- 25 września, 2026
- przeczytasz w 3 minuty
Na łamach Tygodnika Powszechnego (38/2026) ukazał się artykuł ks. Kazimierza Bema „Nie tak pusto jak mówiono”, który jest odpowiedzią na bajkowo-patriotyczne wynurzenia jednowyznaniowej opowieści o powojennych czasach na tzw. Ziemiach Odzyskanych.
Ziemie odzyskane, kościoły zagarnięte
Na łamach Tygodnika Powszechnego (38/2026) ukazał się artykuł ks. Kazimierza Bema „Nie tak pusto jak mówiono”, który jest odpowiedzią na bajkowo-patriotyczne wynurzenia jednowyznaniowej opowieści o powojennych czasach na tzw. Ziemiach Odzyskanych.
Tekst ks. Bema, redaktora naczelnego Jednoty i ongiś redaktora portalu ekumenizm.pl, jest reakcją na specjalne wydanie TP zatytułowane „Ziemie odzyskiwane”. Jest tam mowa o przejmowaniu poewangelickich kościołów, ale o ewangelikach zasadniczo nic. Duchowni rzymskokatoliccy przedstawiani są zazwyczaj w takich opowieściach jak apostołowie-misjonarze, które na prawie jałową ziemię przynoszą światełko Ewangelii.
To bardzo dobrze, że Tygodnik Powszechny zdecydował się na publikację tekstu ks. Bema, jednak problem z pamięcią historyczną jest głębszy. Dotyka bowiem nierozwiązanych, nieopowiedzianych spraw niechcianego rozdziału rzymskokatolicko-ewangelickich relacji, które gdzieś giną pod fajansem zapomnienia.
Wystarczy poczytać część komentarzy, jakie pojawiły się w mediach społecznościowych pod tekstem Bema, by wyekstrahować to, co charakterystyczne dla narracji zapomnienia i bezwstydnej kolonizacji ewangelickiego mienia i dziedzictwa.
Szczególnie odpychające są te komentarze, obecne także w przestrzeni werbalnej, wskazujące, że przecież taki czy inny kościół był budowany pierwotnie jako (rzymsko)katolicki. Przemilcza się przy tym fakt, że generalnie moment, kiedy dany kościół stawał się ewangelicki to był też ten moment, kiedy miejscowa ludność stawała się ewangelicka. Ci sami ludzie, którzy budowali dany kościół lub byli potomkami budowniczych, decydowali się na inną drogę duchowości i dalej dbali o kościół – gdy następowały pożary albo zawieruchy wojenne to odbudowywali albo rozbudowywali, porządkowali i przekazywali dalej. Nie byli ciałem obcym, ale dbali o SWOJE.
Przykładów instrumentalizowania historii do celów apologetyczno-wyznaniowych jest więcej.
Podróżując często po zachodnich ziemiach zaglądam do dawnych kościołów ewangelickich, aby zobaczyć, czy i w jakim stopniu dawne dziedzictwo jest zachowane lub nawet uhonorowane. Są oczywiście miłe dla luterańskiego oka przykłady w lubuskim Klępsku czy w katedrze koszalińskiej, ale są też takie miejsca jak w Trzebiatowie, gdzie rozpoczęła się pomorska reformacja, a tamtejszy kościół Macierzyństwa NMP był ośrodkiem działalności ks. dra Jana Bugenhagena, wybitnego reformatora Pomorza, Danii i Niemiec, a przy okazji spowiednika Lutra.
Tamże, na niebrzydkiej tablicy uwagę zwracają dwie daty z opisami:
„ok. 1534 r. roku na skutek luterynizacji kościół dostaje się w ręce protestantów.
- X 1945 kościół wraca do macierzy polskiej i katolickiej.” (pisownia oryginalna)
Pomijając fakt tzw. luterynizacji ujętej w epoce ekumenicznej w kategoriach jednostki jakby chorobowej i wciąż raczącej swoim semantycznym wdziękiem odwiedzających ten piękny kościół, warto zwrócić uwagę właśnie na filozofię przejęcia i zajęcia. Kościół „dostaje się w ręce”, podczas gdy najzwyczajniej w świecie lokalna ludność przeszła na zreformowany porządek ewangelicki i dalej modliła się w swoim kościele, tylko że inaczej. Na skutek powojennych migracji jedno opuścili Trzebiatów, a przyszli inni i przejęli kościół, który przez większość swojego istnienia był ewangelicki.
W przypadku kościołów wybudowanych przez ewangelików i dewastowanych oraz przejmowanych przez katolickich komisarzy ręka w rękę z komunistycznymi aparatczykami serwuje się inną narrację, że właściwie ludność katolicka przyszła na spaloną ziemię – pod względem duchowym i materialnym, co absolutnie nie było prawdą. Pojawiające się na rynku wydawniczym liczne publikacje o tzw. ziemiach odzyskanych zdecydowanie temu przeczą.
Temat ten nie był przedmiotem poważnego rozliczenia między ewangelikami a katolikami na gruncie chrześcijańskiej sprawiedliwości.
W mojej rodzinnej Łodzi praw własności do historycznych kościołów Świętej Trójcy i św. Jana należało dochodzić na drodze sądowej. To co ewangelickie – oczywiście jednocześnie stawiano znak równości z niemieckością – było czymś, co niejako silniejszym się należało jak przysłowiowemu psu zupa. A że temu towarzyszyły też dewastacje pozostałego kościoła i nekropolii ewangelickich to też nieodłączna część tej opowieści.
Wielka szkoda, że ten wątek – nie tylko w relacjach ewangelicko-rzymskokatolickich – jest wciąż nieobecny.