Społeczeństwo

Czy Kościołowi ewangelickiemu grozi klerykalizm?


Pre­zy­dent Kościo­ła zamiast bisku­pa, kra­wat zamiast kolo­rat­ki, dzie­kan zamiast bisku­pa regio­nal­ne­go – zmia­na ter­mi­no­lo­gii i kościel­nej odzie­ży na skrom­niej­szą to pana­ceum na postę­pu­ją­cą kato­li­cy­za­cję nie­miec­kie­go pro­te­stan­ty­zmu. Obja­wem ‘kato­lic­kiej’ cho­ro­by jest m.in. hie­rar­chi­za­cja i kle­ry­ka­li­za­cja życia kościel­ne­go – tak przy­naj­mniej uwa­ża norym­ber­ski pastor na łamach tygo­dni­ka Die Zeit. I nie on jeden.


W przy­szłą nie­dzie­lę roz­po­czy­na się w Neu-Ulm synod Ewan­ge­lic­ko-Lute­rań­skie­go Kościo­ła Bawa­rii, któ­ry roz­pa­trzy wnio­sek, postu­lu­ją­cy zmia­nę tytu­łu bisku­pa kra­jo­we­go na “pre­zy­den­ta Kościo­ła” wła­śnie.

Tekst ks. Ludwi­ga Fram­ba­cha o wymow­nym tytu­le “Kto jest tutaj sze­fem?” posia­da rów­nie wymow­ną sen­ten­cję – bisku­pi tak pasu­ją do pro­te­stan­ty­zmu jak ksią­żę­ta do demo­kra­cji. Autor w popkul­tu­ro­wym skró­cie oma­wia chrze­ści­jań­ską ter­mi­no­lo­gię, pod­kre­śla­ją­ca wszech­moc i wiel­kość Boga, by szyb­kim kro­kiem przejść do nastę­pu­ją­cej dia­gno­zy: Kościół rzym­sko­ka­to­lic­ki, jak wia­do­mo, jest przy­kła­dem hie­rar­chicz­nej insty­tu­cji, “świę­te­go pano­wa­nia”, któ­re nikt nie może lepiej zain­sce­ni­zo­wać jak tyl­ko Rzym. Szczy­tem kul­tu urzę­du jest papież – nie oso­ba, ale to, co zwią­za­ne jest z teo­lo­gią pry­ma­tu jurys­dyk­cyj­ne­go bisku­pa rzym­skie­go. Hie­rar­chicz­na struk­tu­ra wią­że się z kościel­ną aro­gan­cją, któ­rą – jak prze­ko­nu­je Fram­bach – wzmac­nia­ją orna­ty, rytu­ały i gesty. Całość skut­ku­je pater­na­li­zmem, przed­mio­to­wym trak­to­wa­niem wier­nych jak nie­doj­rza­łej trzód­ki, któ­ra nie jest w sta­nie bez kapła­nów nicze­go wymy­ślić. Fram­bach prze­ko­nu­je, że “pro­te­stan­ci pro­te­sto­wa­li prze­ciw­ko Rzy­mo­wi i powo­łu­jąc się na Biblię wzmoc­ni­li samo­świa­do­mość zbo­rów”, aby wyzwo­lić się z łań­cu­chów kapłań­skiej hie­rar­chii w imię powszech­ne­go kapłań­stwa wszyst­kich wie­rzą­cych.

Fram­bach, któ­ry z pew­no­ścią znaj­du­je wie­lu podob­nie myślą­cych w swo­im Koście­le i poza nim, argu­men­tu­je ponad­to, że znie­sie­nie tytu­łu bisku­pa było­by słusz­ne nie tyl­ko dla­te­go, iż w ten spo­sób zmniej­szy­ło (a może zli­kwi­do­wa­ła­by?) nie­bez­pie­czeń­stwo kle­ry­ka­li­za­cji Kościo­ła, ale rów­nież z przy­czyn histo­rycz­nych – gdyż tytuł bisku­pa kra­jo­we­go w Bawa­rii (Lan­des­bi­schof) wpro­wa­dzi­li nazi­ści. Duchow­ny wspie­ra się przy­kła­dem ks. Mar­ti­na Nie­mo­el­le­ra, zna­ne­go teo­lo­ga wal­czą­ce­go z reżi­mem III Rze­szy, któ­ry po woj­nie zgo­dził się na obję­cie funk­cji zwierzch­ni­ka Ewan­ge­lic­kie­go Kościo­ła Hesji i Nassau pod warun­kiem, jeśli zwierzch­nik nie będzie bisku­pem, a pre­zy­den­tem Kościo­ła.

