Czy Kościół ewangelicki umiera?
- 13 lutego, 2007
- przeczytasz w 4 minuty
Intelektualiści katoliccy z całego świata, w tym z Polski, piszą do Benedykta XVI, aby ten promulgował indult generalny dla mszy trydenckiej. Niemieccy ewangelicy piszą natomiast do swojego biskupa i ostrzegają go, że jeśli nie nastąpi żadna zmiana Kościołowi Ewangelickiemu w Niemczech (EKD) grozi powolna śmierć. Kościół się demontuje, a nabożeństwo stało się musicalem – biją na alarm.Kilkunastu berlińskich twórców kultury, w tym światowej sławy reżyser filmowy Wim […]
Intelektualiści katoliccy z całego świata, w tym z Polski, piszą do Benedykta XVI, aby ten promulgował indult generalny dla mszy trydenckiej. Niemieccy ewangelicy piszą natomiast do swojego biskupa i ostrzegają go, że jeśli nie nastąpi żadna zmiana Kościołowi Ewangelickiemu w Niemczech (EKD) grozi powolna śmierć. Kościół się demontuje, a nabożeństwo stało się musicalem – biją na alarm.
Kilkunastu berlińskich twórców kultury, w tym światowej sławy reżyser filmowy Wim Wenders, podpisało się pod apelem do bp Wolfganga Hubera, zwierzchnika Ewangelickiego Kościoła Berlina-Brandenburgii i Śląskich Górnych Łużyc oraz przewodniczącego Rady EKD, w którym proszą biskupa o zdecydowane działania na rzecz Kościoła.
Czy Kościół ma coś do powiedzenia?
Jedną z głównych przyczyn listu były bożonarodzeniowe nabożeństwa, w których uczestniczyli prominentni berlińczycy.
Obawiamy się – napisali – że jedna z najważniejszych religijnych i społecznych instytucji dryfuje w kierunku społeczeństwa konsumpcyjnego (Spaßgesellschaft)* i tym samym demontuje samą siebie. Podczas nabożeństw doświadczaliśmy głupot zamiast bożonarodzeniowego przesłania, żadnych kazań, nic. Musical zamiast nabożeństwa! Czy nasz Kościół nie znajduje się w ogromnym błędzie, myśląc, że wystarczy być tylko na czasie, aby utrzymać wiernych? Czy Kościół ewangelicki i jego ordynowani przedstawiciele nie chcą lub nie są w stanie, przekazać Ewangelii? Dokąd wysyłają ludzi, którzy chcą posłuchać bożonarodzeniowej wieści? Do teatru Zachodu? – pytają sygnatariusze.
W trzystronicowym liście krytycy zwracają uwagę na słaby głos Kościoła ewangelickiego w społecznych debatach nt. wartości. Przypominają, że Kościół przez wieki pielęgnował słuszny konserwatyzm, a teraz wycofuje się z życia publicznego. Jeśli trend ten się utrzyma, coraz więcej ludzi będzie przechodzić na katolicyzm – ostrzegają. Suchej nitki autorzy listu nie pozostawali również na zakończonym niedawno w Wittenberdze Kongresie Przyszłości EKD. Zarzucają władzom Kościoła, że za dużo mówią o statystkach kościelnych, budżecie i reformowaniu struktur, a za mało o duchowości i wierze.
Odpowiedź bp. Hubera była szybka, aczkolwiek krótka. Duchowny napisał, że bardzo poważnie wziął sobie do serca zatroskane głosy sygnatariuszy listu i obiecał, że zajmie się poruszanymi przez nich kwestiami.
Autorem listu jest Jan D. Schmitt-Tegge, były wysoki urzędnik ministerstwa ochrony środowiska. Pod tekstem podpisała się oprócz Wima Wendersa, znana aktorka teatralna i filmowa Jutta Lampe, oraz producent rozrywkowy Peter Raue.
Komentarz
To bardzo dobrze, że wybitne osobistości życia publicznego zabierają głos w tak istotnej sprawie, jak przyszłość Kościoła. To bardzo ważne, że taki list powstał, bo jest o co się troszczyć! Mają o co troszczyć się niemieccy ewangelicy, ale również ich polscy współwyznawcy. Nazbyt często, w poczuciu wyższości usłyszeć można opinie w polskim Kościele ewangelicko-augsburskim, że oto my jesteśmy lepsi od tych Niemców, którzy nie tylko nie chodzą do Kościoła, ale również nie wiedzą nic o swojej wierze. Niemcy rozpoczęli poważną dyskusję, a nawet kłótnię, która, mam nadzieję, zakończy się konstruktywnymi wnioskami i planami działań. Oczywiście kryzysu Kościoła nie można zredukować do problemu struktur i budżetowych braków, podobnie jak nie można w poczuciu odpowiedzialności powiedzieć, że wszystko to jest nieistotne, że wystarczy się modlić, a Pan Bóg wszystko za nas zrobi sam.
Dobrze jest mieć odwagę, aby powiedzieć, że jest niedobrze, czy nawet źle, jednak brakiem zaufania w siłę Kościoła jest zrzucanie problemu jego przyszłości na barki tych, którzy w szczególny sposób, poprzez ordynację, zostali powołani do służby Ewangelii. Nie oznacza to jednak, że nie można niczego lub niewiele wymagać. Wprost przeciwnie. Należy jednak zacząć od samych siebie i zapytać, dokąd zmierzają nasze działania, czy w ogóle coś robimy w kierunku zmian lub zachowania tego, co dobre i szlachetne. Niestety często, a wręcz za często panuje milczenie.
Często, a wręcz za często, panuje przekonanie, że problemy, którymi żyją nasi współwyznawcy w Europie Zachodniej, czy nawet wierni wspólnoty rzymskokatolickiej w Polsce, nas nie dotyczą.
Często, a wręcz za często dochodzi do zaklinania rzeczywistości poprzez udawanie, że jest lepiej niż nam się wydaje, a istniejące trudności i wyzwania pokonywać trzeba nie dyskusją i dialogiem, ale pozornym działaniami, milczeniem lub piekielnie modnym pochylaniem się nad problemami z troską i pokorą.
Często, a wręcz za często pochylanie się nad problemem kończy się na wyświechtanych frazesach przyprawionych pobożnościową papką.
Często, a wręcz za często uważa się, że należy robić dokładnie na odwrót niż postępują Niemcy, czy Szwedzi, a wszystko będzie dobrze – po prostu będzie święty spokój.
Dariusz Bruncz
***
W tekście notki użyte jest słowo Spaßgesellschaft (niem. Spaß – zabawa; Gesellschaft – społeczeństwo) — termin używany jest w niemieckiej debacie publicznej od 2000 roku i jest krytyką hedonistycznego, konsumpcyjnego stylu życia w Niemczech.