- 17 lipca, 2025
- przeczytasz w 24 minut
„Mateczka” Tomasza P. Terlikowskiego to przykład publicystycznego roztworu. Głęboko skrywane uprzedzenia stały się częścią osobistej krucjaty autora, deklarującego walkę o szlachetne sprawy. „Mateczka” to apologetyka ofensywna, tendencyjne tutti frutti zaserwo...
“Mateczka” — prokuratorska opowieść o mariawityzmie
„Mateczka” Tomasza P. Terlikowskiego to przykład publicystycznego roztworu. Głęboko skrywane uprzedzenia stały się częścią osobistej krucjaty autora, deklarującego walkę o szlachetne sprawy. „Mateczka” to apologetyka ofensywna, tendencyjne tutti frutti zaserwowane jako śledztwo.
Tymczasem jest tylko i aż jaskrawym przykładem literatury stygmatyzującej mniejszość religijną.
Książka dra Tomasza P. Terlikowskiego (“Mateczka. Śledztwo w sprawie mariawitów”, Wydawnictwo Znak 2025) poświęcona sprawie mariawickiej z jednej strony obiecuje gnozę na temat mariawitów na podstawie rzekomo przeprowadzonego „śledztwa w sprawie”, a z drugiej wpisuje się w pokaźny zbiór tekstów rzymskokatolickiej proweniencji, które dezawuują mariawityzm. Książka nie jest uczciwą fotografią mariawityzmu, ale fabularyzowaną rekonstrukcją utrzymaną w tabloidowym stylu. Tekst nie wnosi nic nowego do wiedzy o mariawityzmie.
Terlikowski nie poprzestaje na dyfamacji mariawityzmu, ale idzie znacznie dalej. Podejmuje próbę ideologicznej anihilacji mariawityzmu jako takiego, po którym ma prawo zostać tylko krater w postaci ochronek i innych instytucji mariawickiej działalności społecznej i ewentualnie rzewno-sentymentalne opowiastki o kolorowej Polsce przełomu XIX i XX wieku.
W rzeczywistości prokuratorska narracja Terlikowskiego, oprócz tego, że nie jest żadnym śledztwem, to nie jest też „w sprawie”, a zdecydowanie „przeciwko”, a w roli prokuratora i sędziego, a nawet instancji odwoławczej występuje sam Terlikowski. Ten sam, który na początku i końcu książki deklaruje młodzieńczą fascynację czy zachwyt mariawityzmem.
Terlikowski mija się z prawdą, deklarując, że nie jest jego zamiarem atakowanie mariawitów, gdyż robi dokładnie to, od czego się odżegnuje. Podobnie, nie dotrzymuje słowa w złożonej deklaracji, że nie jest jego zamiarem „udowadnianie po latach, że w swoich ocenach założycielki tego Kościoła i jej wspólnoty, Watykan miał racji albo jej nie miał.” (9, w nawiasach podaję numery stron książki w wersji papierowej — DB)
Autor czyni dokładnie na odwrót – w swoich wypowiedziach i formułowanych wnioskach uskutecznia ofensywną apologetykę, dokonuje swoistego aggiornamento antymariawickiej propagandy od epoki Piusa X począwszy. Zasadniczo, dziwić może pewne niedopatrzenie ze strony autora, że publikacji nie zapewniono imprimatur lub przynajmniej nihil obstat któregoś z biskupów.
Intencje
We Wstępie i Zakończeniu dr Tomasz Terlikowski wyjaśnia, że u źródeł publikacji leży chęć ukazania jak „mistyka (albo rzekoma mistyka) została wykorzystana do usprawiedliwiania perwersji seksualnych i nadużyć wobec małoletnich.” Jeśli ktoś miałby już na początku wątpliwości, w jakim kierunku „śledztwo” będzie prowadzone, to pierwsze strony książki je jasno rozwiewają. Książka ma być rozrachunkiem ze specyficzną formą religijnego fanatyzmu, żądającego ślepego posłuszeństwa i prowadzącego do wykoślawienia chrześcijańskiego orędzia. W tej roli mariawityzm, a właściwie – zgodnie z podtytułem – mariawici, którzy (ponoć) nie są przedmiotem żadnego ataku.
Autor zastrzega, że kreślone niebezpieczeństwa stoją nie tylko przed mariawityzmem, ale przed każdym ruchem religijnym. To niewątpliwie prawda, tyle że cała narracja skrojona jest w książce pod mariawityzm, wykracza poza obiektywne śledztwo i jest holistyczno-nihilistycznym uderzeniem w mariawityzm jako taki, a co za tym idzie na mariawitki i mariawitów. Z pewnością książka nie jest bezpośrednim atakiem na którykolwiek z Kościołów mariawickich w sensie denominacyjnym (Kościół Katolicki Mariawitów czy Kościół Starokatolicki Mariawitów), ale jest atakiem na Kościół Mariawitów, ten niepodzielony, który – jak wierzy chyba większość mariawitów – istnieje, po prostu żyje, mimo rozłamu przed równo 90 laty.
Mam dużą dozę wyrozumiałości dla opinii, sugerujących, że Terlikowskiego rozrachunek z mariawityzmem, jest właściwie retorycznym zabiegiem pirotechnicznym, który obłokiem skandalu i sensacji, ma nie tyle przesłonić i zasłonić to, czego już się nie da przemilczeć (przyznajmy to, także dzięki Terlikowskiemu i wielu innym), ale co najmniej zrelatywizować. Jak? Obrazem „strasznej herezji”, która antycypowała nieszczęsne problemy, którymi żyje dziś Kościół rzymskokatolicki i nie tylko on.
