Opinie

“Mateczka” — prokuratorska opowieść o mariawityzmie


„Matecz­ka” Toma­sza P. Ter­li­kow­skie­go to przy­kład publi­cy­stycz­ne­go roz­two­ru. Głę­bo­ko skry­wa­ne uprze­dze­nia sta­ły się czę­ścią oso­bi­stej kru­cja­ty auto­ra, dekla­ru­ją­ce­go wal­kę o szla­chet­ne spra­wy. „Matecz­ka” to apo­lo­ge­ty­ka ofen­syw­na, ten­den­cyj­ne tut­ti frut­ti zaser­wo­wa­ne jako śledz­two.


Tym­cza­sem jest tyl­ko i aż jaskra­wym przy­kła­dem lite­ra­tu­ry styg­ma­ty­zu­ją­cej mniej­szość reli­gij­ną.

Książ­ka dra Toma­sza P. Ter­li­kow­skie­go (“Matecz­ka. Śledz­two w spra­wie maria­wi­tów”, Wydaw­nic­two Znak 2025) poświę­co­na spra­wie maria­wic­kiej z jed­nej stro­ny obie­cu­je gno­zę na temat maria­wi­tów na pod­sta­wie rze­ko­mo prze­pro­wa­dzo­ne­go „śledz­twa w spra­wie”, a z dru­giej wpi­su­je się w pokaź­ny zbiór tek­stów rzym­sko­ka­to­lic­kiej pro­we­nien­cji, któ­re deza­wu­ują maria­wi­tyzm. Książ­ka nie jest uczci­wą foto­gra­fią maria­wi­ty­zmu, ale fabu­la­ry­zo­wa­ną rekon­struk­cją utrzy­ma­ną w tablo­ido­wym sty­lu. Tekst nie wno­si nic nowe­go do wie­dzy o maria­wi­ty­zmie.

Ter­li­kow­ski nie poprze­sta­je na dyfa­ma­cji maria­wi­ty­zmu, ale idzie znacz­nie dalej. Podej­mu­je pró­bę ide­olo­gicz­nej ani­hi­la­cji maria­wi­ty­zmu jako takie­go, po któ­rym ma pra­wo zostać tyl­ko kra­ter w posta­ci ochro­nek i innych insty­tu­cji maria­wic­kiej dzia­łal­no­ści spo­łecz­nej i ewen­tu­al­nie rzew­no-sen­ty­men­tal­ne opo­wiast­ki o kolo­ro­wej Pol­sce prze­ło­mu XIX i XX wie­ku.

W rze­czy­wi­sto­ści pro­ku­ra­tor­ska nar­ra­cja Ter­li­kow­skie­go, oprócz tego, że nie jest żad­nym śledz­twem, to nie jest też „w spra­wie”, a zde­cy­do­wa­nie „prze­ciw­ko”, a w roli pro­ku­ra­to­ra i sędzie­go, a nawet instan­cji odwo­ław­czej wystę­pu­je sam Ter­li­kow­ski. Ten sam, któ­ry na począt­ku i koń­cu książ­ki dekla­ru­je mło­dzień­czą fascy­na­cję czy zachwyt maria­wi­ty­zmem.

Ter­li­kow­ski mija się z praw­dą, dekla­ru­jąc, że nie jest jego zamia­rem ata­ko­wa­nie maria­wi­tów, gdyż robi dokład­nie to, od cze­go się odże­gnu­je. Podob­nie, nie dotrzy­mu­je sło­wa w zło­żo­nej dekla­ra­cji, że nie jest jego zamia­rem „udo­wad­nia­nie po latach, że w swo­ich oce­nach zało­ży­ciel­ki tego Kościo­ła i jej wspól­no­ty, Waty­kan miał racji albo jej nie miał.” (9, w nawia­sach poda­ję nume­ry stron książ­ki w wer­sji papie­ro­wej — DB)

Autor czy­ni dokład­nie na odwrót – w swo­ich wypo­wie­dziach i for­mu­ło­wa­nych wnio­skach usku­tecz­nia ofen­syw­ną apo­lo­ge­ty­kę, doko­nu­je swo­iste­go aggior­na­men­to anty­ma­ria­wic­kiej pro­pa­gan­dy od epo­ki Piu­sa X począw­szy. Zasad­ni­czo, dzi­wić może pew­ne nie­do­pa­trze­nie ze stro­ny auto­ra, że publi­ka­cji nie zapew­nio­no impri­ma­tur lub przy­naj­mniej nihil obstat któ­re­goś z bisku­pów.

Inten­cje

We Wstę­pieZakoń­cze­niu dr Tomasz Ter­li­kow­ski wyja­śnia, że u źró­deł publi­ka­cji leży chęć uka­za­nia jak „misty­ka (albo rze­ko­ma misty­ka) zosta­ła wyko­rzy­sta­na do uspra­wie­dli­wia­nia per­wer­sji sek­su­al­nych i nad­użyć wobec mało­let­nich.” Jeśli ktoś miał­by już na począt­ku wąt­pli­wo­ści, w jakim kie­run­ku „śledz­two” będzie pro­wa­dzo­ne, to pierw­sze stro­ny książ­ki je jasno roz­wie­wa­ją. Książ­ka ma być roz­ra­chun­kiem ze spe­cy­ficz­ną for­mą reli­gij­ne­go fana­ty­zmu, żąda­ją­ce­go śle­pe­go posłu­szeń­stwa i pro­wa­dzą­ce­go do wyko­śla­wie­nia chrze­ści­jań­skie­go orę­dzia. W tej roli maria­wi­tyzm, a wła­ści­wie – zgod­nie z pod­ty­tu­łem – maria­wi­ci, któ­rzy (ponoć) nie są przed­mio­tem żad­ne­go ata­ku.

Autor zastrze­ga, że kre­ślo­ne nie­bez­pie­czeń­stwa sto­ją nie tyl­ko przed maria­wi­ty­zmem, ale przed każ­dym ruchem reli­gij­nym. To nie­wąt­pli­wie praw­da, tyle że cała nar­ra­cja skro­jo­na jest w książ­ce pod maria­wi­tyzm, wykra­cza poza obiek­tyw­ne śledz­two i jest holi­stycz­no-nihi­li­stycz­nym ude­rze­niem w maria­wi­tyzm jako taki, a co za tym idzie na maria­wit­ki i maria­wi­tów. Z pew­no­ścią książ­ka nie jest bez­po­śred­nim ata­kiem na któ­ry­kol­wiek z Kościo­łów maria­wic­kich w sen­sie deno­mi­na­cyj­nym (Kościół Kato­lic­ki Maria­wi­tów czy Kościół Sta­ro­ka­to­lic­ki Maria­wi­tów), ale jest ata­kiem na Kościół Maria­wi­tów, ten nie­po­dzie­lo­ny, któ­ry – jak wie­rzy chy­ba więk­szość maria­wi­tów – ist­nie­je, po pro­stu żyje, mimo roz­ła­mu przed rów­no 90 laty.

Mam dużą dozę wyro­zu­mia­ło­ści dla opi­nii, suge­ru­ją­cych, że Ter­li­kow­skie­go roz­ra­chu­nek z maria­wi­ty­zmem, jest wła­ści­wie reto­rycz­nym zabie­giem piro­tech­nicz­nym, któ­ry obło­kiem skan­da­lu i sen­sa­cji, ma nie tyle prze­sło­nić i zasło­nić to, cze­go już się nie da prze­mil­czeć (przy­znaj­my to, tak­że dzię­ki Ter­li­kow­skie­mu i wie­lu innym), ale co naj­mniej zre­la­ty­wi­zo­wać. Jak? Obra­zem „strasz­nej here­zji”, któ­ra anty­cy­po­wa­ła nie­szczę­sne pro­ble­my, któ­ry­mi żyje dziś Kościół rzym­sko­ka­to­lic­ki i nie tyl­ko on.

