luterańskiego triumfalizmu, tylko podejść do sprawy z pewną elementarną pokorą. To daje wtedy dużą przestrzeń, żeby wydarzyło się coś ciekawego.
Wyzwaniem, które widzę, jest to, żeby to się udało w kontekście CA i, co ważne, nie tylko z rzymskimi katolikami, którzy są oficjalnym partnerem, ale szerzej, bo CA wcale nie jest tylko problemem w kontekście relacji do rzymskiego katolicyzmu. Ono jest tak samo problemem w kontekście dyskusji z tradycją reformowaną, mimo tego, że oczywiście kluczowe pytania, przynajmniej na gruncie europejskim, są rozstrzygnięte „Konkordią leuenberską”. Ale są potępienia artykułu 10 wymierzone w Szwajcarów, choć bez ich wyraźnego wymienienia. Ponadto trwają przecież intensywne rozmowy z menonitami, czyli spadkobiercami anabaptystów, którzy przez CA są potępiani nie tylko wprost, ale także nieraz zupełnie nietrafnie. Tutaj jest lekcja i pytanie, co my możemy ekumenicznie i faktycznie z tym zrobić.
Kolejne pytanie, i to też jest wyzwanie ekumeniczne dla tradycji prawosławnej. Była CA Greca i Melanchton próbował z Konstantynopolem na ten temat rozmawiać, ale przecież za bardzo to niczego nie wniosło. Mamy więc całą plejadę partnerów, dla których CA może być tekstem problematycznym i wobec nich powinniśmy postępować odpowiedzialnie. Mamy równie bogatą konstelację partnerów, którzy, kiedy te sprawy się działy, jeszcze ich nie było (metodyści, zielonoświątkowcy). I tu widzę pewne wyzwania ekumeniczne, żeby te dobre doświadczenia, które mamy z rzymskimi katolikami z 2017 roku, bardziej zuniwersalizować.
Mam wrażenie, że nie tylko po 500 lat reformacji, ale już teraz, odczuwane jest w środowiskach luterańskich czy szerzej ewangelickich, pewne zmęczenie ekumenizmem wg zasady „wreszcie zróbmy coś dla siebie”. Nie mam na myśli wielu cennych inicjatyw edukacyjno-popularyzatorskich typu Ekumeniczna Szkoła Biblijna w Łodzi czy nowa Warszawska Szkoła Ekumeniczna. Co luteranie mogą zrobić dla siebie w kontekście jubileuszu CA bez ciągłego odwoływania się do spraw ekumenicznych?
Wydaje mi się, że ekumenizm traktujemy jak coś zewnętrznego. Jako jazdę obowiązkową, z którą się trzeba męczyć. Jeżeli to jest naturalny element mojego bycia, a trzeba samokrytycznie przyznać, że myśmy się tego jeszcze nie nauczyli, to w tym kontekście wszystkie te inicjatywy, które wspominasz, to jest próba osiągnięcia na dole tego wpisania ekumenizmu w normalność, zwyczajność. Bardzo ważne jest jeszcze coś innego, co dobrze wybrzmiało w raporcie komitetu sterującego na obchody 2030 roku. Chodzi o pytanie: czym jest wyznawanie? Co to znaczy, że wyznajemy? Co to jest za proces w Kościele? Gdzie to wyznanie jest potrzebne? To jest siła tego raportu, że oni nie zaczęli od pytania, co jest w wyznaniu i co to nam robi, tylko w ogóle zadali pytanie o sam fenomen wyznawania i co to mówi o byciu Kościoła. I jeżeli spróbujemy podejść do tego z tej perspektywy, to widzę tutaj szansę na ciekawą refleksję.
Początkiem października byłem w Augsburgu na regionalnym spotkaniu europejskim Światowej Federacji Luterańskiej i dla mnie było naprawdę pozytywne, co zobaczyłem – da się wspólnie czytać CA, ludzie odkrywają ten tekst i nagle zaczynają się nim interesować.
Zbliżamy się do Święta Reformacji: dlaczego 31 października, cała legenda związana z Lutrem przebiła się mocniej niż 25 czerwca? Zasadniczo ten czerwcowy dzień jest dużo ważniejszy w perspektywie teologicznej niż październikowy, szczególnie, jeśli uzgodnimy warstwę teologiczno-tożsamościową, a nie tę legendarną. Fakt jest z tego taki, że introit na 25 czerwca to właściwie liturgiczny totem. Czy potrzebna jest reorientacja liturgiczno-tożsamościowa, żeby ponownie właśnie odkryć w liturgii to wydarzenie?
Jako teolog zgadzam się, bo w sensie tego, co jest kluczowe teologicznie, to trudno bronić symbolu 95 tez w zestawieniu z CA.
Wiadomo, to są zupełnie dwa różne teksty, w zupełnie innym czasie, w innych światach napisane.
Tak, dokładnie i o zupełnie innym celu. W tym kontekście z perspektywy historyczno-teologicznej nieco bawi czytanie 95 tez na naszych nabożeństwach. Zawsze z tyłu głowy mam wtedy pytanie, a co by było, gdyby przeczytać nie utarte 1, 36 i 62 tezę, ale pozostałe? Szczególnie te wiernopoddańczo przedstawiające rolę papieża…
Tym bardziej, że w większości dzisiaj luteranie się raczej nie podpiszą pod 95 tezami.
Oczywiście, jak najbardziej. Wracając do października i czerwca. To jest trochę tak, że to jest chyba różnica pomiędzy czymś, co ma pewien ładunek emocjonalny i symboliczną nośność a czymś, co jest instytucjonalne, formalne, i przy tym często genialne. Nie odmawiam teologicznego geniuszu CA, ale z jakiegoś powodu nie jest ono tak atrakcyjne jak inne pisma jak choćby Lutrowe „O wolności chrześcijanina”. Nie wiem, czy jest sens walczyć o czerwiec zamiast października. Jak już jesteśmy w nabożeństwowych tematach, to jak popatrzysz na introit na 31 października to on jest jednak o odkryciu ewangelii. I jeżeli będziemy opowiadać nie o zakonnikach z młotkiem, tylko o odkryciu ewangelii, to CA stanie się w tym momencie absolutnie naturalnym świadectwem tego odkrycia.
dr hab. Jerzy Sojka, ur. 1984. Teolog luterański, profesor Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie, kierownik Katedry Teologii Historycznej ChAT, prodziekan Wydziału Teologicznego ChAT. Członek Synodu Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego XIV i XV Kadencji, w drugiej z nich wybrany radcą świeckim Rady Synodalnej. Członek Rady Światowej Federacji Luterańskiej w kadencji 2017–2023 oraz 2023–2030, w drugiej z nich wybrany przewodniczącym Komisji Rady ŚFL ds. Relacji Ekumenicznych oraz członkiem Komitetu Wykonawczego ŚFL. Członek zarządu Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Autor książek, m.in. „Czytanie Reformatora. Marcin Luter i jego pisma”, „Widzialne Słowo. Sakramenty w luterańskiej Księdze zgody” oraz „Stawanie się wspólnotą. Wieczerza Pańska jako nota ecclesiae w publikacjach Światowej Federacji Luterańskiej”. Żonaty, pochodzi z Cieszyna, mieszka w Warszawie.