- 4 listopada, 2026
- przeczytasz w 6 minut
Mariawityzm nie jest historycznym wypadkiem przy pracy. To Kościoły, które wciąż mają innym coś do powiedzenia, i to po 120 latach.
Popioły czy płomień? Mariawici po 120 latach
Mariawityzm nie jest historycznym wypadkiem przy pracy. To Kościoły, które wciąż mają innym coś do powiedzenia, i to po 120 latach.
4 listopada br. odbyła się w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej konferencja naukowa w ramach obchodów 120. rocznicy wyznaniowej niezależności Kościoła Starokatolickiego Mariawitów.
Konferencja podzielona była na trzy bloki – historyczny, społeczny i zagadnień duchowości. Podczas pierwszej sesji kapł. dr M. Augustyn Jemielita zaprezentował zarys historyczny powstania ruchu mariawickiego. Następnie odczytany został referat prof. dr. hab. Tadeusza J. Zielińskiego o prawnych aspektach mariawityzmu w przeszłości i współczesności. Barbara Zielińska podjęła temat zasobów Archiwum Kościoła.
W drugiej sesji przedstawiono dokonania społeczne mariawitów (prof. Maciej Duszczyk), omówiono znaczenie prasy mariawickiej na przestrzeni lat (dr Halina Guzowska) oraz kulturę muzyczną mariawitów w latach 1904–1914 (dr Bartłomiej Słojewski).
Ostatnia część dotyczyła kluczowych dla mariawityzmu Objawień Dzieła Wielkiego Miłosierdzia danych św. M. Franciszce Kozłowskiej (bp M. Ludwik Jabłoński), ekumenicznych implikacji mariawityzmu (bp dr Andrzej Gontarek) oraz relacji między duchowością franciszkańską a mariawicką (Michał Piotrkowicz). Tyle suchych faktów.
Komentarz
Konferencja wpisuje się w szereg przedsięwzięć Kościoła Starokatolickiego Mariawitów związanych z rocznicą uniezależnienia się tradycji mariawickiej od Rzymu i stopniowego uzyskiwania doktrynalnej i liturgicznej samodzielności.
Należy wspomnieć, że była to pierwsza naukowa konferencja mariawicka zorganizowana w murach Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej (ChAT). Wobec obszernego materiału badawczego i liczebności mariawitów wśród wyznań mniejszościowych w Polsce to duże wydarzenie. Można tylko żałować, że mariawityzm nie wygospodarował sobie w ChAT stałego miejsca w ekumenicznym dyskursie naukowym w przeciwieństwie do mniejszych wyznań.
Abstrahując od braku kluczowych badaczy teologii i historii mariawickiej podczas konferencji – niekoniecznie z reakcyjnego spektrum rzymskokatolickich integrystów – zastanawiać może pominięcie tematów, które ukazałyby mariawityzm w jego innowacyjności, gotowości do podjęcia polemiki teologicznej wewnątrz szerszej ekumenii. Tematyka widoczna już w programie konferencji anonsowała zachowawczość i dość przewidywalną temperaturę dyskusji.
Wielka, naprawdę ogromna szkoda, że ponad 90 lat po rozłamie i w 120. rocznicę usamodzielnienia się mariawityzmu, obydwa Kościoły mariawickie obchodziły jubileusz osobno, a konferencję zorganizował jeden Kościół. Nawet jeśli różnice w niektórych aspektach doktrynalnych i praktycznych są zauważalnie spore, a nieufność wciąż obecna, to dramatyczne wydarzenia roku 1906 są – bez względu na konferencję i inne przedsięwzięcia – wspólne.
Symbolicznie egzemplifikuje to kartka przedstawiająca monstrancję, wręczana uczestnikom konferencji. Na niej widnieje tekst modlitwy, który mówi o jednym mariawityzmie i nie różnicuje dwóch jurysdykcji.
Ze smutkiem należy przyjąć fakt, że udział polskiej ekumeny w tym ważnym dla mariawitów dniu był skromny. To nie jest budujące świadectwo ekumenicznej solidarności. Zastanawia nieobecność wysokiej rangi przedstawicieli Kościoła rzymskokatolickiego, biorąc pod uwagę fakt, że w łódzkiej konferencji 20 lat temu, udział wzięli czołowi biskupi i teolodzy rzymskokatoliccy zaangażowani w nieistniejący już dziś dialog teologiczny mariawicko-rzymskokatolicki.
Rok Jubileuszowy
Pozostając przy Kościele Starokatolickim Mariawitów, należy podkreślić, że poprzedni i bieżący rok nie były najłatwiejsze, biorąc pod uwagę kilka czynników.
Jeszcze pod koniec 2024 roku, po 90 latach przerwy Kościół mariawicki powrócił do starokatolickiej praktyki synodalnej, która, wielokrotnie zapowiadana i odwlekana, wreszcie ciałem się stała. Jak się można było spodziewać, proces ten nie był i nie jest łatwy zarówno w aspekcie kultury synodalnej, przyjęcia oraz przestrzegania regulacji prawnych, zobowiązań, w tym skutecznego sposobu rozwiązywania wewnętrznych problemów.
W tym procesie Lud Mariawicki poprzez świeckich przedstawicieli Synodu faktycznie odzyskał to, co teologicznie i duchowo zawsze posiadał – podmiotowość. Widać to choćby w aktywnym, a nie statyczno-fasadowym udziale świeckich w procesie synodalnym, ich realnym (sprawczym) uczestnictwie w wykonawczych gremiach Kościoła (Rada Kościoła).