Matecz­ka

Zacznij­my od pozor­nych dro­bia­zgów, któ­re poja­wia­ją się w tytu­le — „Matecz­ka”. Odno­si się on do św. Marii Fran­cisz­ki Kozłow­skiej (od razu wyja­śniam, że uży­wam tytu­łu „św.” czy „bł.” w odnie­sie­niu do Zało­ży­ciel­ki na wła­sną odpo­wie­dzial­ność i na pod­sta­wie wła­sne­go prze­ko­na­nia, wyni­ka­ją­ce­go cho­ciaż­by z ewan­ge­lic­kiej inter­pre­ta­cji tegoż tytu­łu).

Otóż, dr Ter­li­kow­ski wsta­wia tytuł Matecz­ki każ­do­ra­zo­wo w cudzy­sło­wie, co może z jed­nej stro­ny suge­ro­wać kpi­nę albo nie­zro­zu­mie­nie, z cze­go ten tytuł wyni­ka. Być może cho­dzi tyl­ko o nie­groź­ną, apo­lo­ge­tycz­ną małost­ko­wość, bo zakła­dam, że Ter­li­kow­ski wie, iż tytuł uży­wa­ny był nie tyl­ko w prze­strze­ni rzym­sko­ka­to­lic­kiej, ale i ewan­ge­lic­kiej w warian­cie „matecz­ko­wym” lub nie­co zger­ma­ni­zo­wa­nym „mut­ter­licz­ka”. Nie­wska­za­nie tego fak­tu przez auto­ra i upo­rczy­we sto­so­wa­nie cudzy­sło­wu może wywo­łać wśród czy­tel­ni­ków nie­za­zna­jo­mio­nych z mate­rią kpiar­ski wajb. Innym wyja­śnie­niem może być fakt, że autor uznał za swo­je roz­strzy­gnię­cie Świę­te­go Ofi­cjum, że Maria Fran­cisz­ka nie była już prze­ło­żo­ną zgro­ma­dze­nia hono­rac­kie­go, a tyl­ko panią Feli­cją Kozłow­ską.

To by potwier­dza­ło rzym­ską orto­dok­sję Ter­li­kow­skie­go, któ­ry oczy­wi­ście wspo­mi­na Fau­sty­nę Kowal­ską z tytu­łem „św.”, choć z dru­giej stro­ny rzym­sko­ka­to­lic­cy uczest­ni­cy zakoń­czo­ne­go „dia­lo­gu” maria­wic­ko-rzym­sko­ka­to­lic­kie­go uży­wa­li w sto­sun­ku do Matecz­ki tytu­łu Mat­ka i to bez cudzy­sło­wu czy więk­szych zastrze­żeń.

Obja­wie­nia, oce­ny i pod­tek­sty

Autor pod­kre­śla w paru miej­scach, że jego książ­ka jest tyl­ko „pró­bą zro­zu­mie­nia” tak, jak­by był otwar­ty na pozna­nie i odkry­cie cze­goś nowe­go. Jed­no­cze­śnie, para­fra­zu­jąc nie­zna­ne­go auto­ra Listu do Hebraj­czy­ków, wie­lo­krot­nie i na róż­ne spo­so­by sta­ra się prze­ko­nać, jako­by nie chciał roz­strzy­gać, czy Obja­wie­nia były rze­ko­me czy praw­dzi­we. Co wię­cej, zapew­nia, że „to nie jest i nie ma być książ­ka tyl­ko o pew­nym wyzna­niu i jego histo­rii, wbrew temu, co się może wyda­wać.” (9) Jak już zosta­ło powie­dzia­ne, Ter­li­kow­ski kon­cer­to­wo nie dotrzy­mu­je sło­wa i „Matecz­ka” wła­śnie tym jest.

Co praw­da, nie jest to publi­ka­cja nauko­wa, ani też śledz­two dzien­ni­kar­skie­go. Tekst jest arbi­tral­ną opo­wiast­ką, w któ­rej role są od począt­ku roz­pi­sa­ne, a wyrok wyda­ny.

Ter­li­kow­ski decy­du­je – w koń­cu to jego książ­ka i wła­ści­wie ma do tego pra­wo – kie­dy wypo­wie­dzi waż­nych posta­ci maria­wi­ty­zmu mają pod­tekst sek­su­al­ny, a kie­dy nie. Przy­kła­dem jest cho­ciaż­by zamiesz­czo­na na począt­ku rela­cja ze spo­tka­nia Matecz­ki z o. M. Andrze­jem Gołę­biow­skim, póź­niej­szym bisku­pem maria­wic­kim. Komen­tu­jąc eks­ta­tycz­ne wspo­mnie­nie o. M. Andrze­ja, Ter­li­kow­ski pod­su­mo­wu­je: „I nie, to nie mia­ło – przy­naj­mniej wte­dy – żad­ne­go pod­tek­stu sek­su­al­ne­go. Jej cha­ry­zma oddzia­ły­wa­ła bowiem dokład­nie tak samo, nie­za­leż­nie od jej wie­ku, na kobie­ty i męż­czyzn.” (14)

Podob­nie z oce­ną roli abpa M. Micha­ła i maria­wi­ty­zmu, gdy Ter­li­kow­ski orze­ka, że „dzie­ło jego legło już w gru­zach” (16) albo gdy obwiesz­cza, że „Dzie­ło Wiel­kie­go Miło­sier­dzia zmie­rza­ło ku roz­pa­do­wi” (346), nie wyja­śnia­jąc jak rozu­mie Dzie­ło i w któ­rym momen­cie ten roz­pad miał­by nastą­pić.

Jed­nym z naj­więk­szych pro­ble­mów w nar­ra­cji Ter­li­kow­skie­go jest to, że naj­wy­raź­niej ma pro­blem ze zro­zu­mie­niem zna­cze­nia Obja­wień Zało­ży­ciel­ki dla samych maria­wi­tów, ich hory­zon­tu her­me­neu­tycz­ne­go, a zatem, czym tak wła­ści­wie maria­wi­tyzm jest. Zro­zu­mie­nie tego, nie musi prze­cież ozna­czać, że Ter­li­kow­ski miał­by przy­jąć maria­wi­tyzm, choć nadziei nie wol­no porzu­cać, ale powin­no ozna­czać wej­ście, wnik­nię­cie, tudzież wnij­ście w prze­strzeń, któ­rą się komen­tu­je czy nawet opi­su­je.

Autor czę­sto żon­glu­je poję­cia­mi misty­ki i pseu­do­mi­sty­ki, nie wyja­śnia­jąc, jak on ją rozu­mie i czym wła­ści­wie była teo­lo­gicz­na mistycz­na. Sto­so­wa­na nie­ostrość pojęć wspie­ra ide­olo­gicz­ne ukie­run­ko­wa­nie, a momen­ta­mi zacie­trze­wie­nie auto­ra.

Ter­li­kow­ski nie umiej­sca­wia M. Fran­cisz­ki w jakiej­kol­wiek tra­dy­cji mistycz­nej, ale za to chęt­nie suge­ru­je nie­wia­ry­god­ność Obja­wień. Bez wzglę­du na to, czy ktoś wie­rzy w pry­wat­ne obja­wie­nia czy nie (nawet sami maria­wi­ci nie mają obo­wiąz­ku wie­rzyć w każ­de sło­wo zapi­sa­ne w Dzie­le Wiel­kie­go Miło­sier­dzia, DzWM), bez wzglę­du na to, czy ktoś taką „komu­ni­ka­cję” uzna­je za ano­ma­lię czy eks­tra­or­dy­na­ryj­ny kanał teo­fa­nii, war­to spoj­rzeć, na ile Obja­wie­nia św. Marii Fran­cisz­ki wpi­su­ją się w Tra­dy­cję w szer­szej per­spek­ty­wie i jakie rozu­mie­nie misty­ki nale­ża­ło­by lub moż­na było­by przy­jąć dla bar­dziej pano­ra­micz­ne­go zro­zu­mie­nia isto­ty rze­czy.

