O, nie! Polityka!

0

Często słyszymy pytanie – „co różni Cerkiew od Kościoła?”. Ci bardziej oswojeni z dogmatyką jednym tchem wymienią trzy głównie drzazgi wbite w naszą jedność: prymat i nieomylność Papieża Rzymu, Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny i oczywiście Filioque. Ci bardziej liberalni i nieświadomi powiedzą „nic- wszak Bóg ten sam”. Ale jest jeszcze trzecia droga, którą podążymy w tym felietonie- polityka i forma instytucji.

Odkopmy to, co budzi nierzadko zmieszanie i zgorszenie wśród polskich chrześcijan- politykę w Kościele/Cerkwi. Nasze rozważania ograniczymy w znacznej mierze do podwórka Rzeczypospolitej Polskiej i Kościoła Prawosławnego, choć tradycyjnie zaczniemy małym wprowadzeniem tła historycznego.

Na samym wstępie warto jednak zauważyć, że słynny „rozdział Kościoła od państwa” nie istnieje i nie istniał przynajmniej od IV wieku. Zatrzymajmy się więc minutą ciszy nad edyktem mediolańskim z 313 roku i jego konsekwencjami. Zrównanie religii w Cesarstwie Rzymskim przyniosło skutki, które odczuwamy do dziś. Przede wszystkim uśpiono czujność chrześcijan. Kościół błyskawicznie zaczął upodabniać się do rzymskiej administracji i dworu, czego spadkobiercą w swojej postaci i prawie jest Kościół rzymskokatolicki, zaś w duchu i kulturze – Kościół prawosławny.

W historii obserwujemy wiele prób wciśnięcia Kościoła w ramy podległości politycznej, z czego najsłynniejsze (poza edyktem mediolańskim) to kwitnący bizantyjski cezaropapizm, przepychanki o autokefalie bałkańskie, podporządkowanie Cerkwi wobec sułtana, tragiczna w skutkach Unia Brzeska, kasacja Patriarchatu Moskiewskiego przez Piotra Wielkiego i wiele, wiele innych. Pomiędzy tymi działaniami nie sposób zauważyć również prób wyrzucenia religii z ciała państwa.

Mechanizm jej marginalizacji w życiu społecznym jest ciągle ten sam, a wyraźny początek rysuje się w czasie Rewolucji Francuskiej. Ścięła ona nie tylko wiele szlachetnie urodzonych głów, ale przede wszystkim inne potrzebne części ciała Kościoła Powszechnego. Średnie i późne Oświecenie (nazywane po grecku jakby z lekką ironią „Prześwieceniem” – Διαφωτισμός) wydaje też owoce (choć raczej można określić jako „gruszki na wierzbie”) w krajach o dominującej lub znaczącej roli prawosławia. Potwierdza to chaotyczna i naszpikowana błędami polityka władz polskich u schyłku I RP, z drugiej zaś strony pojawienie się wybitnie antyklerykalnych „Ojców Założycieli” nacjonalistyczno-prawosławnej Republiki Grecji. W obu, wydaje się, skrajnych przypadkach, chodziło o wyrzucenie Kościoła poza decyzyjną orbitę polityczną. W post-oświeceniowej realpolitik Kościół jest potrzebny władzy państwowej tylko na konkretnych zasadach – ma być uzależniony, niedecyzyjny i grzecznie sankcjonować poczynania władzy, choć najlepiej jakby w ogóle nie istniał. Obserwowaliśmy takie zjawiska m. in. podczas krwawego okresu komunizmu, gdzie państwo rosyjskie zafundowało swojej Cerkwi istną rzeź i próbę spalenia do gołej ziemi. Podobne tendencje, choć już bez rozlewu krwi, widzimy we współczesnej Europie; nie omijają one również Polski, w której Kościół rzymskokatolicki dostał niebezpiecznej dla zdrowia zadyszki, a Kościół prawosławny jest rozdzierany dziesiątkami wewnętrznych konfliktów i nie ma pomysłu na odnalezienie się w dynamicznej sytuacji krajowej polityki i demografii.