Mateczka
Zacznijmy od pozornych drobiazgów, które pojawiają się w tytule — „Mateczka”. Odnosi się on do św. Marii Franciszki Kozłowskiej (od razu wyjaśniam, że używam tytułu „św.” czy „bł.” w odniesieniu do Założycielki na własną odpowiedzialność i na podstawie własnego przekonania, wynikającego chociażby z ewangelickiej interpretacji tegoż tytułu).
Otóż, dr Terlikowski wstawia tytuł Mateczki każdorazowo w cudzysłowie, co może z jednej strony sugerować kpinę albo niezrozumienie, z czego ten tytuł wynika. Być może chodzi tylko o niegroźną, apologetyczną małostkowość, bo zakładam, że Terlikowski wie, iż tytuł używany był nie tylko w przestrzeni rzymskokatolickiej, ale i ewangelickiej w wariancie „mateczkowym” lub nieco zgermanizowanym „mutterliczka”. Niewskazanie tego faktu przez autora i uporczywe stosowanie cudzysłowu może wywołać wśród czytelników niezaznajomionych z materią kpiarski wajb. Innym wyjaśnieniem może być fakt, że autor uznał za swoje rozstrzygnięcie Świętego Oficjum, że Maria Franciszka nie była już przełożoną zgromadzenia honorackiego, a tylko panią Felicją Kozłowską.
To by potwierdzało rzymską ortodoksję Terlikowskiego, który oczywiście wspomina Faustynę Kowalską z tytułem „św.”, choć z drugiej strony rzymskokatoliccy uczestnicy zakończonego „dialogu” mariawicko-rzymskokatolickiego używali w stosunku do Mateczki tytułu Matka i to bez cudzysłowu czy większych zastrzeżeń.
Objawienia, oceny i podteksty
Autor podkreśla w paru miejscach, że jego książka jest tylko „próbą zrozumienia” tak, jakby był otwarty na poznanie i odkrycie czegoś nowego. Jednocześnie, parafrazując nieznanego autora Listu do Hebrajczyków, wielokrotnie i na różne sposoby stara się przekonać, jakoby nie chciał rozstrzygać, czy Objawienia były rzekome czy prawdziwe. Co więcej, zapewnia, że „to nie jest i nie ma być książka tylko o pewnym wyznaniu i jego historii, wbrew temu, co się może wydawać.” (9) Jak już zostało powiedziane, Terlikowski koncertowo nie dotrzymuje słowa i „Mateczka” właśnie tym jest.
Co prawda, nie jest to publikacja naukowa, ani też śledztwo dziennikarskiego. Tekst jest arbitralną opowiastką, w której role są od początku rozpisane, a wyrok wydany.
Terlikowski decyduje – w końcu to jego książka i właściwie ma do tego prawo – kiedy wypowiedzi ważnych postaci mariawityzmu mają podtekst seksualny, a kiedy nie. Przykładem jest chociażby zamieszczona na początku relacja ze spotkania Mateczki z o. M. Andrzejem Gołębiowskim, późniejszym biskupem mariawickim. Komentując ekstatyczne wspomnienie o. M. Andrzeja, Terlikowski podsumowuje: „I nie, to nie miało – przynajmniej wtedy – żadnego podtekstu seksualnego. Jej charyzma oddziaływała bowiem dokładnie tak samo, niezależnie od jej wieku, na kobiety i mężczyzn.” (14)
Podobnie z oceną roli abpa M. Michała i mariawityzmu, gdy Terlikowski orzeka, że „dzieło jego legło już w gruzach” (16) albo gdy obwieszcza, że „Dzieło Wielkiego Miłosierdzia zmierzało ku rozpadowi” (346), nie wyjaśniając jak rozumie Dzieło i w którym momencie ten rozpad miałby nastąpić.
Jednym z największych problemów w narracji Terlikowskiego jest to, że najwyraźniej ma problem ze zrozumieniem znaczenia Objawień Założycielki dla samych mariawitów, ich horyzontu hermeneutycznego, a zatem, czym tak właściwie mariawityzm jest. Zrozumienie tego, nie musi przecież oznaczać, że Terlikowski miałby przyjąć mariawityzm, choć nadziei nie wolno porzucać, ale powinno oznaczać wejście, wniknięcie, tudzież wnijście w przestrzeń, którą się komentuje czy nawet opisuje.
Autor często żongluje pojęciami mistyki i pseudomistyki, nie wyjaśniając, jak on ją rozumie i czym właściwie była teologiczna mistyczna. Stosowana nieostrość pojęć wspiera ideologiczne ukierunkowanie, a momentami zacietrzewienie autora.
Terlikowski nie umiejscawia M. Franciszki w jakiejkolwiek tradycji mistycznej, ale za to chętnie sugeruje niewiarygodność Objawień. Bez względu na to, czy ktoś wierzy w prywatne objawienia czy nie (nawet sami mariawici nie mają obowiązku wierzyć w każde słowo zapisane w Dziele Wielkiego Miłosierdzia, DzWM), bez względu na to, czy ktoś taką „komunikację” uznaje za anomalię czy ekstraordynaryjny kanał teofanii, warto spojrzeć, na ile Objawienia św. Marii Franciszki wpisują się w Tradycję w szerszej perspektywie i jakie rozumienie mistyki należałoby lub można byłoby przyjąć dla bardziej panoramicznego zrozumienia istoty rzeczy.