Zasad­ne jest twier­dze­nie ewan­ge­lic­kie­go teo­lo­ga i eks­per­ta teo­lo­gii mistycz­nej prof. Vol­ke­ra Lep­pi­na, że „misty­ka prze­kra­cza w swo­jej bez­po­śred­nio­ści zwy­kłe for­my poboż­no­ści, gdy indy­wi­du­um doświad­cza wyjąt­ko­wej bli­sko­ści Boga. To wyja­śnia, dla­cze­go wciąż docho­dzi­ło do kon­flik­tów z przed­sta­wi­cie­la­mi misty­ki, cho­ciaż to myśle­nie nie chce wyra­zić wię­cej niż podwój­ną przy­na­leż­ność chrze­ści­jań­skiej egzy­sten­cji (…) Duch umoż­li­wia czło­wie­ko­wi wyj­ście poza sie­bie, myśle­nie, rozu­mo­wa­nie i wyobra­ża­nie sobie. Cho­dzi o zatem o spo­sób bycia, któ­ry zasad­ni­czo może ist­nieć tak­że tam, gdzie dokład­ne odnie­sie­nie do Boga albo reli­gij­nych feno­me­nów nie jest ani zamie­rzo­ne, ani też zasy­gna­li­zo­wa­ne, a wyróż­nia się przede wszyst­kim przez kon­trast wobec tego, co mate­rial­ne.” [przyp. 1]

Pozo­sta­jąc przy obja­śnie­niach war­to jesz­cze zwró­cić uwa­gę, że kla­sycz­ny­mi cecha­mi misty­ki jest nie tyl­ko wewnętrz­ne doświad­cze­nie czy zewnętrz­ne pochwy­ce­nie, ale że misty­ka jest wyda­rze­niem pro­ce­su­al­nym, któ­re­mu – na co zwra­ca uwa­gę teo­log – towa­rzy­szy oczysz­cze­nie (pur­ga­tio), oświe­ce­nie (illu­mi­na­tio) aż do doświad­cze­nia zjed­no­cze­nia (unio). Te wszyst­kie aspek­ty widocz­ne są w prze­ży­ciu mistycz­nym M. Fran­cisz­ki wg jej wła­snej rela­cji, prze­ży­ciu, któ­re w per­spek­ty­wie histo­rycz­nej roz­cią­gnię­te jest na lata, a w ekle­zjo­twór­czej, a więc teo­lo­gicz­no-sys­te­ma­tycz­nej, trwa nadal, przy­naj­mniej w maria­wic­kiej myśli teo­lo­gicz­nej i życiu Kościo­ła/-łów. Oczy­wi­ście, nie wszyst­kie wizje są mistycz­ne, ale tyl­ko te, któ­re odno­szą się do doświad­cze­nia bli­sko­ści Boga, ale też – jak w przy­pad­ku M. Fran­cisz­ki – total­ne­go odda­le­nia (śmierć mistycz­na). Powyż­sze reflek­sje war­to zesta­wić ze stu­dium Obja­wień i pism asce­tycz­no-reli­gij­nych w pra­cy nauko­wej s. M. Rafa­eli Woiń­skiej, któ­ra ana­li­zu­je rodzaj obja­wień i mistycz­nych prze­żyć z per­spek­ty­wy maria­wic­kiej [przyp. 2].

W książ­ce Ter­li­kow­skie­go misty­ka w maria­wic­kich ramach pole­ga kry­ty­ce total­nej, jawi się jako plat­for­ma nad­użyć, per­wer­sji, mega­lo­ma­nii, uro­jeń i wiel­kie­go zwie­dze­nia.

Powra­ca­jąc jed­nak do kwe­stii fun­da­men­tal­nej, a więc Obja­wień.

Ter­li­kow­ski z dobro­dziej­stwem inwen­ta­rza przej­mu­je rzym­sko­ka­to­lic­ką inter­pre­ta­cję Obja­wień Zało­ży­ciel­ki nie zada­jąc sobie tru­du wery­fi­ka­cyj­ne­go czy jego tezy pokry­wa­ją się ze samo­zro­zu­mie­niem Kościo­łów maria­wic­kich. Mówiąc pro­sto: nie­waż­ne, w co maria­wi­ci wie­rzą, waż­ne, co inni uwa­ża­ją, że maria­wi­ci wie­rzą. To typo­wa posta­wa oce­nia­ją­ca, sto­so­wa­na „eku­me­nicz­nie”, szcze­gól­nie chęt­nie przez człon­ków Kościo­łów, rosz­czą­cych sobie sta­tus pre­mium plus w Bożym porząd­ku zba­wie­nia.

Jeden ze swo­ich wywo­dów o Obja­wie­niach, Ter­li­kow­ski roz­po­czy­na od nie­zbyt czy­tel­nej reflek­sji o „prze­su­nię­ciach zna­cze­nio­wych i migru­ją­cych sło­wach”, odno­sząc się do feno­me­no­lo­gii obja­wień, co pro­wa­dzi go – do odkryw­cze­go wnio­sku – że „mimo tre­ścio­wej jed­no­li­to­ści są one płyn­ne i [jak] łatwo mogą się ‘roz­wi­jać’.” (62–63) To spo­strze­że­nie jest jed­nak pre­lu­dium do poważ­ne­go zarzu­tu sko­pio­wa­ne­go z książ­ki ks. dr. Woj­cie­cha Róży­ka [przyp. 3], któ­re­mu Ter­li­kow­ski ate­stu­je „życz­li­wość wobec wizjo­ner­ki”.

Za ks. Róży­kiem dr Ter­li­kow­ski sta­wia tezę, że Dzie­ło Wiel­kie­go Miło­sier­dzia „nie zawie­ra jakie­go­kol­wiek okre­śle­nia miło­sier­dzia”. Ter­li­kow­ski recy­tu­je opi­nie rzym­sko­ka­to­lic­kie­go teo­lo­ga i czy­ni ją wła­sną, suge­ru­jąc, że miło­sier­dzie w maria­wi­ty­zmie to zasad­ni­czo opo­wieść z mchu i papro­ci o groź­nym, suro­wym Bogu, któ­ry kar­ci i sma­ga, nie zna Miło­ści, ale obru­szo­ny jest jeno powszech­nym zepsu­ciem świa­ta. Przy­ta­cza­jąc wypo­wie­dzi księ­dza, Ter­li­kow­ski z wła­ści­wym sobie obiek­ty­wi­zmem pro­wa­dzą­ce­go pro­ces, prze­pra­szam, śledz­two w spra­wie maria­wi­tów, kon­sta­tu­je: „I jeśli ktoś się spo­dzie­wa, że w póź­niej­szych obja­wie­niach cokol­wiek się zmie­ni­ło to – uprze­dza­jąc roz­wój wypad­ków – spie­szę donieść, iż tak nie jest.” (64)

Sęk w tym, że Obja­wie­nia Dzie­ła Wiel­kie­go Miło­sier­dzia w edy­cji z 1922 rou skła­da­ją się z kil­ku, a kon­kret­nie sze­ściu ksiąg, któ­re otwie­ra Począ­tek zawiąz­ku zgro­ma­dze­nia kapła­nów, a zamy­ka tzw. Pier­wot­ny tekst obja­wień Matecz­ki. Pomię­dzy są Wyjąt­ki z póź­niej­szych obja­wień z lat 1899–1900, Notat­ki reko­lek­cyj­ne, Notat­ki z Roku Jubi­le­uszo­we­go 1918. Oprócz wymie­nio­nych tek­stów, skła­da­ją­cych się na DzWM, są i inne, w któ­rych Zało­ży­ciel­ka lub teo­lo­dzy ruchu wcze­sno­ma­ria­wic­kie­go podej­mu­ją tema­ty zwią­za­ne z toż­sa­mo­ścią maria­wi­ty­zmu, w tym i miło­sier­dziem. To ono sta­no­wi punkt cięż­ko­ści maria­wi­ty­zmu, mówiąc po ewan­ge­lic­ku, jest arty­ku­łem, przy któ­rym stoi lub upa­da Kościół.

