Psalm 33 — Psalm o prawych i sprawiedliwych
- 1 marca, 2006
- przeczytasz w 3 minuty
Choć internetowa wyszukiwarka twierdziła, że parafia Mount Hollywood Congregational UCC jest bardzo blisko, nie wziąłem pod uwagę, że to Los Angeles i wszystko jest mniej lub bardziej daleko. W tę niedzielę wypadało święto Martin Luther Kinga Jr., pastora, przywódcy ruchu praw obywatelskich dla kolorowej ludności USA, symbolu tego, co może wiara w obronie prawa i sprawiedliwości.
Często słyszymy o tym, że nasz kontynent czy naród jest „narodem chrześcijańskim”, a my możemy innych czegoś tam nauczyć. Dzisiejszy Psalm wyzwa nas do ostrożności w ferowaniu takich opinii. By być narodem chrześcijańskim, nie wystarczy mieć kraju usianego kościołami, władzy która lubi się fotografować w kościołach, czy też gazet mających w nagłówkach przymiotniki „katolicki” albo „ewangelicki.” Ten Psalm, ściśle związany z następnym mówi, że tylko narody, które się boją Pana, które nie uciskają biednych i ubogich, nie wykorzystują nędzy wdów i sierot, mogą mówić, że Bóg jest ich bogiem. To kolejny fragment „Dobrej Księgi”, który przypomina nam, że Pan bradziej niż o teologiczny puryzm, troszczy się o nasze czyny.
Psalm 33 to niekończące się wezwanie do badania nas samych i naszych społeczeństw: czy jesteśmy miłosierni dla bliźniego? Czy wybaczamy sąsiadom? Czy z radością przyjmujemy obcego w naszej ziemii? Czy nie uciskamy słabych i mniejszości? A gdy już odpowiemy sobie na te pytania to mamy obowiązek spojrzeć poza nasze granice. Jak może jakikolwiek naród nazywać się chrześcijańskim, gdy na świecie są dziesiątki milionów uchodzców? Czy wołamy o sprawiedliwość dla tych, którzy o nią wołać nie mogą? Czy naprawdę czynimy wszystko co w naszej mocy, by zapobiec konfliktom, wojnom i ludobójstwom na świecie? Czy doprawdy nie możemy już nic więcej pomóc ofiarom nędzy, głodu, AIDS i malarii? Jak którykolwiek kontynent może mówić o sobie, że jest chrześcijański, gdy tysiące ludzi na całym świecie gnije w więzieniach z powodu swojej religii, narodowości, poglądów politycznych, płci czy seksualności?
Bycie narodem chrześcijańskim, czy życie na takimż kontynencie wymaga nieustannej czujności. Nie w stosunku wobec innych i tropienia urojonych spisków, ale czujności w stosunku do nas samych. Bóg, który jest nadzieją, wzywa nas byśmy nigdy nie ustawali w zabieraniu głosu w obronie najsłabszych, by nasza wiara nie sprowadzała się do deklaracji albo nagłówków, ale do czynów. Nawet za cenę naszej niewygody osobistej i moralnej, nawet za cenę naszej niepopularności.
Mount Hollywood UCC nie był kościołem „skazanym na sukces”. Wybudowali go kongregacjoniści na początku XX wieku, ale potem nadzeszła I Wojna Światowa, a że wierni nigdy nie byli zbyt zamożni, kościół nie porażał bogactwem wystroju. Podczas II Wojny Światowej parafia, jako jedna z nielicznych publicznie opowiedziała się przeciwko zbiorowemu internowaniu Japończyków w USA, a potem przeciwko zrzuceniu bomby atomowej na japońskie miasta. W latah 80-tcyh XX wieku jako jedna z pierwszych zaagażowała się w walkę z AIDS. Jak wynikało z broszurki parafialnej, dziś walczy o prawa imigrantów i mniejszości seksualnych. W najbliższym sąsiedztwie pomaga w utrzymaniu noclegowni i jadłodajni dla bezdomnych. Jak mi tłumaczył pastor: „Jest zawsze tyle do zrobienia, że nie mamy serca inwestowania w upiększanie budynku.”
W tamtą niedzielę po kazaniu śpiewaliśmy hymn ruchu praw obywatelskich: „We shall overcome”. Byliśmy biali, czarni, latynosi, hetreo i homoseksualiści, młodzi i starzy, pełnosprawni i osoby z problemami psychicznymi, kobiety, mężczyni. Trzymając się za ręce śpiewaliśmy ten wielki hymn ruchu praw człowieka, i nadziei, którą daje wiara:
“Przezwyciężymy (…), będziemy szli razem (…), będziemy wszyscy wolni (…), już się nie boimy (…), nie będziemy sami (…), przezwyciężymy, w głębi mojego serca, naprawdę w to wierzę, że kiedyś przezwyciężymy”.