W reflek­sjach Fram­ba­cha nie­trud­no wyczuć nie­co zbu­twia­ły zapach teo­lo­gicz­nych enun­cja­cji rewol­ty stu­denc­kiej 1968 roku, któ­ra kościel­ne auto­ry­te­ty uwa­ża­ła w naj­lep­szym wypad­ku za prze­jaw skost­nie­nia, a w naj­gor­szym za sprze­nie­wie­rze­nie się ewan­ge­licz­nym ide­ałom. Prze­my­śle­nia norym­ber­skie­go duchow­ne­go nie są niczym nowym. Od lat w nie­miec­kim pro­te­stan­ty­zmie – wewnętrz­nie rów­nie zróż­ni­co­wa­nym co nad­reń­ski kato­li­cyzm – moż­na zaob­ser­wo­wać ten­den­cje, któ­re dopro­wa­dzi­ły do swo­istej fety­szy­za­cji demo­kra­cji na modę bie­żą­cej agen­dy poli­tycz­nej, szcze­gól­nie o zabar­wie­niu lewi­co­wym. To nie przy­pa­dek, że wśród władz Ewan­ge­lic­kie­go Kościo­ła Nie­miec (EKD) aż roi się od lewi­co­wych poli­ty­ków – pre­ze­sem syno­du jest zna­na par­la­men­ta­rzyst­ka zie­lo­nych (śmie­tan­ka to lewac­cy wete­ra­ni z 1968 roku), a sta­ry-nowy pre­zes rady EKD Nico­las Schne­ider czę­ściej wypo­wia­da się w mediach (w tym rów­nież kościel­nych) o spra­wach budże­to­wych, eko­lo­gicz­nych i socjal­nych niż o ewan­ge­li­za­cji.

Feno­me­nom tym towa­rzy­szy prze­ko­na­nie, że jedy­nym ratun­kiem dla laicy­zu­ją­cych się Nie­miec i pusta­wych kościo­łów są refor­my i to nie refor­ma­cja, a wła­śnie refor­my, struk­tu­ral­ne. Doku­men­ty, rapor­ty, ana­li­zy, stra­te­gie – chwa­lo­ne przez eks­per­tów z bran­ży biz­ne­so­wej i powtór­nie chwa­lo­ne przez urzęd­ni­ków kościel­nych – uka­zy­wa­ne są jako nadzie­ja na lep­sze cza­sy. A jest to nadzie­ja bar­dzo dro­ga, bio­rąc pod uwa­gę armię eks­per­tów, urzęd­ni­ków opra­co­wu­ją­cych kolej­ne pro­ble­my struk­tu­ral­ne. I tak oka­zu­je się, że nie­bez­pie­czeń­stwo ekle­zjo­la­trii, Kościo­ła zaj­mu­ją­ce­go się tyl­ko samym sobą, jest cha­rak­te­ry­stycz­ne nie tyl­ko dla wspól­not o cha­rak­te­rze hie­rar­chicz­nym, ale rów­nież tych odmie­nia­ją­cych demo­kra­cję przez wszyst­kie przy­pad­ki.

W tym duchu moż­na rów­nież odczy­tać pomy­sły, doty­czą­ce zmian w tytu­la­tu­rze zwierzch­ni­ków kościel­nych w Niem­czech. Jest w tym zamy­śle coś magicz­ne­go – jed­nak nie cza­ru­ją­ce­go, ale czar­no-magicz­ne­go, a mia­no­wi­cie nie­wy­tłu­ma­czal­ne prze­ko­na­nie, że oto zmia­na zako­rze­nio­nych w biblij­nej i poza­bi­blij­nej tra­dy­cji tytu­łów chrze­ści­jań­skich (np. biskup) na bar­dziej demo­kra­tycz­ne spra­wi i obja­wi Kościół bar­dziej przy­ja­zny, jesz­cze bar­dziej demo­kra­tycz­ny, jesz­cze bar­dziej wraż­li­wy, bliż­szy ludziom — są to zresz­tą hasła nie­ob­ce par­tiom poli­tycz­nym. I to wszyst­kim. Nie wie­dzieć cze­mu tytu­ły żyw­cem impor­to­wa­ne ze sta­tu­tów XIX-wiecz­nej kan­ce­la­rii pru­skiej lub po ich nie­znacz­nym liftin­gu mają być cie­plej­sze, wła­śnie bliż­sze ludziom, a już na pew­no powięk­sza­ją­cej się czę­ści spo­łe­czeń­stwa, któ­ra z Kościo­łem ma nie­wie­le wspól­ne­go.