Dr Ter­li­kow­ski podą­ża­jąc wier­nie za kon­fe­syj­ną linią ex cathe­dra ogła­sza, że w DzWM nie jest zawar­ta pogłę­bio­na reflek­sja nad miło­sier­dziem, a jedy­nie dys­cy­pli­nu­ją­co-apo­ka­lip­tycz­ne tre­ści. Negu­je tym samym fun­da­ment maria­wic­kiej toż­sa­mo­ści. Jest nią kult eucha­ry­stycz­ny, a kon­kret­nie Chry­stus Uta­jo­ny i ado­ro­wa­ny w Prze­naj­święt­szym Sakra­men­cie. Kult miło­sier­dzia Boże­go reali­zu­je się i wypeł­nia w eucha­ry­stycz­nym wyda­rze­niu, któ­re wykra­cza poza litur­gicz­ną cele­bra­cję. To Eucha­ry­stia sta­no­wi oś, punkt odnie­sie­nia, źró­dło i cel maria­wic­kiej reflek­sji, tak­że w tek­ście Obja­wień. To Sakra­ment Ołta­rza defi­niu­je maria­wi­tyzm w war­stwie teo­lo­gicz­nej, litur­gicz­nej i innych for­mach kul­tu Boże­go.

Co wię­cej eucha­ry­stycz­ne uję­cie Miło­sier­dzia jest źró­dłem i moto­rem oświa­to­wej i dobro­czyn­nej dzia­łal­no­ści maria­wi­tów. Stąd też Obja­wie­nia Dzie­ła Wiel­kie­go Miło­sier­dzia nie są obja­wie­nia­mi „o” czy „na temat”, ale rze­czy­wi­ście Dzie­łem, któ­re jest powo­ła­niem i zada­niem do zre­ali­zo­wa­nia. Stąd prak­tycz­ny wymiar miło­sier­dzia, wykra­cza­ją­cy poza kult i biblij­ny obraz miło­sier­ne­go Ojca. Owszem, w lite­ra­tu­rze i usu­sie maria­wic­kim moż­na się spo­tkać z ter­mi­nem Obja­wie­nia Miło­sier­dzia Boże­go (lub o Miło­sier­dziu), ale jest to jedy­nie skrót seman­tycz­ny, zakła­da­ją­cy całem pro­prium maria­wic­kiej eucha­ry­sto­lo­gii.

Pisze o tym bp M. Daniel Mames w obszer­nej mono­gra­fii Eucha­ry­stia Kościo­ła Sta­ro­ka­to­lic­kie­go Maria­wi­tów, uwy­dat­nia­jąc, że kult Miło­sier­dzia Boże­go jako­ścio­wo róż­ni się od tego pro­pa­go­wa­ne­go czy to w Koście­le rzym­sko­ka­to­lic­kim czy Koście­le Pol­sko­ka­to­lic­kim. [przyp. 4] Eucha­ry­stycz­ność miło­sier­dzia Boże­go w uję­ciu M. Fran­cisz­ki i całej teo­lo­gii maria­wic­kiej, tak­że w prak­ty­ce sakra­men­tal­no-litur­gicz­nej (np. bło­go­sła­wień­stwo związ­ków mał­żeń­skich mocą Prze­naj­święt­sze­go Sakra­men­tu), nie jest kom­po­nen­tem, ale kon­sty­tu­tyw­ną tre­ścią i jed­no­cze­śnie nośni­kiem miło­sier­dzia. Naj­ogól­niej rzecz ujmu­jąc: eucha­ry­stycz­ne miło­sier­dzie to wła­śnie maria­wi­tyzm. Wizu­ali­za­cją tegoż jest habit maria­wic­ki, któ­re­go ele­men­tem jest Ser­ce Jezu­sa wpi­sa­ne w mon­stran­cję. A to wszyst­ko z kolei wpi­su­je się w kult eucha­ry­stycz­ne­go Ser­ca Jezu­sa tak roz­po­wszech­nia­ny w XVIII-XIX wie­ku.

Powtó­rzę: żaden chrze­ści­ja­nin nie ma obo­wiąz­ku przy­ję­cia lub odrzu­ce­nia tre­ści ze sko­dy­fi­ko­wa­ne­go DzWM. Uczci­wość inte­lek­tu­al­na wyma­ga jed­na­ko­woż, aby uwzględ­nić przede wszyst­kim spo­sób, w jaki maria­wi­ci sami rozu­mie­ją swo­je posłan­nic­two, a nie ogra­ni­czać się do kon­fron­ta­cyj­no-oce­nia­ją­cej lek­tu­ry tek­stu Obja­wień, pomi­ja­jąc zupeł­nie zasa­dę lex oran­di, lex cre­den­di wraz z jej aspek­ta­mi prak­tycz­ny­mi.

Mówi też o tym św. M. Fran­cisz­ka w świa­dec­twie pasto­ra Artu­ra Rho­de, któ­ry Zało­ży­ciel­kę kon­se­kwent­nie nazy­wa Pro­ro­ki­nią i zada­je jej pyta­nie, czy Matecz­ka przy­zna­je ewan­ge­li­kom pra­wo do bez­po­śred­niej modli­twy do Chry­stu­sa. Zało­ży­ciel­ka odpo­wia­da: „Jeże­li doświad­czy­li­ście, że w ten spo­sób tra­fia­cie do Ojca, i że Chry­stus wasze modły wysłu­chu­je — to muszę prze­cież wie­rzyć, że ta dro­ga jest dobrą. Niech Bóg pro­wa­dzi was po niej do zba­wie­nia, co się zaś tyczy mnie, moich bra­ci i moich sióstr, to my mamy swo­ją dro­gę zba­wie­nia, a pośred­nic­two Naj­święt­szej Dzie­wi­cy, do któ­re­go się ucie­ka­my, ma przede wszyst­kim zna­cze­nie usu­nię­cia nie­po­wo­ła­nych pośred­ni­ków (rzym­skich świę­tych), żeby naj­bliż­szą dro­gą tra­fić do Chry­stu­sa. Wie­my z doświad­cze­nia, że modli­twa do Maryi bar­dzo nam poma­ga i dla­te­go ją prak­ty­ku­je­my, nie narzu­ca­jąc tego niko­mu.” [przyp. 5]

Ten cytat jest kla­sycz­nym przy­kła­dem her­me­neu­ty­ki zro­zu­mie­nia zróż­ni­co­wa­ne­go kon­sen­su­su, w któ­rym dwie odmien­ne posta­wy nie muszą ozna­czać kon­flik­tu i się wyklu­czać. Wyma­ga to jed­nak rze­czy­wi­ste­go pozna­nia sta­no­wisk i goto­wo­ści do zro­zu­mie­nia.

Psy­cho­ma­ni­pu­la­cja i sek­ciar­stwo

Jed­nym z wiel­kich man­ka­men­tów książ­ki Ter­li­kow­skie­go jest to, że autor powo­łu­je się na inter­pre­ta­cję inter­pre­ta­cji, wyta­pia szkieł­ko w szkieł­ku, kocio­łek w kocioł­ku, mie­sza­jąc ener­gicz­nie aż wyle­je się kle­ista maź. Autor wie­lo­krot­nie wystę­pu­je w roli arbi­tra spraw małych i dużych, w tym i wia­ry­god­no­ści Matecz­ki (99) oraz we frag­men­tach, odno­szą­cych się do jej ducho­wo­ści i prze­wod­nic­twa ducho­we­go.

Szcze­gól­nie zna­mien­ne są enun­cja­cje auto­ra na temat dzia­łal­no­ści Matecz­ki w kon­tek­ście pro­pa­go­wa­nia DzWM.

Otóż Ter­li­kow­ski stwier­dza, że „uważ­na ana­li­za” pierw­szych lat zgro­ma­dze­nia maria­wic­kie­go upraw­nia do tezy, że „część ze sto­so­wa­nych przez Marię Fran­cisz­kę Kozłow­ską metod dzia­ła­nia, pozy­ski­wa­nia, kie­ro­wa­nia dusza­mi pod­le­głych sobie kapła­nów moż­na by dziś okre­ślić prze­mo­cą ducho­wą, a być może nawet pew­ną for­mą – praw­do­po­dob­nie nie­świa­do­mej, ale jed­nak – psy­cho­ma­ni­pu­la­cji.” (104 n.)