Zasadne jest twierdzenie ewangelickiego teologa i eksperta teologii mistycznej prof. Volkera Leppina, że „mistyka przekracza w swojej bezpośredniości zwykłe formy pobożności, gdy indywiduum doświadcza wyjątkowej bliskości Boga. To wyjaśnia, dlaczego wciąż dochodziło do konfliktów z przedstawicielami mistyki, chociaż to myślenie nie chce wyrazić więcej niż podwójną przynależność chrześcijańskiej egzystencji (…) Duch umożliwia człowiekowi wyjście poza siebie, myślenie, rozumowanie i wyobrażanie sobie. Chodzi o zatem o sposób bycia, który zasadniczo może istnieć także tam, gdzie dokładne odniesienie do Boga albo religijnych fenomenów nie jest ani zamierzone, ani też zasygnalizowane, a wyróżnia się przede wszystkim przez kontrast wobec tego, co materialne.” [przyp. 1]
Pozostając przy objaśnieniach warto jeszcze zwrócić uwagę, że klasycznymi cechami mistyki jest nie tylko wewnętrzne doświadczenie czy zewnętrzne pochwycenie, ale że mistyka jest wydarzeniem procesualnym, któremu – na co zwraca uwagę teolog – towarzyszy oczyszczenie (purgatio), oświecenie (illuminatio) aż do doświadczenia zjednoczenia (unio). Te wszystkie aspekty widoczne są w przeżyciu mistycznym M. Franciszki wg jej własnej relacji, przeżyciu, które w perspektywie historycznej rozciągnięte jest na lata, a w eklezjotwórczej, a więc teologiczno-systematycznej, trwa nadal, przynajmniej w mariawickiej myśli teologicznej i życiu Kościoła/-łów. Oczywiście, nie wszystkie wizje są mistyczne, ale tylko te, które odnoszą się do doświadczenia bliskości Boga, ale też – jak w przypadku M. Franciszki – totalnego oddalenia (śmierć mistyczna). Powyższe refleksje warto zestawić ze studium Objawień i pism ascetyczno-religijnych w pracy naukowej s. M. Rafaeli Woińskiej, która analizuje rodzaj objawień i mistycznych przeżyć z perspektywy mariawickiej [przyp. 2].
W książce Terlikowskiego mistyka w mariawickich ramach polega krytyce totalnej, jawi się jako platforma nadużyć, perwersji, megalomanii, urojeń i wielkiego zwiedzenia.
Powracając jednak do kwestii fundamentalnej, a więc Objawień.
Terlikowski z dobrodziejstwem inwentarza przejmuje rzymskokatolicką interpretację Objawień Założycielki nie zadając sobie trudu weryfikacyjnego czy jego tezy pokrywają się ze samozrozumieniem Kościołów mariawickich. Mówiąc prosto: nieważne, w co mariawici wierzą, ważne, co inni uważają, że mariawici wierzą. To typowa postawa oceniająca, stosowana „ekumenicznie”, szczególnie chętnie przez członków Kościołów, roszczących sobie status premium plus w Bożym porządku zbawienia.
Jeden ze swoich wywodów o Objawieniach, Terlikowski rozpoczyna od niezbyt czytelnej refleksji o „przesunięciach znaczeniowych i migrujących słowach”, odnosząc się do fenomenologii objawień, co prowadzi go – do odkrywczego wniosku – że „mimo treściowej jednolitości są one płynne i [jak] łatwo mogą się ‘rozwijać’.” (62–63) To spostrzeżenie jest jednak preludium do poważnego zarzutu skopiowanego z książki ks. dr. Wojciecha Różyka [przyp. 3], któremu Terlikowski atestuje „życzliwość wobec wizjonerki”.
Za ks. Różykiem dr Terlikowski stawia tezę, że Dzieło Wielkiego Miłosierdzia „nie zawiera jakiegokolwiek określenia miłosierdzia”. Terlikowski recytuje opinie rzymskokatolickiego teologa i czyni ją własną, sugerując, że miłosierdzie w mariawityzmie to zasadniczo opowieść z mchu i paproci o groźnym, surowym Bogu, który karci i smaga, nie zna Miłości, ale obruszony jest jeno powszechnym zepsuciem świata. Przytaczając wypowiedzi księdza, Terlikowski z właściwym sobie obiektywizmem prowadzącego proces, przepraszam, śledztwo w sprawie mariawitów, konstatuje: „I jeśli ktoś się spodziewa, że w późniejszych objawieniach cokolwiek się zmieniło to – uprzedzając rozwój wypadków – spieszę donieść, iż tak nie jest.” (64)
Sęk w tym, że Objawienia Dzieła Wielkiego Miłosierdzia w edycji z 1922 rou składają się z kilku, a konkretnie sześciu ksiąg, które otwiera Początek zawiązku zgromadzenia kapłanów, a zamyka tzw. Pierwotny tekst objawień Mateczki. Pomiędzy są Wyjątki z późniejszych objawień z lat 1899–1900, Notatki rekolekcyjne, Notatki z Roku Jubileuszowego 1918. Oprócz wymienionych tekstów, składających się na DzWM, są i inne, w których Założycielka lub teolodzy ruchu wczesnomariawickiego podejmują tematy związane z tożsamością mariawityzmu, w tym i miłosierdziem. To ono stanowi punkt ciężkości mariawityzmu, mówiąc po ewangelicku, jest artykułem, przy którym stoi lub upada Kościół.