Czy mówiąc o polityce w Kościele pamiętamy o nasłaniu skrytobójców na św. Jana Chryzostoma przez patriarchę aleksandryjskiego Teofila i strącenie tego pierwszego z tronu za, powiedzmy, obywatelskie nieposłuszeństwo? A o otwartej wojnie między św. Ambrożym Mediolańskim (który był jednocześnie świeckim gubernatorem Ligurii) a cesarzem Teodozjuszem o formę koegzystencji Kościoła i państwa? Czy zapomnieliśmy o krwawym sporze mnichów i patriarchów Konstantynopola z Cesarzem o kult ikon?

Pamiętamy o politycznych perypetiach Cerkwi Bułgarii w celu uzyskania autokefalii, o samowoli Cerkwi Rosji, Grecji czy Rumunii w uzyskaniu własnej niezależności? Widocznie nie pamiętamy, bo w świetle tych i wielu innych faktów nie oburzalibyśmy się na zaangażowanie Kościoła w krajową politykę. Odpowiecie: „no taaaak, ale to było dawno, czasy inne, Facebuka nie było – więc zanim ktoś zdążył nakręcić konkretną aferę to jej powód zazwyczaj zdążył umrzeć, a cała reszta- o sprawie zapomnieć.”

Dlatego upewnijmy się, że niewielu z nas pamięta też o wybitnych politykach prawosławia czasów współczesnych. Mimo braku posiadania kategorii świętości zapisali się oni złotymi literami w historii swoich państw i narodów nie tylko jako duchowni. Prócz etnarchów- Patriarchów Konstantynopola po 1453 roku są to: Arcybiskup Nowej Justyniany i całego Cypru Makary III (jednocześnie dożywotni Prezydent Cypru w latach 1960- 1977), Patriarcha Rumunii Miron (jednocześnie premier Rumunii w 1938- 1939) oraz Arcybiskup Aten i całej Hellady Damascen (jednocześnie Wicekról w latach 1944- 1946 i premier Grecji w 1945 roku). Ponadto, wielu księży i biskupów było w Grecji w XIX wieku posłami i ministrami pełniącymi swoje obowiązki pełną kadencję (ks. Papaflesas był nawet premierem). Z racji oszczędności miejsca pominiemy też wiele imion patriarchów Konstantynopola, którzy sprawowali funkcję cesarskich regentów.

Powracając refleksyjnie do tych postaci zadajmy sobie pytanie- czy wobec ich dokonań dalej możemy grzmieć „wara Kościołowi od polityki”? Przecież nie tak dawno księża i Kościół stawali w obronie naszych praw i wolności przy aplauzie całego społeczeństwa. Nie tylko pozwalaliśmy, by Kościół kreował politykę, ale wręcz tego wymagaliśmy. Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie sytuację, kiedy to tłumy wiernych z obrzydzeniem odwracają się od płomiennych politycznych-„niepolitycznych” kazań kardynała Karola Wojtyły czy metropolity Dionizego Waledyńskiego, a szeroko rozumiana opinia publiczna pokazuje Kościołowi władczo, że miejsce polityki jest w Sejmie, a z ambony to można jedynie o Bogu mówić?

Gdzie jest ta magiczna granica, która wyznacza pozwolenie na tematy polityczne w Cerkwi, bo przecież nie oddziela tych dwóch żywiołów, które od wieków są ze sobą połączone? Dlaczego pozwalamy, by Cerkiew zaraziła się tą post-oświeceniową chorobą, która od dłuższego czasu męczy bratni sąsiedni Kościół rzymskokatolicki? Wreszcie- jak potoczyłaby się historia, gdyby duchowni nie weszli w odpowiednim czasie w buty polityków i nie przejęli sterów z kryzysowych momentach społeczeństw/państw/narodów?- celowo na to nie odpowiem i zostawię nam wszystkim pod rozwagę.

Ponieważ szersza analiza tego problemu jest tematem na doktorat (którego ciągle nie mogę spłodzić) pozwólcie Drodzy, że skupię się na polskim prawosławiu. Jego początków należy upatrywać w misji Świętych Cyryla i Metodego, którzy, prócz Moraw, objęli swoją działalnością także tereny dzisiejszej Małopolski i Dolnego Śląska. Misji, na którą zostali wysłani przez cesarza bizantyjskiego. Głoszenie Ewangelii zawsze rozpoczynali od dworów książęcych, z resztą jak i wszyscy misjonarze. Jej oczywistym celem było pozyskanie Słowian jako sojuszników cesarza i nikt w tamtym czasie nie ukrywał tych zamiarów. Polityka? Nie, skądże.

