Czas na przełom
- 20 grudnia, 2006
- przeczytasz w 4 minuty
Sprawa współpracy arcybiskupa Stanisława Wielgusa z komunistyczną bezpieką musi być ostatecznie i do końca wyjaśniona. I to na tyle szybko, by wyjaśnienia mogły być opublikowane przed ingresem abp Wielgusa w Warszawie. Polski Kościół stanął w obliczu największego jak dotąd skandalu lustracyjnego. Jak poinformowała „Gazeta Polska” nowy metropolita warszawski abp Stanisław Wielgus przez ponad dwadzieścia lat miał współpracować z peerelowską bezpieką. Współpraca miała rozpocząć się pod koniec lat 60. […]
Sprawa współpracy arcybiskupa Stanisława Wielgusa z komunistyczną bezpieką musi być ostatecznie i do końca wyjaśniona. I to na tyle szybko, by wyjaśnienia mogły być opublikowane przed ingresem abp Wielgusa w Warszawie.
Polski Kościół stanął w obliczu największego jak dotąd skandalu lustracyjnego. Jak poinformowała „Gazeta Polska” nowy metropolita warszawski abp Stanisław Wielgus przez ponad dwadzieścia lat miał współpracować z peerelowską bezpieką. Współpraca miała rozpocząć się pod koniec lat 60. Oficerowie prowadzący oceniali działalność TW Adama (bo taki kryptonim miał nosić obecny arcybiskup) wysoko. A o zaangażowaniu hierarchy we współpracy może świadczyć fakt, że trwać ona miała aż do momentu rozwiązania SB, czyli do stycznia 1990 roku.
Arcybiskup Stanisław Wielgus odrzucił oskarżenia. Podobne stanowisko zajął Prymas Polski. – Bez względu na wszystkie oskarżenia, ja wierzę arcybiskupowi Stanisławowi Wielgusowi – powiedział kardynał Józef Glemp.
Na razie jednak obie strony odwołują się wyłącznie do zaufania do siebie. „Gazeta Polska” oskarża arcybiskupa Stanisława Wielgusa o wieloletnią współpracę z komunistyczną bezpieką, ale nie przedstawia na to dokumentów, które stałyby się rzeczywistymi dowodami. Abp Wielgus zaprzecza i uznaje artykuł w tygodniku za atak na niego samego i prezentowany przez niego światopogląd, ale nie przejawia chęci profesjonalnego wyjaśnienia całej sprawy.
Kwestia domniemanej współpracy nowego metropolity warszawskiego z bezpieką nie może być jednak rozpatrywana w kwestiach wiary i niewiary. Te bowiem, jak naucza katechizm, odnoszą się do rzeczy niewidzialnych. Współpraca z bezpieką zaś jest rzeczą, którą sprawdzić można i należy empirycznie, poprzez wykonane przez kompetentnych historyków badania dokumentów SB czy innych materiałów z epoki. I właśnie na ujawnienie dokumentów (tak przez formułujących oskarżenia dziennikarzy jak i IPN) oraz ich rzetelne przebadanie trzeba teraz czekać.
Przebadanie wszystkich dokumentów dotyczącej domniemanej współpracy abp. Wielgusa z bezpieką oraz ich upublicznienie, jeszcze przed ingresem, jest obecnie jedynym pozwalającym zachować twarz wyjściem dla polskiej hierarchii, ale także dla samego oskarżonego. Udawanie, że problem nie istnieje, sugerowanie, że stoją za nim ubecy (tak jakby w departamencie IV działała komórka proroków, którzy 40 lat temu przewidzieli, że dobrze zapowiadający się adiunkt zostanie w przyszłości, po upadku komunizmu, metropolitą warszawskim), którzy chcą skompromitować hierarchę z powodu jego poglądów – tylko wzmacniają podejrzenia, że arcybiskup jest winny, a przynajmniej, że ma coś na sumieniu. A nie ma chyba nic gorszego dla pasterza rozpoczynającego swoją posługę, niż takie podejrzenie.Pytanie tylko, czy polski Kościół (a niestety także Stolica Apostolska) rzeczywiście chce takich badań? Jak dowodziłem na łamach “Dziennika” w będącym ostatnio przedmiotem sporu tekście, mianowanie na metropolitę warszawskiego człowieka, o którym media (jako pierwszy zrobił to “Przekrój”) już kilka tygodni temu pisały, że może on być TW, może dowodzić, że linia zamiatania sprawy pod dywan, załatwiania problemów w wąskim gronie duchownych, a także siłowego uciszania zwolenników lustracji jest już nie tylko stanowiskiem polskiego episkopatu, ale także Kurii Rzymskiej.
Trudno sobie jednak wyobrazić gorszy scenariusz rozwoju wypadków niż ten zarysowany powyżej. Informacje o współpracy duchownych z bezpieką i tak będą wyciekać, dziennikarze i historycy nie zaprzestaną badań, a autorytet metropolity warszawskiego nie powstrzyma dociekliwych badaczy przed dociekaniem prawdy o teczce biskupa Wielgusa. Sprawy będą więc docierać do opinii publicznej, a zaprzeczający dokumentom i informacjom hierarchowie będą tracić kredyt zaufania, którym wciąż obdarzają ich wierni. Taki scenariusz zakłada także pogłębiającą się przepaść między hierarchią a sporą częścią wiernych, którzy chcą otwartej dyskusji o przeszłości Kościoła.
Trudno wyobrazić sobie lepszy niż obecnie moment na zmianę takiego stanowiska. Bomba, jaką jest informacja o współpracy metropolity warszawskiego z bezpieką (nawet jeśli nie okaże się ona prawdziwa), pokazuje, że media nie pozwolą na zamiecenie sprawy pod dywan, że uciszenie zwolenników lustracji w Kościele nic nie da. I że jedyną drogą jest uczciwe przebadanie sprawy, a nie udawanie, że jej nie ma.
Obecna sytuacja jest jednak także sprawdzianem dla polskich katolików świeckich. Świadectwem tego, czy rzeczywiście zależy nam na dobru Kościoła nie będzie — jak chciałby pan Rolland Tetler -pokorne uznawanie, że nic się nie dzieje, czy że biskupi zawsze mają rację i widzą dalej, ale otwarty, dokonany z miłością i odpowiedzialnością sprzeciw wobec takiej linii. W Stanach Zjednoczonych prawdziwymi katolikami okazali się bowiem nie ci, którzy wraz z hierarchią kryli pedofilii i pozwalali im krzywdzić kolejne osoby, ale ci, którzy otwarcie — za cenę sankcji — podjęli walkę o prawdę i sprawiedliwość w Kościele.
Kościół nie jest bowiem sektą zgromadzoną wokół nieomylnych guru, ale wspólnotą, w której konieczne jest posłuszeństwo, ale także odwaga mówienia prawdy, a przynajmniej wyznawania tego, co nas boli. To jest nas obowiązek jako katolików. Nie jest nim natomiast bezmyślne klakierstwo, bicie braw, gdy powinno się gwizdać.