Dr Terlikowski podążając wiernie za konfesyjną linią ex cathedra ogłasza, że w DzWM nie jest zawarta pogłębiona refleksja nad miłosierdziem, a jedynie dyscyplinująco-apokaliptyczne treści. Neguje tym samym fundament mariawickiej tożsamości. Jest nią kult eucharystyczny, a konkretnie Chrystus Utajony i adorowany w Przenajświętszym Sakramencie. Kult miłosierdzia Bożego realizuje się i wypełnia w eucharystycznym wydarzeniu, które wykracza poza liturgiczną celebrację. To Eucharystia stanowi oś, punkt odniesienia, źródło i cel mariawickiej refleksji, także w tekście Objawień. To Sakrament Ołtarza definiuje mariawityzm w warstwie teologicznej, liturgicznej i innych formach kultu Bożego.
Co więcej eucharystyczne ujęcie Miłosierdzia jest źródłem i motorem oświatowej i dobroczynnej działalności mariawitów. Stąd też Objawienia Dzieła Wielkiego Miłosierdzia nie są objawieniami „o” czy „na temat”, ale rzeczywiście Dziełem, które jest powołaniem i zadaniem do zrealizowania. Stąd praktyczny wymiar miłosierdzia, wykraczający poza kult i biblijny obraz miłosiernego Ojca. Owszem, w literaturze i ususie mariawickim można się spotkać z terminem Objawienia Miłosierdzia Bożego (lub o Miłosierdziu), ale jest to jedynie skrót semantyczny, zakładający całem proprium mariawickiej eucharystologii.
Pisze o tym bp M. Daniel Mames w obszernej monografii Eucharystia Kościoła Starokatolickiego Mariawitów, uwydatniając, że kult Miłosierdzia Bożego jakościowo różni się od tego propagowanego czy to w Kościele rzymskokatolickim czy Kościele Polskokatolickim. [przyp. 4] Eucharystyczność miłosierdzia Bożego w ujęciu M. Franciszki i całej teologii mariawickiej, także w praktyce sakramentalno-liturgicznej (np. błogosławieństwo związków małżeńskich mocą Przenajświętszego Sakramentu), nie jest komponentem, ale konstytutywną treścią i jednocześnie nośnikiem miłosierdzia. Najogólniej rzecz ujmując: eucharystyczne miłosierdzie to właśnie mariawityzm. Wizualizacją tegoż jest habit mariawicki, którego elementem jest Serce Jezusa wpisane w monstrancję. A to wszystko z kolei wpisuje się w kult eucharystycznego Serca Jezusa tak rozpowszechniany w XVIII-XIX wieku.
Powtórzę: żaden chrześcijanin nie ma obowiązku przyjęcia lub odrzucenia treści ze skodyfikowanego DzWM. Uczciwość intelektualna wymaga jednakowoż, aby uwzględnić przede wszystkim sposób, w jaki mariawici sami rozumieją swoje posłannictwo, a nie ograniczać się do konfrontacyjno-oceniającej lektury tekstu Objawień, pomijając zupełnie zasadę lex orandi, lex credendi wraz z jej aspektami praktycznymi.
Mówi też o tym św. M. Franciszka w świadectwie pastora Artura Rhode, który Założycielkę konsekwentnie nazywa Prorokinią i zadaje jej pytanie, czy Mateczka przyznaje ewangelikom prawo do bezpośredniej modlitwy do Chrystusa. Założycielka odpowiada: „Jeżeli doświadczyliście, że w ten sposób trafiacie do Ojca, i że Chrystus wasze modły wysłuchuje — to muszę przecież wierzyć, że ta droga jest dobrą. Niech Bóg prowadzi was po niej do zbawienia, co się zaś tyczy mnie, moich braci i moich sióstr, to my mamy swoją drogę zbawienia, a pośrednictwo Najświętszej Dziewicy, do którego się uciekamy, ma przede wszystkim znaczenie usunięcia niepowołanych pośredników (rzymskich świętych), żeby najbliższą drogą trafić do Chrystusa. Wiemy z doświadczenia, że modlitwa do Maryi bardzo nam pomaga i dlatego ją praktykujemy, nie narzucając tego nikomu.” [przyp. 5]
Ten cytat jest klasycznym przykładem hermeneutyki zrozumienia zróżnicowanego konsensusu, w którym dwie odmienne postawy nie muszą oznaczać konfliktu i się wykluczać. Wymaga to jednak rzeczywistego poznania stanowisk i gotowości do zrozumienia.
Psychomanipulacja i sekciarstwo
Jednym z wielkich mankamentów książki Terlikowskiego jest to, że autor powołuje się na interpretację interpretacji, wytapia szkiełko w szkiełku, kociołek w kociołku, mieszając energicznie aż wyleje się kleista maź. Autor wielokrotnie występuje w roli arbitra spraw małych i dużych, w tym i wiarygodności Mateczki (99) oraz we fragmentach, odnoszących się do jej duchowości i przewodnictwa duchowego.
Szczególnie znamienne są enuncjacje autora na temat działalności Mateczki w kontekście propagowania DzWM.
Otóż Terlikowski stwierdza, że „uważna analiza” pierwszych lat zgromadzenia mariawickiego uprawnia do tezy, że „część ze stosowanych przez Marię Franciszkę Kozłowską metod działania, pozyskiwania, kierowania duszami podległych sobie kapłanów można by dziś określić przemocą duchową, a być może nawet pewną formą – prawdopodobnie nieświadomej, ale jednak – psychomanipulacji.” (104 n.)