Zary­zy­ko­wał­bym stwier­dze­nie, że nie­miec­kie­mu pro­te­stan­ty­zmo­wi przy­da­ło­by się nie­co kato­li­cy­za­cji w dobrym sło­wa tego zna­cze­niu, w tym zmia­ny myśle­nia o duchow­nych, któ­rzy sami pod­czas spo­tkań nie­rzad­ko, zaraz po nazwi­sku mówią na ile eta­tu pra­cu­ją w Kościele/parafii i coraz czę­ściej trak­tu­ją swo­ją służbę/powołanie wła­śnie jako etat. Urząd duchow­ne­go mylo­ny jest z urzęd­ni­czym eta­ci­kiem, a teo­lo­gicz­na reflek­sja zby­wa­na jako dome­na coraz bar­dziej nie­licz­nych pasjo­na­tów. Tym prze­my­śle­niom towa­rzy­szy czę­sto skost­nia­ła wizja pro­te­stan­ty­zmu, któ­ry nie jest wspól­no­tą zaświad­cza­nia o wie­rze (pro­te­sta­re), a po pro­stu pla­ka­to­wym, bez­war­to­ścio­wym –izmem, któ­ry odnaj­du­je swo­ją toż­sa­mość w śle­pym pro­te­ście dla same­go pro­te­stu i dziw­nej nie­chę­ci wobec przed­re­for­ma­cyj­nej tra­dy­cji Kościo­ła, któ­ra jest prze­cież moc­no wpi­sa­na w teo­lo­gicz­ne dzie­dzic­two ewan­ge­li­cy­zmu – szcze­gól­nie lute­rań­skiej pro­we­nien­cji. Mało tego, iden­ty­fi­ko­wa­nie pro­te­stan­ty­zmu z sier­mięż­nym, pru­sac­kim, gabi­ne­to­wo-mini­ma­li­stycz­nym spi­ry­tu­ali­zmem dopro­wa­dza do poważ­ne­go spły­ce­nia kościel­nej reflek­sji i głę­bo­kie­go nie­zro­zu­mie­nia, czym jest Pismo jako spi­sa­na Tra­dy­cja w życiu i misji Kościo­ła i nie na koń­cu, czym jest Kościół.

Efek­tem takie­go myśle­nia jest kon­cen­tro­wa­nie się na kościel­nych tek­sty­liach lub innych akce­so­riach, w któ­rych upa­tru­je się prio­ry­te­to­we zło w ekle­zjal­nej rze­czy­wi­sto­ści. Oczy­wi­ście zda­rza­ją się przy­pad­ki, w któ­rych sym­bo­li­ka sta­je się kary­ka­tu­rą, a więc nastę­pu­je przy­sło­wio­wy prze­rost for­my nad tre­ścią, szcze­gól­nie zauwa­żal­ny u tych z ‘ksią­żąt Kościo­ła’ (jakie­go­kol­wiek), któ­rzy odna­leź­li w kościel­nych gadge­tach i tytu­la­tu­rze spo­sób na życie i dobre samo­po­czu­cie. Ale, ale… pol­ski czy­tel­nik, szcze­gól­nie ewan­ge­lic­ki, nie powi­nien poczuć się zbyt kom­for­to­wo poka­zu­jąc na Niem­ców i ich pusta­we kościo­ły. Rów­nież w pol­skiej rze­czy­wi­sto­ści kościel­nej nie bra­ku­je gło­sów, prze­ko­nu­ją­cych, że na począt­ku lat 90. popeł­nio­no błąd zamie­nia­jąc senio­rów die­ce­zji na bisku­pów die­ce­zjal­nych. Oczy­wi­ście moż­na spe­ku­lo­wać, czy w takim lub innym przy­pad­ku ter­mi­no­lo­gicz­ny skok „w epi­sko­pa­ty” nie dopro­wa­dził do roz­bu­cha­nia nie­czy­tel­nej dla wie­lu jego-eks­ce­len­cyj­no-kate­dral­no-kon­se­kra­cyj­no-świę­ce­nio­wej nowo­mo­wy, któ­ra czę­sto spra­wia trud­no­ści natu­ry języ­ko­wej.

Rów­nież wśród pol­skich ewan­ge­li­ków spo­tkać moż­na opi­nie, któ­re w dobrej wie­rze, jak mam nadzie­ję, drżąc o wyzna­nio­wą toż­sa­mość wyty­cza­ją jej linie demar­ka­cyj­ne bar­dziej zdra­dza­ją­ce nie­pew­ność i lęki niż radość z bycia ewangelikiem/ewangeliczką, radość z ewan­ge­lic­kiej tra­dy­cji i wia­ry, radość z bycia w Koście­le, któ­ry od zawsze był otwar­ty na wie­le (choć nie na wszyst­ko) i dla wie­lu poszu­ku­ją­cych sta­wał się i sta­je ducho­wym domem. Dobrze poj­mo­wa­na tra­dy­cja, toż­sa­mość zbu­do­wa­na nie na stra­chu, zaścian­ko­wo­ści, histo­rycz­nym i ter­mi­no­lo­gicz­nym sen­ty­men­ta­li­zmie, ale na goto­wo­ści do dia­lo­gu, i odważ­ne­go pre­zen­to­wa­nia ewan­ge­lic­kie­go świa­dec­twa jest czymś zbyt cen­nym, aby poświę­cać ją na ołta­rzu bez­sen­sow­nych pro­jek­tów takich jak ten, któ­rym zaj­mo­wać się będą bawar­scy syno­da­ło­wie.

Ekumenizm.pl działa dzięki swoim Czytelnikom!
Portal ekumenizm.pl działa na zasadzie charytatywnej pracy naszej redakcji. Zachęcamy do wsparcia poprzez darowizny i Patronite.