Po zmiażdżeniu misji Świętych Braci przez frankońskich biskupów (bo jak tak można się modlić w języku słowiańskich barbarzyńców?) powróciła ona do nas „tylnymi drzwiami” podczas przyłączenia Rusi Halickiej. Wtedy król Kazimierz Wielki zabiegał o utworzenie autonomicznej metropolii na terytorium Polski. Polityka? No way.

Unia brzeska z 1596 r. – setki doktoratów- ale sekundę poświęćmy księciu Konstantemu Ostrogskiemu, który wszelkimi możliwymi sposobami walczył o zachowanie prawosławia. Jego roczne „PKB” było większe niż królewskiego skarbca, a Cerkwi nie szczędził złota – oby tylko przeżyła. Cerkiew widziała w nim obrońcę swoich spraw w królewskiej „centrali”, a sam książę majstrował przy jej reorganizacji w I RP. Ponadto jednym z powodów Unii Brzeskiej była chęć biskupów prawosławnych do zasiadania w Senacie. Polityka? Ale gdzie tu polityka?

Wreszcie, okres najnowszy- ustanowienie Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego [PAKP]. Dzięki staraniom wielu biskupów (Rosjan) i niebywałej odwadze i charyzmie metropolity Dionizego Waledyńskiego (Rosjanina) Cerkiew w Polsce uzyskuje niezależność. Dzieje się to w czasie, kiedy każda iskierka rosyjskości dyskwalifikowała w życiu społecznym. Ktoś zapyta – polityka? Tym razem daruję sobie ironię i odpowiem; tak – dalekowzroczna i mądra polityka, której dziś często brakuje decydentom.

Dlaczego więc dzisiaj, nauczeni doświadczeniami z historii, ciągle odwracamy głowę od „religijnych” polityków? Przecież gdyby nie ich poświęcenie to losy naszej lokalnej i światowej Cerkwi stałyby pod dużym i mglistym znakiem zapytania. Prawdopodobnie nasze zagubienie bierze się z obecnych problemów Kościoła rzymskokatolickiego, które poprzez ogólną narrację medialną stały się zaraźliwe. Dzisiaj to on jest na celowniku, a jutro będą następni, mniejsi- kto zechce rzucić kamieniem, z łatwością go znajdzie. Przy okazji warto tutaj obalić argument, jakoby problemy łacinników w Polsce nie dotyczyły mniejszościowych wyznań chrześcijańskich. A to prawosławie stanowi właśnie drugie płuco naszego kraju, którym oddychała przez wieki Rzeczpospolita (póki nie dostała zapalenia płuc, a potem raka).

Dlaczego więc, jako pełnoprawni spadkobiercy polskiej państwowości i wojskowości wstrzymujemy oddech i udajemy, że to, co państwowe, jest be i fe? Rezygnując z troski o naszą własną politykę dajemy się wplątać (lub pośrednio sankcjonować) w inne gierki polityczne, które przyczyniają się do pogłębiania rys nie tylko między prawosławiem a Polską, ale przede wszystkim tworzą i mnożą podziały w samej Cerkwi.

Czas w końcu odczarować pewne społeczne zabobony, których w polskim prawosławiu nie brakuje. Jednym z nich jest właśnie przeświadczenie ludu Bożego, że „w Cerkwi nie ma miejsca na politykę”. Pielęgnowane jest ono bezmyślnie przez duchowieństwo, a wierni często podnoszą z dumą ten argument jakoby odróżniający prawosławie od rozpolitykowanego polskiego katolicyzmu. Niestety, wszystkie znaki w księgach i archiwach wskazują, że w Cerkwi nie tylko jest miejsce na politykę, ale polityka jest nawet jednym z elementów składowych Kościoła prawosławnego w ogóle.

Na forum często jest przytaczany fragment Ewangelii św. Mateusza, który mówi o oddawaniu „co cesarskie cesarzowi, co Boskie- Bogu”. Jednak w tym cytacie (Mt 22, 21) wcale nie chodzi o wykluczenie przenikania się elementu państwowego i religijnego, a o należyte wypełnianie obowiązków wobec obu tych elementów ludzkiego życia. Szerzej można to porównać do zalecenia dbania o życie cielesne i duchowe. Już trafniejszą perykopą wydaje się ta mówiąca o tym, że „nie można dwóch panom służyć – Bogu i Mamonie” (Mt 6, 24), choć i w tym przypadku niektóre sprawy stoją u nas na głowie.