Być może mariawici powinni nawet wyrazić wdzięczność autorowi, że mimo wszystko dopuszcza potencjalną nieświadomość Założycielki przy wywieraniu potencjalnej przemocy psychicznej. Szczególnie interesujące jest uzasadnienie, jakie proponuje Terlikowski: każdy przyjmowany i zachęcany do wstąpienia do zgromadzenia ksiądz dowiadywał się, że został przez samego Jezusa wskazany do Dzieła, a ponadto zyskiwał nowy charyzmat, nowy cel życia, a wszystko potwierdzały obrzędy przystąpienia. A to wszystko, wraz z nowym imieniem, tworzyło nową tożsamość. Ocena Terlikowskiego bez większych trudności jest aplikowalna do praktyki sakramentalnej w wielu Kościołach chrześcijańskich, w tym przede wszystkim do chrztu zarówno dzieci, jak i dorosłych. Zresztą, tak też bywa to oceniane przez czynniki krytyczne wobec zinstytucjonalizowanej religii, które w chrzcie niemowląt, katechizacji czy spowiadaniu nieletnich i dorosłych widzą nieuprawnioną przemoc duchową i psychiczną.
Jednak Terlikowski idzie znacznie dalej i dla poparcia swojej wizji przytacza wypowiedzi amerykańskiego psychologa Stephena Hassana, zajmującego się badaniem nowych ruchów religijnych. Książka eksperta „Psychomanipulacja w sektach” nawiguje skojarzenia czytelników ku zrozumieniu, że – uwaga – mają do czynienia z sektą, a jeśli ktoś ma wątpliwości, na czym ta sekciarskość ma polegać to się dowie, że chodzi o nowy system przekonań, który dostarcza właściwych i uniwersalnych wzorców myślenia, odczuwania i działania: „Doktryna nie ma słabych punktów. Jest przecież prawdą – jedyna i ostateczną, niedoskonali są natomiast wcielający ją w życie ludzie. Nawet jeśli narzucone reguły są dla nich niezrozumiałe, muszą ich przestrzegać.”
Na miejscu Terlikowskiego byłbym niezwykle ostrożny z przytaczaniem podobnych stwierdzeń, szczególnie jeśli jest się członkiem wyznania, które książkowo spełnia wszystkie powyższe warunki sekty. Co do joty.
W ogóle Terlikowski z akrobatyczną swobodą nieznającą zasad grawitacji balansuje między domniemaniem, tezą a półfaktami. Służą temu powtarzające się zabiegi stylistyczne, mające pod pozorami ostrożności zasiać ziarno niepewności lub rozedrgania. W roli głównej występuje powtarzalność pytań retorycznych.
I tak, gdy dr Terlikowski odnosi się do wątku nieczystości kapłanów w korespondencji M. Franciszki z Pierwszym Mariawitą o. Felicjanem M. Franciszkiem Strumiłłą, zagaja: „kto wie, czy owo przekonanie o nieczystości kapłanów nie miało także innych przyczyn.”
Przywołuje następnie wypowiedź mariawickiego teologa br. kapłana prof. Konrada M. Pawła Rudnickiego, który prezentuje zaistniałą sytuację w kategoriach platonicznych, nie wykluczając, że Mateczka mogła odczuć sytuację „nie tylko jako pokusę, ale jako upadek”. Terlikowski podsumowuje: „Czy to akceptowalna interpretacja? Tak, ale jeśli wziąć pod uwagę dalsze życie Marii Franciszki wcale nie jedynie możliwa.” (38). Albo, gdy wyraźnie stwierdza, że „istnieją również wyraźne poszlaki, że już wtedy Maria Franciszka Kozłowska mogła nie być jedyną partnerką seksualną biskupa Kowalskiego.” (263)
Poszlaki, domniemania, mogła, nie mogła, była, nie była i tak w kółko. Tryb warunkowy jako nowa ewidencja autentyczności.
A najdobitniejszym przyznaniem się do dowolności jest – zaskakująco uczciwe – ukazanie przez Terlikowskiego pożegnania umierającej M. Franciszki z bp. M. Michałem, gdy ta zwraca się do niego zdrobniale per „Michaś”. Terlikowski komentuje: „Tu już trzeba zawiesić jakiekolwiek sugestie, można z całą pewnością powiedzieć, że było to piękne pożegnanie ludzi sobie bardzo bliskich.” (281) Czyli tak: wcześniej i w wielu miejscach później sugestie jak najbardziej tak i w każdej ilości bez umiaru, ale teraz na chwilę już nie. To dobrze, że w obliczu majestatu śmierci autor „Mateczki” zdobył się na powściągliwość wobec Mateczki.
Nieodłącznym sojusznikiem Terlikowskiego jest praca literacka Jerzego Petrkiewicza Trzeci Adam. Obszerne fragmenty książki autor wplata w swój tekst, a polsko-angielskiego literata pozycjonuje w roli autentycznego świadka historii czy notariusza swoich teorii. O tym, jaką funkcję pełni Trzeci Adam w literaturze okołomariawickiej pisałem obszernie, stąd zainteresowanych odsyłam do tego tekstu i do recenzji naukowej bp. Tomasza M. Daniela Mamesa opublikowanej przez Uniwersytet Opolski.