Być może maria­wi­ci powin­ni nawet wyra­zić wdzięcz­ność auto­ro­wi, że mimo wszyst­ko dopusz­cza poten­cjal­ną nie­świa­do­mość Zało­ży­ciel­ki przy wywie­ra­niu poten­cjal­nej prze­mo­cy psy­chicz­nej. Szcze­gól­nie inte­re­su­ją­ce jest uza­sad­nie­nie, jakie pro­po­nu­je Ter­li­kow­ski: każ­dy przyj­mo­wa­ny i zachę­ca­ny do wstą­pie­nia do zgro­ma­dze­nia ksiądz dowia­dy­wał się, że został przez same­go Jezu­sa wska­za­ny do Dzie­ła, a ponad­to zyski­wał nowy cha­ry­zmat, nowy cel życia, a wszyst­ko potwier­dza­ły obrzę­dy przy­stą­pie­nia. A to wszyst­ko, wraz z nowym imie­niem, two­rzy­ło nową toż­sa­mość. Oce­na Ter­li­kow­skie­go bez więk­szych trud­no­ści jest apli­ko­wal­na do prak­ty­ki sakra­men­tal­nej w wie­lu Kościo­łach chrze­ści­jań­skich, w tym przede wszyst­kim do chrztu zarów­no dzie­ci, jak i doro­słych. Zresz­tą, tak też bywa to oce­nia­ne przez czyn­ni­ki kry­tycz­ne wobec zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­nej reli­gii, któ­re w chrzcie nie­mow­ląt, kate­chi­za­cji czy spo­wia­da­niu nie­let­nich i doro­słych widzą nie­upraw­nio­ną prze­moc ducho­wą i psy­chicz­ną.

Jed­nak Ter­li­kow­ski idzie znacz­nie dalej i dla popar­cia swo­jej wizji przy­ta­cza wypo­wie­dzi ame­ry­kań­skie­go psy­cho­lo­ga Ste­phe­na Has­sa­na, zaj­mu­ją­ce­go się bada­niem nowych ruchów reli­gij­nych. Książ­ka eks­per­ta „Psy­cho­ma­ni­pu­la­cja w sek­tach” nawi­gu­je sko­ja­rze­nia czy­tel­ni­ków ku zro­zu­mie­niu, że – uwa­ga – mają do czy­nie­nia z sek­tą, a jeśli ktoś ma wąt­pli­wo­ści, na czym ta sek­ciar­skość ma pole­gać to się dowie, że cho­dzi o nowy sys­tem prze­ko­nań, któ­ry dostar­cza wła­ści­wych i uni­wer­sal­nych wzor­ców myśle­nia, odczu­wa­nia i dzia­ła­nia: „Dok­try­na nie ma sła­bych punk­tów. Jest prze­cież praw­dą – jedy­na i osta­tecz­ną, nie­do­sko­na­li są nato­miast wcie­la­ją­cy ją w życie ludzie. Nawet jeśli narzu­co­ne regu­ły są dla nich nie­zro­zu­mia­łe, muszą ich prze­strze­gać.”

Na miej­scu Ter­li­kow­skie­go był­bym nie­zwy­kle ostroż­ny z przy­ta­cza­niem podob­nych stwier­dzeń, szcze­gól­nie jeśli jest się człon­kiem wyzna­nia, któ­re książ­ko­wo speł­nia wszyst­kie powyż­sze warun­ki sek­ty. Co do joty.

W ogó­le Ter­li­kow­ski z akro­ba­tycz­ną swo­bo­dą nie­zna­ją­cą zasad gra­wi­ta­cji balan­su­je mię­dzy domnie­ma­niem, tezą a pół­fak­ta­mi. Słu­żą temu powta­rza­ją­ce się zabie­gi sty­li­stycz­ne, mają­ce pod pozo­ra­mi ostroż­no­ści zasiać ziar­no nie­pew­no­ści lub roze­dr­ga­nia. W roli głów­nej wystę­pu­je powta­rzal­ność pytań reto­rycz­nych.

I tak, gdy dr Ter­li­kow­ski odno­si się do wąt­ku nie­czy­sto­ści kapła­nów w kore­spon­den­cji M. Fran­cisz­ki z Pierw­szym Maria­wi­tą o. Feli­cja­nem M. Fran­cisz­kiem Stru­mił­łą, zaga­ja: „kto wie, czy owo prze­ko­na­nie o nie­czy­sto­ści kapła­nów nie mia­ło tak­że innych przy­czyn.”

Przy­wo­łu­je następ­nie wypo­wiedź maria­wic­kie­go teo­lo­ga br. kapła­na prof. Kon­ra­da M. Paw­ła Rud­nic­kie­go, któ­ry pre­zen­tu­je zaist­nia­łą sytu­ację w kate­go­riach pla­to­nicz­nych, nie wyklu­cza­jąc, że Matecz­ka mogła odczuć sytu­ację „nie tyl­ko jako poku­sę, ale jako upa­dek”. Ter­li­kow­ski pod­su­mo­wu­je: „Czy to akcep­to­wal­na inter­pre­ta­cja? Tak, ale jeśli wziąć pod uwa­gę dal­sze życie Marii Fran­cisz­ki wca­le nie jedy­nie moż­li­wa.” (38). Albo, gdy wyraź­nie stwier­dza, że „ist­nie­ją rów­nież wyraź­ne poszla­ki, że już wte­dy Maria Fran­cisz­ka Kozłow­ska mogła nie być jedy­ną part­ner­ką sek­su­al­ną bisku­pa Kowal­skie­go.” (263)

Poszla­ki, domnie­ma­nia, mogła, nie mogła, była, nie była i tak w kół­ko. Tryb warun­ko­wy jako nowa ewi­den­cja auten­tycz­no­ści.

A naj­do­bit­niej­szym przy­zna­niem się do dowol­no­ści jest – zaska­ku­ją­co uczci­we – uka­za­nie przez Ter­li­kow­skie­go poże­gna­nia umie­ra­ją­cej M. Fran­cisz­ki z bp. M. Micha­łem, gdy ta zwra­ca się do nie­go zdrob­nia­le per „Michaś”. Ter­li­kow­ski komen­tu­je: „Tu już trze­ba zawie­sić jakie­kol­wiek suge­stie, moż­na z całą pew­no­ścią powie­dzieć, że było to pięk­ne poże­gna­nie ludzi sobie bar­dzo bli­skich.” (281) Czy­li tak: wcze­śniej i w wie­lu miej­scach póź­niej suge­stie jak naj­bar­dziej tak i w każ­dej ilo­ści bez umia­ru, ale teraz na chwi­lę już nie. To dobrze, że w obli­czu maje­sta­tu śmier­ci autor „Matecz­ki” zdo­był się na powścią­gli­wość wobec Matecz­ki.

Nie­od­łącz­nym sojusz­ni­kiem Ter­li­kow­skie­go jest pra­ca lite­rac­ka Jerze­go Petr­kie­wi­cza Trze­ci Adam. Obszer­ne frag­men­ty książ­ki autor wpla­ta w swój tekst, a pol­sko-angiel­skie­go lite­ra­ta pozy­cjo­nu­je w roli auten­tycz­ne­go świad­ka histo­rii czy nota­riu­sza swo­ich teo­rii. O tym, jaką funk­cję peł­ni Trze­ci Adam w lite­ra­tu­rze oko­ło­ma­ria­wic­kiej pisa­łem obszer­nie, stąd zain­te­re­so­wa­nych odsy­łam do tego tek­stu i do recen­zji nauko­wej bp. Toma­sza M. Danie­la Mame­sa opu­bli­ko­wa­nej przez Uni­wer­sy­tet Opol­ski.

