Psalm 29 — Psalm głuchych lub tych ze słuchem wybiórczym
- 3 grudnia, 2003
- przeczytasz w 3 minuty
Dzień jest nieustanną mordęgą i szybkością przypomina znane z dowcipu określenie życia w Związku Radzieckim za Tow. Leonida Breżniewa: “jak w rakiecie kosmicznej — im szybciej, tym wzrasta przyspieszenie”.
Zaczyna się rano od tego, że nie mam czasu na śniadanie, bo oczywiście obudziłem się za późno, prysznic biorę w amoku, ubranie narzucam w tempie kolei TGV i wybiegając do pracy przelotnie rzucam okiem na wiszący nad drzwiami krzyż. „Oddajcie cześć Panu, synowie Boży, Oddajcie Panu chwałę i moc!” Może i bym miał czas na „oddawanie”, ale przycięta drzwiami kurtka oraz tramwaj, który oczywiście, jak co dzień, przyjechał za wcześnie, dominuje moje myśli przez najbliższy czas. Na pewno jednak, wmawiam sobie, znajdę czas na „oddanie” gdzieś w południe.
Wykłady są potwierdzeniem darwinowskiej tezy o walce gatunków. Tym ginącym jestem ja, usiłujący wtłoczyć studentom wiedzę o tym dlaczego to taki — to — a — taki artykuł ustawy o cudzoziemcach, jest sprzeczny z taką — to — a — taką międzynarodową konwencją. Studenci są oczywiście zafascynowani, co dobitnie podkreślają ziewaniem, dyskretnym czytaniem książek pod ławką oraz rozmowami między sobą. „Głos Pana potężny, Głos Pana wspaniały, Głos Pana łamie cedry”. Ja też mam ochotę coś złamać, myślę sobie złośliwie i desperacko zarządzam przerwę na kawę, podczas której zauważam, że nie tylko „Liban skacze jak cielę, a Syrion jak młody bawół”. Wymienienie akurat tych zwierząt na pewno nie jest przypadkowe, myślę sobie.
Reszta dnia upływa na rzetelnej pracy naukowej, czyli czytaniu kolejnych orzeczeń urzędników w ludzkich sprawach, których lektura, prawie zawsze frustrująca i irytująca, nieodmiennie prowadzi mnie do tego samego wniosku — skąd się oni tam do cholery wzięli?! Stwierdzenie, że „Głos Pana wykorzenia dęby” z przyjemnością zinterpretował bym inaczej niż większość teologów. Pod koniec dnia pracy, choć obiecałem sobie, że pójdę „oddać”, stwierdzam, że w danej chwili mam taką awersję to określonych grup ludzi, że nie będę się bawił w hipokrytę i znudzał Boga swoimi połajankami. Skoro czyta w naszych myślach to i tak wie, po co się więc powtarzać i denerwować przy okazji?
Kolacja. No tak, ale zakupy nie zrobione, więc trzeba wybiec do sklepu zanim zamkną, oczywiście chleb już wykupiony, kolejka przy kasie — czy ci ludzie nie mogli zrobić zakupów wcześniej? Gotowanie przypomina oswajanie wulkanów, bo najpierw nic się nie gotuje godzinami, a ja umieram z głodu, a potem nagle wszystko wybucha, żąda odcedzenia, odsączenia i przewrócenia dokładnie w tym samym momencie. „Głos Pana nad wodami” myślę i z trudem powstrzymuję złośliwą myśl. Kolację, będącą ukoronowaniem dnia, spożywam oglądając jakiś kretyński serial, którego akcja toczy się w okół mocno wątpliwych wdzięków Marynii.
Nadchodzi wieczór. Bez większego przekonania biorę Dobrą Księgę by cokolwiek przeczytać, ale jak tylko ją otwieram, mój wzrok ulatuje znad papieru w przestrzeń. Widzę zdjęcia stojące nad kominkiem. Widzę miłość, twarz którą uwielbiam i którą kocham, rodzinę, przyjaciół. I nagle przypomina mi się email, który otrzymałem, rozmowa telefoniczna z przyjaciółką w ciągu dnia, mój nowozelandzki chrześniak, którego trzymałem na rękach nie tak dawno. Jak kaskada jesiennych liści sypią się dobre szepty i pomruki tego dnia, wypełniając moje serce i wymazując wszystkie złe wspomnienia. Śmieję się sam do siebie i spogładam na ostatni wers: „Pan da siłę swojemu ludowi, Pan pobłogosławi lud swój pokojem!” Nagle słyszę grzmot głosu Pana, który przecież On mi szeptał przez cały dzień. Jego głos wstrząsnął jak burza pustynią mojego dnia. Teraz widzę wszystko we właściwej perspektywie i to co przejściowe przemija.
Zakładam piżamę i gaszę światło. Zanim zasnę szepcę do krzyża wiszącego na ścianie dziękczynne „Chwała Ci”. Amen.