Przy okazji należy nadmienić, że w swojej „pracy z źródłami” Terlikowski wprowadza czytających w błąd, stwierdzając, że miejsce publikacji wypowiedzi M. Pawła to „Praca nad sobą”, oficjalny periodyk Starokatolickiego Kościoła Mariawitów. Problem w tym, że Terlikowski nie tylko niepoprawnie przytacza nazwę Kościoła, ale i stwierdza nieprawdę, mówiąc, że „Praca nad sobą” była oficjalnym periodykiem Kościoła. Nie była. Pismo, a właściwie aperiodyk był prywatną inicjatywą kapłana M. Pawła, do której sceptycznie podchodziły władze obydwu Kościołów mariawickich. Inna sprawa, że pismo wydawane domowym sumptem, było bezcenną wymianą myśli mariawitów różnych proweniencji, chrześcijan innych wyznań, w tym rzymskich katolików, i osób niewierzących. To pisemko było też publicystyczną platformą nieistniejącego już od dawna ekumenicznego Zgromadzenia Mariawitów. Jeśli Terlikowski wprowadza w błąd co do statusu tego źródła to powstaje uzasadniona wątpliwość co do warsztatu posługiwania się pozostałymi.
Kontynuując wątek narzędzi stylistycznych, Terlikowski często posługuje się zwrotami i zdaniami, zgrabnie łączącymi insynuacje i tendencyjny ogląd przedmiotu. Tak jest chociażby wtedy, gdy mówi o duchowym zjednoczeniu Mateczki z biskupami-filarami, dodając: „Trudno nie odnieść wrażenia, szczególnie jeśli zna się dalszą historię mariawityzmu, że za mistycznymi obrazami kryło się coś niezmiernie przyziemnego” (115) albo gdy między obszerniejsze cytaty z DzWM wstawia dopowiedzenie, które dyscyplinuje czytelnika, że nawet jeśli nie pomyślał o aspekcie zmysłowo-seksualnym to należy to nadrobić („I zaraz potem, rozumiejąc chyba, że trudno uciec od bardzo jednoznacznej interpretacji tych słów, duchowny dodaje…”, por. 126). Tutaj chodzi o słowa z Objawień skierowane do Mateczki: „Mnie daj duszę swoją, a Michałowi ciało.”
Na niekorzyść
Cechą charakterystyczną publikacji Terlikowskiego jest też to, że przytaczane źródła rzymskokatolickie są w różnym stężeniu negatywnie ustosunkowane do mariawityzmu. Natomiast przytaczane źródła mariawickie interpretowane są na niekorzyść „oskarżonej”, „oskarżonego” i „oskarżonych” lub przynajmniej przedstawiana jest interpretacja dwoista, pozostawiająca wątpliwości, a te – jak wiadomo – działają na niekorzyść mariawitów.
Kolejnym przykładem jest ocena Objawień Mateczki (po raz kolejny przypominam, że autor odżegnywał się od rozsądzania o ich prawdziwości lub nie) już po wyklęciu mariawitów (1906 r.), gdy następuje typowy dla nowych ruchów religijnych krisis, a więc moment podjęcia decyzji kierunkowej. Wówczas M. Franciszka oddaje w ręce M. Michała dalszą sekwencję zdarzeń: poddać się Rzymowi czy być posłusznym Dziełu. Ojciec M. Michał mówi o badaniu duszy i rozpoznaniu Woli Bożej, element charakterystyczny w teologii mariawickiej (wypełnienie Woli Bożej „w nas, przez nas i nad nami”), a Terlikowski ocenia postawę Mateczki następująco: „Jej działania mogły nie wynikać wcale z posłuszeństwa objawieniom, tylko być próbą testowania przywiązania i miłości księdza Jana Marii Michała.” (222)
W jednym zdaniu Terlikowski spina podważenie wiarygodności już nie Objawień, ale wiary M. Franciszki w nie, kontynuując spekulacje pozateologiczne o intencjach Założycielki i przyszłego biskupa. A jeśli ktoś ma wątpliwości, że o to właśnie chodzi to przeczyta stronę dalej opis gestu wierności M. Michała wobec Mateczki: „Co oznacza to wyznanie? I tu, jak poprzednio, odpowiedzi mogą być dwie: religijna i bardziej przyziemna. Ta druga odpowiedź narzuca się sama: zakochany mężczyzna nie wyobraża sobie życia bez kobiety, którą darzy miłością…” (223).
Zresztą, na dalszych etapach Terlikowski mówi o niesprzecznym współistnieniu wariantu mistycznego i seksualnego „jeśli sobie uświadomimy, jak blisko są niekiedy erotyka i mistyka.”
Nie mniej tendencyjne i wynikające z niezrozumienia właściwości ruchu mariawickiego i starokatolickiego są tezy, dotyczące kontaktów mariawityzmu z biskupami Unii Utrechckiej – ci pierwsi ukazywani są jako ciało obce i nieokrzesańcy, a ci drudzy jako reprezentanci przemyślanej teologii. Warto przypomnieć, że gdy rodziła się Unia Utrechcka biskupi holenderscy z porównywalnym sceptycyzmem, co na mariawitów, patrzyli na rodzący się w Niemczech Kościół starokatolicki, obawiając się, iż ten „ze swoimi reformami może pójść za daleko.” [przyp. 6] Ten fakt średnio pasuje do narracji Terlikowskiego.
Ucieczki do przodu
Kolejną strategią konstruowania obrazu początków ruchu mariawickiego jest budowanie wrażenia, że Mateczka, a po jej śmierci już tylko abp M. Michał, próbują przykryć trudne wydarzenia, inicjując dalsze reformy.