Przy oka­zji nale­ży nad­mie­nić, że w swo­jej „pra­cy z źró­dła­mi” Ter­li­kow­ski wpro­wa­dza czy­ta­ją­cych w błąd, stwier­dza­jąc, że miej­sce publi­ka­cji wypo­wie­dzi M. Paw­ła to „Pra­ca nad sobą”, ofi­cjal­ny perio­dyk Sta­ro­ka­to­lic­kie­go Kościo­ła Maria­wi­tów. Pro­blem w tym, że Ter­li­kow­ski nie tyl­ko nie­po­praw­nie przy­ta­cza nazwę Kościo­ła, ale i stwier­dza nie­praw­dę, mówiąc, że „Pra­ca nad sobą” była ofi­cjal­nym perio­dy­kiem Kościo­ła. Nie była. Pismo, a wła­ści­wie ape­rio­dyk był pry­wat­ną ini­cja­ty­wą kapła­na M. Paw­ła, do któ­rej scep­tycz­nie pod­cho­dzi­ły wła­dze oby­dwu Kościo­łów maria­wic­kich. Inna spra­wa, że pismo wyda­wa­ne domo­wym sump­tem, było bez­cen­ną wymia­ną myśli maria­wi­tów róż­nych pro­we­nien­cji, chrze­ści­jan innych wyznań, w tym rzym­skich kato­li­ków, i osób nie­wie­rzą­cych. To pisem­ko było też publi­cy­stycz­ną plat­for­mą nie­ist­nie­ją­ce­go już od daw­na eku­me­nicz­ne­go Zgro­ma­dze­nia Maria­wi­tów. Jeśli Ter­li­kow­ski wpro­wa­dza w błąd co do sta­tu­su tego źró­dła to powsta­je uza­sad­nio­na wąt­pli­wość co do warsz­ta­tu posłu­gi­wa­nia się pozo­sta­ły­mi.

Kon­ty­nu­ując wątek narzę­dzi sty­li­stycz­nych, Ter­li­kow­ski czę­sto posłu­gu­je się zwro­ta­mi i zda­nia­mi, zgrab­nie łączą­cy­mi insy­nu­acje i ten­den­cyj­ny ogląd przed­mio­tu. Tak jest cho­ciaż­by wte­dy, gdy mówi o ducho­wym zjed­no­cze­niu Matecz­ki z bisku­pa­mi-fila­ra­mi, doda­jąc: „Trud­no nie odnieść wra­że­nia, szcze­gól­nie jeśli zna się dal­szą histo­rię maria­wi­ty­zmu, że za mistycz­ny­mi obra­za­mi kry­ło się coś nie­zmier­nie przy­ziem­ne­go” (115) albo gdy mię­dzy obszer­niej­sze cyta­ty z DzWM wsta­wia dopo­wie­dze­nie, któ­re dys­cy­pli­nu­je czy­tel­ni­ka, że nawet jeśli nie pomy­ślał o aspek­cie zmy­sło­wo-sek­su­al­nym to nale­ży to nad­ro­bić („I zaraz potem, rozu­mie­jąc chy­ba, że trud­no uciec od bar­dzo jed­no­znacz­nej inter­pre­ta­cji tych słów, duchow­ny doda­je…”, por. 126). Tutaj cho­dzi o sło­wa z Obja­wień skie­ro­wa­ne do Matecz­ki: „Mnie daj duszę swo­ją, a Micha­ło­wi cia­ło.”

Na nie­ko­rzyść

Cechą cha­rak­te­ry­stycz­ną publi­ka­cji Ter­li­kow­skie­go jest też to, że przy­ta­cza­ne źró­dła rzym­sko­ka­to­lic­kie są w róż­nym stę­że­niu nega­tyw­nie usto­sun­ko­wa­ne do maria­wi­ty­zmu. Nato­miast przy­ta­cza­ne źró­dła maria­wic­kie inter­pre­to­wa­ne są na nie­ko­rzyść „oskar­żo­nej”, „oskar­żo­ne­go” i „oskar­żo­nych” lub przy­naj­mniej przed­sta­wia­na jest inter­pre­ta­cja dwo­ista, pozo­sta­wia­ją­ca wąt­pli­wo­ści, a te – jak wia­do­mo – dzia­ła­ją na nie­ko­rzyść maria­wi­tów.

Kolej­nym przy­kła­dem jest oce­na Obja­wień Matecz­ki (po raz kolej­ny przy­po­mi­nam, że autor odże­gny­wał się od roz­są­dza­nia o ich praw­dzi­wo­ści lub nie) już po wyklę­ciu maria­wi­tów (1906 r.), gdy nastę­pu­je typo­wy dla nowych ruchów reli­gij­nych kri­sis, a więc moment pod­ję­cia decy­zji kie­run­ko­wej. Wów­czas M. Fran­cisz­ka odda­je w ręce M. Micha­ła dal­szą sekwen­cję zda­rzeń: pod­dać się Rzy­mo­wi czy być posłusz­nym Dzie­łu. Ojciec M. Michał mówi o bada­niu duszy i roz­po­zna­niu Woli Bożej, ele­ment cha­rak­te­ry­stycz­ny w teo­lo­gii maria­wic­kiej (wypeł­nie­nie Woli Bożej „w nas, przez nas i nad nami”), a Ter­li­kow­ski oce­nia posta­wę Matecz­ki nastę­pu­ją­co: „Jej dzia­ła­nia mogły nie wyni­kać wca­le z posłu­szeń­stwa obja­wie­niom, tyl­ko być pró­bą testo­wa­nia przy­wią­za­nia i miło­ści księ­dza Jana Marii Micha­ła.” (222)

W jed­nym zda­niu Ter­li­kow­ski spi­na pod­wa­że­nie wia­ry­god­no­ści już nie Obja­wień, ale wia­ry M. Fran­cisz­ki w nie, kon­ty­nu­ując spe­ku­la­cje poza­te­olo­gicz­ne o inten­cjach Zało­ży­ciel­ki i przy­szłe­go bisku­pa. A jeśli ktoś ma wąt­pli­wo­ści, że o to wła­śnie cho­dzi to prze­czy­ta stro­nę dalej opis gestu wier­no­ści M. Micha­ła wobec Matecz­ki: „Co ozna­cza to wyzna­nie? I tu, jak poprzed­nio, odpo­wie­dzi mogą być dwie: reli­gij­na i bar­dziej przy­ziem­na. Ta dru­ga odpo­wiedź narzu­ca się sama: zako­cha­ny męż­czy­zna nie wyobra­ża sobie życia bez kobie­ty, któ­rą darzy miło­ścią…” (223).

Zresz­tą, na dal­szych eta­pach Ter­li­kow­ski mówi o nie­sprzecz­nym współ­ist­nie­niu warian­tu mistycz­ne­go i sek­su­al­ne­go „jeśli sobie uświa­do­mi­my, jak bli­sko są nie­kie­dy ero­ty­ka i misty­ka.”

Nie mniej ten­den­cyj­ne i wyni­ka­ją­ce z nie­zro­zu­mie­nia wła­ści­wo­ści ruchu maria­wic­kie­go i sta­ro­ka­to­lic­kie­go są tezy, doty­czą­ce kon­tak­tów maria­wi­ty­zmu z bisku­pa­mi Unii Utrechc­kiej – ci pierw­si uka­zy­wa­ni są jako cia­ło obce i nie­okrze­sań­cy, a ci dru­dzy jako repre­zen­tan­ci prze­my­śla­nej teo­lo­gii. War­to przy­po­mnieć, że gdy rodzi­ła się Unia Utrechc­ka bisku­pi holen­der­scy z porów­ny­wal­nym scep­ty­cy­zmem, co na maria­wi­tów, patrzy­li na rodzą­cy się w Niem­czech Kościół sta­ro­ka­to­lic­ki, oba­wia­jąc się, iż ten „ze swo­imi refor­ma­mi może pójść za dale­ko.” [przyp. 6] Ten fakt śred­nio pasu­je do nar­ra­cji Ter­li­kow­skie­go.

Uciecz­ki do przo­du

Kolej­ną stra­te­gią kon­stru­owa­nia obra­zu począt­ków ruchu maria­wic­kie­go jest budo­wa­nie wra­że­nia, że Matecz­ka, a po jej śmier­ci już tyl­ko abp M. Michał, pró­bu­ją przy­kryć trud­ne wyda­rze­nia, ini­cju­jąc dal­sze refor­my.