Gdyby jednak cytat z Mateusza faktycznie zakazywał jakiegokolwiek współdziałania administracji państwowej i Kościoła, zapewne zauważyliby to Święci Ojcowie biorący udział w Soborach Powszechnych. Warto przypomnieć, że zwoływali je cesarze, a w Pierwszym Powszechnym żywy udział brał pogański (później święty) cesarz Konstantyn Wielki występujący w roli Pontifex Maximus- czyli Najwyższego (pogańskiego) Kapłana Cesarstwa Rzymskiego. Ten model współpracy między administracją Cerkwi i Państwa historycy nazywają synergią, a najbardziej rozpoznawalnym symbolem jedności wiary i polityki jest dwugłowy orzeł bizantyjski, który do dzisiaj jest nieformalną flagą greckiego Prawosławia i godłem między innymi Rosji i Serbii. Legendarny bizantyjski cezaropapizm był poniekąd podstawą wszelkich średniowiecznych i nowożytnych autokefalii, które były inicjowane w sposób stricte polityczny. Dzisiaj czcimy świętych tych ziem i zapominamy o ich często państwowotwórczej roli. Nie ma tu miejsca na argumenty „ale to było co innego”, „Kanony zakazują”, „to inne czasy”. Póki nie uświadomimy sobie, że dzięki polityce i politykom istnieje Prawosławie i Chrześcijaństwo w ogóle, to będziemy cierpieć poznawcze katusze.

Nie warto się ograniczać w imię nieuzasadnionych zabobonów i poprzez zakrzyczenie pozbawiać się możliwości działania. Jako wierzący i praktykujący powinniśmy żywo interesować się tym, kto nas reprezentuje w administracji państwowej. Kościół/Cerkiew to nierzadko nasz drugi dom, często nasz jedyny krąg znajomych i przyjaciół, miejsce aktywności społecznej. Spójrzmy na politykę z realizmem i troską o nas samych. Odkryjemy wtedy, że nasz głos i inicjatywy mają na nią olbrzymi wpływ.

Z racji toczącej się obecnie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego oszczędzę nam nazwisk, ale nad tym tematem pochylę się publicystycznie jeszcze nie raz. Mogę jednak zapewnić, że w każdym z obecnych na scenie ugrupowaniu mamy nie tylko prawosławnych, ale też jego sympatyków i przyjaciół.

W końcowej refleksji przypomina mi się taki internetowy mem, na którym pewien człowiek przegląda obrazki w internecie.

Na pierwszym – obraz Buddy z cytatem: „miłujcie waszych nieprzyjaciół”; wzruszony mężczyzna wzdycha: „jakie to piękne!”.

Na drugim – zdjęcie Gandhiego ze słowami: „miłujcie waszych nieprzyjaciół”; to samo wzruszenie i okrzyk: „ach, jakie to głębokie!”.

Na trzecim- obraz Chrystusa i jego przykazanie: „miłujcie waszych nieprzyjaciół”; w tym momencie mężczyzna odrzuca się z obrzydzeniem i krzyczy: „o nie, religia!”.

Podobnie jest w naszej świadomości, którą mam nadzieję choć odrobinę ubogaciłem swoim felietonem.

Na pierwszym obrazku- dofinansowania na budowy, remonty i szeroko pojętą działalność kulturalno- religijną; „och, jak fajnie!”

Na drugim – duchowni na państwowych cywilnych i mundurowych etatach (plus religia w szkole); „ach, jak dobrze, że są!”

Na trzecim – rozmowa o wyborczych kandydatach z kręgu Cerkwi; „O nie! Polityka!”

Tak, idźmy 26 maja i do cerkwi, i na wybory. Wszakże musimy oddać „co cesarskie- Cesarzowi, co Boskie zaś- Bogu”


Patryk Panasiuk, lingwista, teolog, badacz dyplomacji Kościoła Prawosławnego. Absolwent Narodowego Uniwersytetu im. Jana Kapodistriasa w Atenach (2014) oraz Uniwersytetu Warszawskiego (2017), prezes Fundacji „Hagia Marina”.