Terlikowski odnotowuje nawet “dwie ucieczki do przodu”. O pierwszej, „mistycznej ucieczce do przodu” (264) mówi w odniesieniu do budowy Świątyni (dla mariawitów sanktuarium wpisane w teologię Dzieła Wielkiego Miłosierdzia), a o drugiej, gdy opisuje czas po procesie przeciwko bp. M. Michałowi Kowalskiemu, stwierdzając, że tą ucieczką był brak żalu, pokuty i postanowienia poprawy (333).
Oczywiście, odnosząc się do samego procesu, Terlikowski nie ma żadnych wątpliwości co do słuszności oskarżenia i wyroku, nawet jeśli mówi o votum separatum jednego z sędziów (ewangelika zresztą).
Jakimś dziwnym, oczywiście zaskakującym trafem, Terlikowski przemilcza fakt, że część kobiet zeznających przeciwko arcybiskupowi, wycofała swoje zeznania, stwierdzając po prostu, że mijały się z prawdą. Terlikowski wierzy w uczciwość procesu i nie podejrzewa żadnych wpływów na linii państwo – Kościół, gdy politykę wyznaniową II Rzeczypospolitej za biurkami urzędniczymi współkreowali duchowni rzymskokatoliccy, a ci, jak wiadomo, mariawityzmowi i innym mniejszościom wyznaniowym ekumenicznie życzyli jak najlepiej.
Czytelnicy wybaczą, że najbardziej clickbajtowy rozdział książki (18) o domniemanych ekscesach seksualnych biskupów mariawickich, w tym abpa M. Michała potraktuje oszczędnie. Terlikowski nie podaje wiarygodnych źródeł potwierdzających, że w klasztorze, w którym w punkcie kulminacyjnym mogło znajdować się nawet 700 osób, dochodziło do przypadków pedofilii. Opowieści z drugiej czy trzeciej ręki mają niską lub żadną wartość dokumentalną, nawet jeśli „połowa Polski” ekscytuje się dziś „rewelacjami” o prawie do pierwszej nocy.
Nie oznacza to, że zachowanie abp. M. Michała wtedy i dziś mogło być i było odbierane za niewłaściwe, szczególnie w stosunku do zakonnic. Nie ma sensu z zachowań niedopuszczalnych i wątpliwych czynić cnotę. Abp Michał przy całym swoim geniuszu był tylko człowiekiem i grzesznikiem, a jego święte męczeństwo niczego nie niweluje, ani samo nie jest unieważnione.
Terlikowski operuje domysłami albo Peterkiewiczem, sięga po pojedyncze wypowiedzi, z których buduje zasadniczą osnowę książki, że w przypadku mariawityzmu mamy do czynienia z sektą powstałą na bazie niezaspokojonych ambicji, urojeń i dysfunkcjach seksualnych założycieli. I dokładnie na tym ogniskuje się narracja autora. Terlikowski stwierdza, że reformy abpa Michała, w tym kapłaństwo kobiet, ogłoszenie ustania Ofiary i małżeństwa zakonne „doprowadziły do rozpadu mariawityzmu na dwa zwalczające się wyznania” (329).
Należy nadmienić, że ani święcenia kobiet, ani też „małżeństwa mistyczne” nie były powodem rozłamu w 1935 roku, gdyż jeszcze przez dłuższy czas po rozłamie Płock święcił kobiety i nigdy nie ogłosił nieważności tych święceń. Terlikowski stawia jednak tezę, że zanim do rozłamu doszło „zapłacono – jak to w mariawityzmie bywa – (podkreślenie moje — DB) – metodami religijnymi żonom arcybiskupa i pozostałych biskupów, ofiarowując im kapłaństwo za wierność i zgodę na zachowanie ich mężów. Stygmatyzująca etykietka „jak to w mariawityzmie bywa” uzupełniona o przekonanie, iż święcenia biskupie kobiet to efekt matrymonialnego handlu, a więc symonii, mówi wiele lub prawie wszystko o intencjach autora i braku uprzedzenia do mariawitów.
Zasygnalizować należy również nieprawdziwe informacje Terlikowskiego, odnoszące się do kapłaństwa ludowego i celibatu w Kościele Katolickim Mariawitów (361–372) oraz tendencyjnego ukazania tegoż kapłaństwa w kontekście mszy ludowej. To istotne, co już sygnalizowałem, że autor zna mariawityzm recyklingowany, czytał część źródeł (oczywiście na swój, zarysowany powyżej sposób), ale nie zna rzeczywistości, którą opisuje ekstrapolując prywatne, w tym mroczne komisyjne doświadczenia, na mariawityzm.
Są jednak stwierdzenia, co do których Terlikowski ma rację, choćby wtedy, gdy pisze – wydawałoby się rzecz oczywistą – że Objawienia doprowadziły do rozłamu w Kościele (374). Należałoby uznać również inną dynamikę niż papieskie założenie: do rozłamu doszło dlatego, że to Rzym objawień nie uznał, bo ich nie rozpoznał, podobnie jak Żydzi nie rozpoznali Mesjasza. W sformułowaniu Terlikowskiego pobrzmiewa wszystko to, co w wielu miejscach nie tylko sugeruje, ale też mówi wprost. Terlikowski nie tyle krytykuje Objawienia czy podejmuje z nimi autorską, teologiczną polemikę, co stwierdza, że były niewiarygodne. Tym samym umiejscawia mariawityzm na płaszczyźnie zbiorowego zwiedzenia, wskazując w konsekwencji, że mariawitki i mariawici – kiedyś i dziś – znajdują się w beznadziejnej sytuacji, z której jest tylko jedno wyjście.
