Reforma Kosciola — spojrzenie stronnicze — polemiki ciąg dalszy
- 5 lutego, 2003
- przeczytasz w 3 minuty
Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem artykuł p. Terlikowskiego pt. “Osądzona Łódź Piotorwa”. Z zainteresowaniem, ale i z rosnącym rozdrażnieniem. Ale od początku. Zgadzam się z autorem, że kościół rzymskokatolicki, podobnie jak każdy inny ma prawo regulować swoje dogmaty, ustrój etc. w taki sposób, w jaki uzna za stosowny. Uważam jednak za nietrafione przykłady porównywania kościoła rzymskokatolickiego „ najdynamiczniej (obok wspólnot zielonoświątkowych) rozwijających się wyznaniem chrześcijańskim” z innymi w domyśle, mniej dynamicznymi protestantami. Dlaczego?
Pełne czy puste kościoły?
W Holandii, gdzie mieszkam, od lat sześćdziesiątych XX wieku systematycznie maleje liczba ewangelików reformowanych, niegdyś stanowiących gros mieszkańców kraju. Dziś trzy największe kościoły reformowane stanowią nieco ponad 22% społeczeństwa, choć pół wieku temu udział ten kształtował się na poziomie 60% populacji.
Wspomniane trzy kościoły należą do „awangardy” liberalnych reformowanych: ordynują kobiety pastorów od lat 20-tych XX wieku, błogosławią związki homoseksualne etc.
Kiedyś w programie „Fronda” byłem świadkiem dość niewybrednych dowcipów na te tematy. Kościołowi reformowanemu wróżono szybkie wymarcie.
Przyjrzyjmy się zatem drugiej stronie medalu. Mamy zatem konserwatywny i „niezmienny” kościół rzymsko-katolicki. Jak się przedstawia jego sytuacja? Otóż wcale niewiele lepiej. W prawie milionowym Amsterdamie na Mszę do katolickiej katedry przychodzi aż…100 osób, w innych kościołach od lat nie ma tłumów, które miejscowi księża definiują jako ponad 50 osób.
Raport diecezji w Roterdamie podał, iż w ciągu ostatnich dziesięciu lat tylko w jej obrębie zamknięto 35 kościołów i wyrejestrowało się z kościoła ponad 100 tysięcy osób. Krzywa wystąpień z kościoła rzymskokatolickiego zaczyna w dość podejrzany sposób przypominać krzywą wystąpień reformowanych sprzed 30 lat.
Jednocześnie od lat 70-tych ogólna liczba powołań kapłańskich, zakonnych (także żeńskich) razem wziętych nie przekracza 10 rocznie – w skali kraju, który liczy ponad 15 milionów mieszkańców.
Zjawisko to nie jest ograniczone tylko do Holandii, ale także do całej „zachodniej” części kościoła z wyjątkiem USA, ale o tym poniżej.
W Anglii pomimo szumnie opisywanych przez polską prasę konwersji anglikanów na katolicyzm, liczba tych ostatnich systematycznie spada, podczas gdy spadek anglikanizmu jest w ostatnich latach minimalny. Znikający wierni Gdy kilka lat temu papież Jan Paweł II odwiedzał Brazylię i kraje Ameryki Południowej, polska prasa opisywała pełne entuzjamu przyjęcie od katolickich mas w tamtym rejonie świata.
Jednak w przeciwieństwie do zachodnich mediów, nawet nie zająknęła się, iż za kilkadziesiąt lat, masy te mogą wyparować. Ameryka Południowa jest bowiem rejonem, gdzie katolicyzm traci rocznie miliony wiernych. W samej Brazylii, największym kraju katolickim na Świecie, liczba protestantów przekroczyła 20 milionów i szacuje się, że jeśli tempo ich przyrostu utrzyma się, za 20 lat Brazylia będzie krajem w większości protestanckim.
Salwador i Gwatemala, gdzie w ciągu ostatnich 30 lat protestantyzm urósł z wielkości promila do ok. 30% mieszkańców, świadczy o tym jak bardzo katolicyzm jest zagrożony przez owe „wspólnoty eklezjalne”, jak to radośnie sklasyfikował protestantów kardynał Ratzinger.
W tym całym dość szarym obrazie jest jeden wyjątek: USA. Tutaj bowiem liczba katolików w ciągu ostatnich 40 lat podwoiła się. A zatem wszystko w porządku? Niezupełnie. Przyrost ten był spowodowany głównie imigracją z Ameryki Łacińskiej. Jednak jak wykazały ostatnie badania, coraz mniej imigrantów po przybyciu pozostaje „na łonie” lecz odchodzi do innych kościołów.
Liberalni anglikanie, prezbiterianie i luteranie, posiadają rosnące w tempie artytmetycznym parafie hiszpańsko i portugalskojęzyczne. I choć rzeczywiście część parafii wspomnianych kościołów przechodzi na katolicyzm lub prawosławie, to ruch w odwrotną stronę jest nie mniejszy: tylko najliberalniejszy Zjednoczony Kościół Chrytusa przyjął w ciągu ostatniego roku ponad kilkanaście parafii rzymsko-katolickich.
I tak można by w nieskończoność… Co zrobić? Nie chodzi o to, by pocieszać się mówiąc, że u innych jest gorzej. Abstrahując od dość wątłych podstaw do takiej argumentacji, nie jest ona zbyt chrześcijańska. Rację ma chyba p. Bruncz piszący, iż powodem pustoszejących kościołów wszytkich wyznań, jest nasz niezrozumiały i archaiczny język, gdy mówimy o religii do ludzi doby internetu. I chodzi tu zarówno o luterańskich Szwedów, gdy mówią o „afirmacji” i „inkluzywności”, jak i niemieckiego kardynała piszącego o „wspólnotach eklezjalnych”.
Przypowieść o belce i źdźble w oku jest ciągle aktualna. Przestańmy je sobie na siłę wyjmować i spójrzmy lepiej krytycznie w lustro.