Magazyn

Psalm 29 — Psalm głuchych lub tych ze słuchem wybiórczym



Dzień jest nie­ustan­ną mor­dę­gą i szyb­ko­ścią przy­po­mi­na zna­ne z dow­ci­pu okre­śle­nie życia w Związ­ku Radziec­kim za Tow. Leoni­da Breż­nie­wa: “jak w rakie­cie kosmicz­nej — im szyb­ciej, tym wzra­sta przy­spie­sze­nie”.


 


Zaczy­na się rano od tego, że nie mam cza­su na śnia­da­nie, bo oczy­wi­ście obu­dzi­łem się za póź­no, prysz­nic bio­rę w amo­ku, ubra­nie narzu­cam w tem­pie kolei TGV i wybie­ga­jąc do pra­cy prze­lot­nie rzu­cam okiem na wiszą­cy nad drzwia­mi krzyż. „Oddaj­cie cześć Panu, syno­wie Boży, Oddaj­cie Panu chwa­łę i moc!” Może i bym miał czas na „odda­wa­nie”, ale przy­cię­ta drzwia­mi kurt­ka oraz tram­waj, któ­ry oczy­wi­ście, jak co dzień, przy­je­chał za wcze­śnie, domi­nu­je moje myśli przez naj­bliż­szy czas. Na pew­no jed­nak, wma­wiam sobie, znaj­dę czas na „odda­nie” gdzieś w połu­dnie.



Wykła­dy są potwier­dze­niem dar­wi­now­skiej tezy o wal­ce gatun­ków. Tym giną­cym jestem ja, usi­łu­ją­cy wtło­czyć stu­den­tom wie­dzę o tym dla­cze­go to taki — to — a — taki arty­kuł usta­wy o cudzo­ziem­cach, jest sprzecz­ny z taką — to — a — taką mię­dzy­na­ro­do­wą kon­wen­cją. Stu­den­ci są oczy­wi­ście zafa­scy­no­wa­ni, co dobit­nie pod­kre­śla­ją zie­wa­niem, dys­kret­nym czy­ta­niem ksią­żek pod ław­ką oraz roz­mo­wa­mi mię­dzy sobą. „Głos Pana potęż­ny, Głos Pana wspa­nia­ły, Głos Pana łamie cedry”. Ja też mam ocho­tę coś zła­mać, myślę sobie zło­śli­wie i despe­rac­ko zarzą­dzam prze­rwę na kawę, pod­czas któ­rej zauwa­żam, że nie tyl­ko „Liban ska­cze jak cie­lę, a Syrion jak mło­dy bawół”. Wymie­nie­nie aku­rat tych zwie­rząt na pew­no nie jest przy­pad­ko­we, myślę sobie.



Resz­ta dnia upły­wa na rze­tel­nej pra­cy nauko­wej, czy­li czy­ta­niu kolej­nych orze­czeń urzęd­ni­ków w ludz­kich spra­wach, któ­rych lek­tu­ra, pra­wie zawsze fru­stru­ją­ca i iry­tu­ją­ca, nie­odmien­nie pro­wa­dzi mnie do tego same­go wnio­sku — skąd się oni tam do cho­le­ry wzię­li?! Stwier­dze­nie, że „Głos Pana wyko­rze­nia dęby” z przy­jem­no­ścią zin­ter­pre­to­wał bym ina­czej niż więk­szość teo­lo­gów. Pod koniec dnia pra­cy, choć obie­ca­łem sobie, że pój­dę „oddać”, stwier­dzam, że w danej chwi­li mam taką awer­sję to okre­ślo­nych grup ludzi, że nie będę się bawił w hipo­kry­tę i znu­dzał Boga swo­imi poła­jan­ka­mi. Sko­ro czy­ta w naszych myślach to i tak wie, po co się więc powta­rzać i dener­wo­wać przy oka­zji?



Kola­cja. No tak, ale zaku­py nie zro­bio­ne, więc trze­ba wybiec do skle­pu zanim zamkną, oczy­wi­ście chleb już wyku­pio­ny, kolej­ka przy kasie — czy ci ludzie nie mogli zro­bić zaku­pów wcze­śniej? Goto­wa­nie przy­po­mi­na oswa­ja­nie wul­ka­nów, bo naj­pierw nic się nie gotu­je godzi­na­mi, a ja umie­ram z gło­du, a potem nagle wszyst­ko wybu­cha, żąda odce­dze­nia, odsą­cze­nia i prze­wró­ce­nia dokład­nie w tym samym momen­cie. „Głos Pana nad woda­mi” myślę i z tru­dem powstrzy­mu­ję zło­śli­wą myśl. Kola­cję, będą­cą uko­ro­no­wa­niem dnia, spo­ży­wam oglą­da­jąc jakiś kre­tyń­ski serial, któ­re­go akcja toczy się w okół moc­no wąt­pli­wych wdzię­ków Mary­nii.



Nad­cho­dzi wie­czór. Bez więk­sze­go prze­ko­na­nia bio­rę Dobrą Księ­gę by cokol­wiek prze­czy­tać, ale jak tyl­ko ją otwie­ram, mój wzrok ula­tu­je znad papie­ru w prze­strzeń. Widzę zdję­cia sto­ją­ce nad komin­kiem. Widzę miłość, twarz któ­rą uwiel­biam i któ­rą kocham, rodzi­nę, przy­ja­ciół. I nagle przy­po­mi­na mi się ema­il, któ­ry otrzy­ma­łem, roz­mo­wa tele­fo­nicz­na z przy­ja­ciół­ką w cią­gu dnia, mój nowo­ze­landz­ki chrze­śniak, któ­re­go trzy­ma­łem na rękach nie tak daw­no. Jak kaska­da jesien­nych liści sypią się dobre szep­ty i pomru­ki tego dnia, wypeł­nia­jąc moje ser­ce i wyma­zu­jąc wszyst­kie złe wspo­mnie­nia. Śmie­ję się sam do sie­bie i spo­gła­dam na ostat­ni wers: „Pan da siłę swo­je­mu ludo­wi, Pan pobło­go­sła­wi lud swój poko­jem!” Nagle sły­szę grzmot gło­su Pana, któ­ry prze­cież On mi szep­tał przez cały dzień. Jego głos wstrzą­snął jak burza pusty­nią moje­go dnia. Teraz widzę wszyst­ko we wła­ści­wej per­spek­ty­wie i to co przej­ścio­we prze­mi­ja.



Zakła­dam piża­mę i gaszę świa­tło. Zanim zasnę szep­cę do krzy­ża wiszą­ce­go na ścia­nie dzięk­czyn­ne „Chwa­ła Ci”. Amen.

Ekumenizm.pl działa dzięki swoim Czytelnikom!
Portal ekumenizm.pl działa na zasadzie charytatywnej pracy naszej redakcji. Zachęcamy do wsparcia poprzez darowizny i Patronite.