Terlikowski nie potrafi patrzeć na mariawityzm inaczej niż przez pryzmat nadużyć (nie ma znaczenia czy prawdziwych, czy wyimaginowanych), a jednoznaczne pozytywy, jakie widzi, dostrzega w działalności społecznej mariawitów lub pochodnych (zob. wyżej fragment o teologii miłosierdzia).
Książka „Mateczka” nie jest spotkaniem z mariawityzmem, a jego kontestacją jako całości. Jest stwierdzeniem bezzasadności mariawityzmu jako samodzielnego, dojrzałego ruchu religijnego, któremu w niezwykle krótkim czasie udało się wypracować własną teologię, złożoną tożsamość i kulturę, manifestującą się w liturgii, pobożności. Widoczna ona jest również w rozłamie, który oprócz smutnego podziału trwającego do dziś, ukazał niezwykłą dynamikę wiary. Można się zgadzać z nią lub nie, ciskać ortodoksyjne gromy i wyśmiewać tudzież sprowadzać ad absurdum i jest to prawo Terlikowskiego, które on skrzętnie wykorzystuje.
Moja zdecydowanie negatywna ocena tej książki wynika z wielu okoliczności, głównie tych, które starałem się przedstawić powyżej. Ale jest też jeden aspekt, który utwierdza mnie w najgłębszym przekonaniu, że Terlikowskiemu absolutnie nie chodzi o ujawnienie mechanizmów czy naprawę czegokolwiek.
W odniesieniu do mariawitów Terlikowski stosuje podobne metody, które wielu rzymskokatolickich teologów i publicystów uskuteczniało w kontekście jubileuszu 500-lecia Reformacji i później. To nieustanny motyw odmawiający prawa do istnienia i miękko wyrażanej religijnej supremacji pod osłoną pluszowej tolerancji. Terlikowski napisał książkę, która jest „mariawickim” odpowiednikiem filmów i publikacji Lisickiego i Brauna i w tej roli się sprawdził. Niestety. Chciałbym zwrócić na to uwagę Czytających, którzy są moimi współwyznawcami i/lub po prostu przychylnymi obserwatorami mikrokosmosu ekumenicznego. To wyrachowana gra, w której nie chodzi tylko o sensację czy oburz, ale o radykalną negację.
Po opublikowanym oświadczeniu władz Kościoła Starokatolickiego Mariawitów z 16 lipca 2025 r., autor „Mateczki” ogłosił w mediach społecznościowych, że oto pierwszy raz w życiu oficjalne władze kościelne „potępiły” jego książkę. To, co Terlikowski dla własnej i tylko własnej sprawy próbuje ugrać i rozegrać to żadna obrona niezależnego dziennikarstwa. Pewien stopień uradowania autora z powodu „potępienia”, które potępieniem nie jest, bo takiego Kościół Mariawicki z zasady nie wypowiada, dziwić nie powinien.
Co można powiedzieć współczesnym mariawitkom i mariawitom, którzy w księgarniach, mediach społecznościowych, czasopismach i wielu innych nośnikach elektronicznych konfrontowani są z takim ujęciem Założycielki, mariawityzmu, a w konsekwencji ich samych? Należy przede wszystkim zachować spokój i dystans, mimo smutku i poczucia zranienia czy doznania niczym niezasłużonej niesprawiedliwości. Należy stawiać sobie pytanie o własną tożsamość i jej sens.
Czy książka Terlikowskiego domaga się jeszcze jakiejś odpowiedzi? Być może taka nadejdzie.
Myślę jednak, że najbardziej konstruktywną odpowiedzią będzie wsparcie remontu budynków przy Świątyni Miłosierdzia i Miłości w Płocku z dopiskiem „Mateczka”:
Kościół Starokatolicki Mariawitów
86 1020 4476 0000 8102 0529 0731
Dariusz Bruncz
Przypisy:
[1] Volker Leppin, Ruhen in Gott, CH Beck, München 2021, s. 11 i 15 n.
[2] Hanna M. Rafaela Woińska: Nauka Założycielki Mariawityzmu o doskonałości chrześcijańskiej. W: Z dziejów Królestwa, Felicjanów 1972, s. 272 n. Znamienne jest to, że s. M. Rafaela odwołuje się m. in. do słów ks. Artura Rhode, jedynego ewangelickiego pastora, który poznał Mateczkę, a zapiski swoich mariawickich wrażeń zawarł w obszernej książce „U Mariawitów” z 1911. Nieznaczny fragment jego wspomnień przedrukował „Mariawita” 3/1962, s. 55–60. Por. także przyp. 5.
[3] Wojciech Różyk: „Objawienia” Marii Franciszki Kozłowskiej według rękopisu z Archiwum Watykańskiego, Świdnica 2006.
[4] Tomasz D. Mames: Eucharystia Kościoła Starokatolickiego Mariawitów, Warszawa 2022, s. 13 i 49 n.
[5] Mistrzyni Ducha. W 120. Rocznicę Objawień Mateczki, tom 2, Felicjanów 2013, s. 168.
[6] Por. A. Suter, A. Berlis, Th. Zellmeyer: Die Christkatholische Kirche der Schweiz. Geschichte und Gegenwart, Zürich 2023, s. 22.