Synod nie rozwiązał i prawdopodobnie nie rozwiąże wszystkich problemów, jakie były, są i pewnie pojawią się. Nie jest on z pewnością panaceum na wszystkie bolączki, podobnie jak nie jest nim jedynowładztwo kapłaństwa. Niemniej Synod jest bez wątpienia praktycznym świadectwem tego, że 120. rocznica niezależności wyznaniowej mariawityzmu, nie jest administrowaniem popiołami pamięci, ale ukazuje mariawityzm jako organiczną wspólnotę zdolną do radzenia sobie z kryzysami – mniejszymi i większymi, teologicznymi i duchowymi, ale też administracyjno-dyscyplinarnymi tudzież finansowymi, co też pokazują ostatnie lata.
Bez wątpienia wielkim wyzwaniem czasów nadchodzących jest zapewnienie opieki duszpasterskiej we wszystkich placówkach przy niewielkiej, choć względnie stabilnej, póki co, liczbie kapłanów. Potencjał ewangelizacyjny mariawityzmu nie jest skazany na klątwę historycznych ruminacji, reprodukowanie sentymentalnych opowiastek o ochronkach i legend o wykształceniu oraz heroicznych cnotach moralnych pierwszych mariawitów.
Mariawityzm jest czymś znacznie więcej: ma potencjał, który — bez poczucia zawstydzenia wobec innych tradycji — może z dumą pielęgnować, rozwijać, a ponadto zaoferować innym Kościołom chrześcijańskim swoje dary w ramach ich duchowej wymiany. To, czym jest mariawicka eucharystologia, eklezjologia, duchowość czy wiele innych aspektów życia mariawickiego może być inspirujące. To wszystko wymaga jednak wielkich nakładów pracy, determinacji, zmian, inicjatyw, a że nie jest to niemożliwe, pokazuje komunikat z ostatniej V sesji Synodu.
Pisałem o niełatwym czasie, także w kontekście wewnętrznych problemów, które Kościół Starokatolicki Mariawitów w różnych przestrzeniach podejmuje.
Niezwykle doniosłe – i to w aspekcie praktycznym, jak i głęboko teologicznym – jest odrodzenie Świątyni jako centralnego ośrodka mariawickiej tożsamości. Nawet jeśli płocka parafia mariawicka nigdy nie była liczna i żyła życiem klasztoru, to była i jest punktem odniesienia dla tożsamości mariawitów.
Świątynia Miłosierdzia i Miłości, zbudowana zaledwie osiem lat po uzyskaniu niezależności, to coś więcej niż architektoniczny magnes. To teologiczna przestrzeń, w której wizualizuje się złożona teologia i historia mariawitów. Stąd jej misyjno-ewangelizacyjno odrodzenie, odpowiedzialność przełożonych za to miejsce, realne współkreowanie rzeczywistości okołoświątynnej, nie mogą być pracą na zlecenie lub z doskoku, ale pracą nad sobą powierzoną nie tylko jednej osobie, ale całej wspólnocie.
Niełatwego czasu mariawici doświadczali niedawno w związku z bulwarowymi publikacjami przebranymi za poważne opracowania historyczne. Wyrządzono wiele szkody, ale mariawici nie usiedli nad brzegami Wisły rozpaczając bezsilnie nad swoim losem (por. Ps 137,1), lecz po prostu robili swoje. Co cieszy i inspiruje, to fakt, że następuje nowe pokolenie, które realnie przejmuje odpowiedzialność w Kościele i za Kościół, co nie zawsze jest oczywiste w innych Kościołach mniejszościowych.
I jeszcze jedna refleksja. Jeden z zaproszonych na konferencję polityków w nieco kulawych słowach pozdrowienia odnosił się do niemożności świętowania niezależności mariawityzmu, a to z powodu jego osobistej przynależności do Kościoła rzymskokatolickiego. Na tym tle ożywczo wybrzmiały słowa pozdrowienia przesłane przez prawosławnego metropolitę warszawskiego i całej Polski Sawę (Hrycuniaka), który zwrócił uwagę na duchowo twórczy element kształtowania się mariawickiej niezależności.
Muszę przyznać, że – przepraszam za kolokwializm – mój żołądek zgłasza votum nieufności, gdy słyszę utyskiwania niektórych teologów po różnych stronach ekumenicznych murów, płaczących nad podziałami w chrześcijaństwie – czy to będzie schizma wschodnia, reformacja czy mariawici. Brzmi to tak, jakby naturalnym środowiskiem chrześcijaństwa był uniformizm w każdym aspekcie życia. Wydaje mi się, że rozpaczanie nad różnorodnością, nad tym, że są odmienne tradycje chrześcijańskie jest w jakiejś mierze niepoważnym traktowaniem tychże ekumenicznych partnerów i powiedzeniem im: „szkoda, że jesteście, ale jak już jesteście, to ok”.
120-lecia niezależności Kościoła mariawickiego to dobra okazja do perspektywicznego spojrzenia na dokonania mariawitów i imponującą ścieżkę rozwoju duchowego oraz teologicznego w niezwykle krótkim czasie. W tym kontekście mariawityzm jest odbiciem historii chrześcijaństwa w całej jego duchowo-egzystencjalnej ambiwalencji.