Ter­li­kow­ski odno­to­wu­je nawet “dwie uciecz­ki do przo­du”. O pierw­szej, „mistycz­nej uciecz­ce do przo­du” (264) mówi w odnie­sie­niu do budo­wy Świą­ty­ni (dla maria­wi­tów sank­tu­arium wpi­sa­ne w teo­lo­gię Dzie­ła Wiel­kie­go Miło­sier­dzia), a o dru­giej, gdy opi­su­je czas po pro­ce­sie prze­ciw­ko bp. M. Micha­ło­wi Kowal­skie­mu, stwier­dza­jąc, że tą uciecz­ką był brak żalu, poku­ty i posta­no­wie­nia popra­wy (333).

Oczy­wi­ście, odno­sząc się do same­go pro­ce­su, Ter­li­kow­ski nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści co do słusz­no­ści oskar­że­nia i wyro­ku, nawet jeśli mówi o votum sepa­ra­tum jed­ne­go z sędziów (ewan­ge­li­ka zresz­tą).

Jakimś dziw­nym, oczy­wi­ście zaska­ku­ją­cym tra­fem, Ter­li­kow­ski prze­mil­cza fakt, że część kobiet zezna­ją­cych prze­ciw­ko arcy­bi­sku­po­wi, wyco­fa­ła swo­je zezna­nia, stwier­dza­jąc po pro­stu, że mija­ły się z praw­dą. Ter­li­kow­ski wie­rzy w uczci­wość pro­ce­su i nie podej­rze­wa żad­nych wpły­wów na linii pań­stwo – Kościół, gdy poli­ty­kę wyzna­nio­wą II Rze­czy­po­spo­li­tej za biur­ka­mi urzęd­ni­czy­mi współ­kre­owa­li duchow­ni rzym­sko­ka­to­lic­cy, a ci, jak wia­do­mo, maria­wi­ty­zmo­wi i innym mniej­szo­ściom wyzna­nio­wym eku­me­nicz­nie życzy­li jak naj­le­piej.

Czy­tel­ni­cy wyba­czą, że naj­bar­dziej click­baj­to­wy roz­dział książ­ki (18) o domnie­ma­nych eks­ce­sach sek­su­al­nych bisku­pów maria­wic­kich, w tym abpa M. Micha­ła potrak­tu­je oszczęd­nie. Ter­li­kow­ski nie poda­je wia­ry­god­nych źró­deł potwier­dza­ją­cych, że w klasz­to­rze, w któ­rym w punk­cie kul­mi­na­cyj­nym mogło znaj­do­wać się nawet 700 osób, docho­dzi­ło do przy­pad­ków pedo­fi­lii. Opo­wie­ści z dru­giej czy trze­ciej ręki mają niską lub żad­ną war­tość doku­men­tal­ną, nawet jeśli „poło­wa Pol­ski” eks­cy­tu­je się dziś „rewe­la­cja­mi” o pra­wie do pierw­szej nocy.

Nie ozna­cza to, że zacho­wa­nie abp. M. Micha­ła wte­dy i dziś mogło być i było odbie­ra­ne za nie­wła­ści­we, szcze­gól­nie w sto­sun­ku do zakon­nic. Nie ma sen­su z zacho­wań nie­do­pusz­czal­nych i wąt­pli­wych czy­nić cno­tę. Abp Michał przy całym swo­im geniu­szu był tyl­ko czło­wie­kiem i grzesz­ni­kiem, a jego świę­te męczeń­stwo nicze­go nie niwe­lu­je, ani samo nie jest unie­waż­nio­ne.

Ter­li­kow­ski ope­ru­je domy­sła­mi albo Peter­kie­wi­czem, się­ga po poje­dyn­cze wypo­wie­dzi, z któ­rych budu­je zasad­ni­czą osno­wę książ­ki, że w przy­pad­ku maria­wi­ty­zmu mamy do czy­nie­nia z sek­tą powsta­łą na bazie nie­za­spo­ko­jo­nych ambi­cji, uro­jeń i dys­funk­cjach sek­su­al­nych zało­ży­cie­li. I dokład­nie na tym ogni­sku­je się nar­ra­cja auto­ra. Ter­li­kow­ski stwier­dza, że refor­my abpa Micha­ła, w tym kapłań­stwo kobiet, ogło­sze­nie usta­nia Ofia­ry i mał­żeń­stwa zakon­ne „dopro­wa­dzi­ły do roz­pa­du maria­wi­ty­zmu na dwa zwal­cza­ją­ce się wyzna­nia” (329).

Nale­ży nad­mie­nić, że ani świę­ce­nia kobiet, ani też „mał­żeń­stwa mistycz­ne” nie były powo­dem roz­ła­mu w 1935 roku, gdyż jesz­cze przez dłuż­szy czas po roz­ła­mie Płock świę­cił kobie­ty i nigdy nie ogło­sił nie­waż­no­ści tych świę­ceń. Ter­li­kow­ski sta­wia jed­nak tezę, że zanim do roz­ła­mu doszło „zapła­co­no – jak to w maria­wi­ty­zmie bywa – (pod­kre­śle­nie moje — DB) – meto­da­mi reli­gij­ny­mi żonom arcy­bi­sku­pa i pozo­sta­łych bisku­pów, ofia­ro­wu­jąc im kapłań­stwo za wier­ność i zgo­dę na zacho­wa­nie ich mężów. Styg­ma­ty­zu­ją­ca ety­kiet­ka „jak to w maria­wi­ty­zmie bywa” uzu­peł­nio­na o prze­ko­na­nie, iż świę­ce­nia bisku­pie kobiet to efekt matry­mo­nial­ne­go han­dlu, a więc symo­nii, mówi wie­le lub pra­wie wszyst­ko o inten­cjach auto­ra i bra­ku uprze­dze­nia do maria­wi­tów.

Zasy­gna­li­zo­wać nale­ży rów­nież nie­praw­dzi­we infor­ma­cje Ter­li­kow­skie­go, odno­szą­ce się do kapłań­stwa ludo­we­go i celi­ba­tu w Koście­le Kato­lic­kim Maria­wi­tów (361–372) oraz ten­den­cyj­ne­go uka­za­nia tegoż kapłań­stwa w kon­tek­ście mszy ludo­wej. To istot­ne, co już sygna­li­zo­wa­łem, że autor zna maria­wi­tyzm recy­klin­go­wa­ny, czy­tał część źró­deł (oczy­wi­ście na swój, zary­so­wa­ny powy­żej spo­sób), ale nie zna rze­czy­wi­sto­ści, któ­rą opi­su­je eks­tra­po­lu­jąc pry­wat­ne, w tym mrocz­ne komi­syj­ne doświad­cze­nia, na maria­wi­tyzm.

Są jed­nak stwier­dze­nia, co do któ­rych Ter­li­kow­ski ma rację, choć­by wte­dy, gdy pisze – wyda­wa­ło­by się rzecz oczy­wi­stą – że Obja­wie­nia dopro­wa­dzi­ły do roz­ła­mu w Koście­le (374). Nale­ża­ło­by uznać rów­nież inną dyna­mi­kę niż papie­skie zało­że­nie: do roz­ła­mu doszło dla­te­go, że to Rzym obja­wień nie uznał, bo ich nie roz­po­znał, podob­nie jak Żydzi nie roz­po­zna­li Mesja­sza. W sfor­mu­ło­wa­niu Ter­li­kow­skie­go pobrzmie­wa wszyst­ko to, co w wie­lu miej­scach nie tyl­ko suge­ru­je, ale też mówi wprost. Ter­li­kow­ski nie tyle kry­ty­ku­je Obja­wie­nia czy podej­mu­je z nimi autor­ską, teo­lo­gicz­ną pole­mi­kę, co stwier­dza, że były nie­wia­ry­god­ne. Tym samym umiej­sca­wia maria­wi­tyzm na płasz­czyź­nie zbio­ro­we­go zwie­dze­nia, wska­zu­jąc w kon­se­kwen­cji, że maria­wit­ki i maria­wi­ci – kie­dyś i dziś – znaj­du­ją się w bez­na­dziej­nej sytu­acji, z któ­rej jest tyl­ko jed­no wyj­ście.

Ter­li­kow­ski nie potra­fi patrzeć na maria­wi­tyzm ina­czej niż przez pry­zmat nad­użyć (nie ma zna­cze­nia czy praw­dzi­wych, czy wyima­gi­no­wa­nych), a jed­no­znacz­ne pozy­ty­wy, jakie widzi, dostrze­ga w dzia­łal­no­ści spo­łecz­nej maria­wi­tów lub pochod­nych (zob. wyżej frag­ment o teo­lo­gii miło­sier­dzia).

Książ­ka „Matecz­ka” nie jest spo­tka­niem z maria­wi­ty­zmem, a jego kon­te­sta­cją jako cało­ści. Jest stwier­dze­niem bez­za­sad­no­ści maria­wi­ty­zmu jako samo­dziel­ne­go, doj­rza­łe­go ruchu reli­gij­ne­go, któ­re­mu w nie­zwy­kle krót­kim cza­sie uda­ło się wypra­co­wać wła­sną teo­lo­gię, zło­żo­ną toż­sa­mość i kul­tu­rę, mani­fe­stu­ją­cą się w litur­gii, poboż­no­ści. Widocz­na ona jest rów­nież w roz­ła­mie, któ­ry oprócz smut­ne­go podzia­łu trwa­ją­ce­go do dziś, uka­zał nie­zwy­kłą dyna­mi­kę wia­ry. Moż­na się zga­dzać z nią lub nie, ciskać orto­dok­syj­ne gro­my i wyśmie­wać tudzież spro­wa­dzać ad absur­dum i jest to pra­wo Ter­li­kow­skie­go, któ­re on skrzęt­nie wyko­rzy­stu­je.

Moja zde­cy­do­wa­nie nega­tyw­na oce­na tej książ­ki wyni­ka z wie­lu oko­licz­no­ści, głów­nie tych, któ­re sta­ra­łem się przed­sta­wić powy­żej. Ale jest też jeden aspekt, któ­ry utwier­dza mnie w naj­głęb­szym prze­ko­na­niu, że Ter­li­kow­skie­mu abso­lut­nie nie cho­dzi o ujaw­nie­nie mecha­ni­zmów czy napra­wę cze­go­kol­wiek.

W odnie­sie­niu do maria­wi­tów Ter­li­kow­ski sto­su­je podob­ne meto­dy, któ­re wie­lu rzym­sko­ka­to­lic­kich teo­lo­gów i publi­cy­stów usku­tecz­nia­ło w kon­tek­ście jubi­le­uszu 500-lecia Refor­ma­cji i póź­niej. To nie­ustan­ny motyw odma­wia­ją­cy pra­wa do ist­nie­nia i mięk­ko wyra­ża­nej reli­gij­nej supre­ma­cji pod osło­ną plu­szo­wej tole­ran­cji. Ter­li­kow­ski napi­sał książ­kę, któ­ra jest „maria­wic­kim” odpo­wied­ni­kiem fil­mów i publi­ka­cji Lisic­kie­go i Brau­na i w tej roli się spraw­dził. Nie­ste­ty. Chciał­bym zwró­cić na to uwa­gę Czy­ta­ją­cych, któ­rzy są moimi współ­wy­znaw­ca­mi i/lub po pro­stu przy­chyl­ny­mi obser­wa­to­ra­mi mikro­ko­smo­su eku­me­nicz­ne­go. To wyra­cho­wa­na gra, w któ­rej nie cho­dzi tyl­ko o sen­sa­cję czy oburz, ale o rady­kal­ną nega­cję.

Po opu­bli­ko­wa­nym oświad­cze­niu władz Kościo­ła Sta­ro­ka­to­lic­kie­go Maria­wi­tów z 16 lip­ca 2025 r., autor „Matecz­ki” ogło­sił w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, że oto pierw­szy raz w życiu ofi­cjal­ne wła­dze kościel­ne „potę­pi­ły” jego książ­kę. To, co Ter­li­kow­ski dla wła­snej i tyl­ko wła­snej spra­wy pró­bu­je ugrać i roze­grać to żad­na obro­na nie­za­leż­ne­go dzien­ni­kar­stwa. Pewien sto­pień ura­do­wa­nia auto­ra z powo­du „potę­pie­nia”, któ­re potę­pie­niem nie jest, bo takie­go Kościół Maria­wic­ki z zasa­dy nie wypo­wia­da, dzi­wić nie powi­nien.

Co moż­na powie­dzieć współ­cze­snym maria­wit­kom i maria­wi­tom, któ­rzy w księ­gar­niach, mediach spo­łecz­no­ścio­wych, cza­so­pi­smach i wie­lu innych nośni­kach elek­tro­nicz­nych kon­fron­to­wa­ni są z takim uję­ciem Zało­ży­ciel­ki, maria­wi­ty­zmu, a w kon­se­kwen­cji ich samych? Nale­ży przede wszyst­kim zacho­wać spo­kój i dystans, mimo smut­ku i poczu­cia zra­nie­nia czy dozna­nia niczym nie­za­słu­żo­nej nie­spra­wie­dli­wo­ści. Nale­ży sta­wiać sobie pyta­nie o wła­sną toż­sa­mość i jej sens.

Czy książ­ka Ter­li­kow­skie­go doma­ga się jesz­cze jakiejś odpo­wie­dzi? Być może taka nadej­dzie.

Myślę jed­nak, że naj­bar­dziej kon­struk­tyw­ną odpo­wie­dzią będzie wspar­cie remon­tu budyn­ków przy Świą­ty­ni Miło­sier­dzia i Miło­ści w Płoc­ku z dopi­skiem „Matecz­ka”:

Kościół Sta­ro­ka­to­lic­ki Maria­wi­tów

86 1020 4476 0000 8102 0529 0731

Dariusz Bruncz


Przy­pi­sy:

[1] Vol­ker Lep­pin, Ruhen in Gott, CH Beck, Mün­chen 2021, s. 11 i 15 n.

[2] Han­na M. Rafa­ela Woiń­ska: Nauka Zało­ży­ciel­ki Maria­wi­ty­zmu o dosko­na­ło­ści chrze­ści­jań­skiej. W: Z dzie­jów Kró­le­stwa, Feli­cja­nów 1972, s. 272 n. Zna­mien­ne jest to, że s. M. Rafa­ela odwo­łu­je się m. in. do słów ks. Artu­ra Rho­de, jedy­ne­go ewan­ge­lic­kie­go pasto­ra, któ­ry poznał Matecz­kę, a zapi­ski swo­ich maria­wic­kich wra­żeń zawarł w obszer­nej książ­ce „U Maria­wi­tów” z 1911. Nie­znacz­ny frag­ment jego wspo­mnień prze­dru­ko­wał „Maria­wi­ta” 3/1962, s. 55–60. Por. tak­że przyp. 5.

[3] Woj­ciech Różyk: „Obja­wie­nia” Marii Fran­cisz­ki Kozłow­skiej według ręko­pi­su z Archi­wum Waty­kań­skie­go, Świd­ni­ca 2006.

[4] Tomasz D. Mames: Eucha­ry­stia Kościo­ła Sta­ro­ka­to­lic­kie­go Maria­wi­tów, War­sza­wa 2022, s. 13 i 49 n.

[5] Mistrzy­ni Ducha. W 120. Rocz­ni­cę Obja­wień Matecz­ki, tom 2, Feli­cja­nów 2013, s. 168.

[6] Por. A. Suter, A. Ber­lis, Th. Zel­l­mey­er: Die Christ­ka­tho­li­sche Kir­che der Schwe­iz. Geschich­te und Gegen­wart, Zürich 2023, s. 22.

Ekumenizm.pl działa dzięki swoim Czytelnikom!
Portal ekumenizm.pl działa na zasadzie charytatywnej pracy naszej redakcji. Zachęcamy do wsparcia poprzez darowizny i Patronite.