- 16 listopada, 2010
- przeczytasz w 6 minut
Prezydent Kościoła zamiast biskupa, krawat zamiast koloratki, dziekan zamiast biskupa regionalnego – zmiana terminologii i kościelnej odzieży na skromniejszą to panaceum na postępującą katolicyzację niemieckiego protestantyzmu. Objawem ‘katolickiej’ choroby je...
Czy Kościołowi ewangelickiemu grozi klerykalizm?
Prezydent Kościoła zamiast biskupa, krawat zamiast koloratki, dziekan zamiast biskupa regionalnego – zmiana terminologii i kościelnej odzieży na skromniejszą to panaceum na postępującą katolicyzację niemieckiego protestantyzmu. Objawem ‘katolickiej’ choroby jest m.in. hierarchizacja i klerykalizacja życia kościelnego – tak przynajmniej uważa norymberski pastor na łamach tygodnika Die Zeit. I nie on jeden.
W przyszłą niedzielę rozpoczyna się w Neu-Ulm synod Ewangelicko-Luterańskiego Kościoła Bawarii, który rozpatrzy wniosek, postulujący zmianę tytułu biskupa krajowego na “prezydenta Kościoła” właśnie.
Tekst ks. Ludwiga Frambacha o wymownym tytule “Kto jest tutaj szefem?” posiada równie wymowną sentencję – biskupi tak pasują do protestantyzmu jak książęta do demokracji. Autor w popkulturowym skrócie omawia chrześcijańską terminologię, podkreślająca wszechmoc i wielkość Boga, by szybkim krokiem przejść do następującej diagnozy: Kościół rzymskokatolicki, jak wiadomo, jest przykładem hierarchicznej instytucji, “świętego panowania”, które nikt nie może lepiej zainscenizować jak tylko Rzym. Szczytem kultu urzędu jest papież – nie osoba, ale to, co związane jest z teologią prymatu jurysdykcyjnego biskupa rzymskiego. Hierarchiczna struktura wiąże się z kościelną arogancją, którą – jak przekonuje Frambach – wzmacniają ornaty, rytuały i gesty. Całość skutkuje paternalizmem, przedmiotowym traktowaniem wiernych jak niedojrzałej trzódki, która nie jest w stanie bez kapłanów niczego wymyślić. Frambach przekonuje, że “protestanci protestowali przeciwko Rzymowi i powołując się na Biblię wzmocnili samoświadomość zborów”, aby wyzwolić się z łańcuchów kapłańskiej hierarchii w imię powszechnego kapłaństwa wszystkich wierzących.
Frambach, który z pewnością znajduje wielu podobnie myślących w swoim Kościele i poza nim, argumentuje ponadto, że zniesienie tytułu biskupa byłoby słuszne nie tylko dlatego, iż w ten sposób zmniejszyło (a może zlikwidowałaby?) niebezpieczeństwo klerykalizacji Kościoła, ale również z przyczyn historycznych – gdyż tytuł biskupa krajowego w Bawarii (Landesbischof) wprowadzili naziści. Duchowny wspiera się przykładem ks. Martina Niemoellera, znanego teologa walczącego z reżimem III Rzeszy, który po wojnie zgodził się na objęcie funkcji zwierzchnika Ewangelickiego Kościoła Hesji i Nassau pod warunkiem, jeśli zwierzchnik nie będzie biskupem, a prezydentem Kościoła.
W refleksjach Frambacha nietrudno wyczuć nieco zbutwiały zapach teologicznych enuncjacji rewolty studenckiej 1968 roku, która kościelne autorytety uważała w najlepszym wypadku za przejaw skostnienia, a w najgorszym za sprzeniewierzenie się ewangelicznym ideałom. Przemyślenia norymberskiego duchownego nie są niczym nowym. Od lat w niemieckim protestantyzmie – wewnętrznie równie zróżnicowanym co nadreński katolicyzm – można zaobserwować tendencje, które doprowadziły do swoistej fetyszyzacji demokracji na modę bieżącej agendy politycznej, szczególnie o zabarwieniu lewicowym. To nie przypadek, że wśród władz Ewangelickiego Kościoła Niemiec (EKD) aż roi się od lewicowych polityków – prezesem synodu jest znana parlamentarzystka zielonych (śmietanka to lewaccy weterani z 1968 roku), a stary-nowy prezes rady EKD Nicolas Schneider częściej wypowiada się w mediach (w tym również kościelnych) o sprawach budżetowych, ekologicznych i socjalnych niż o ewangelizacji.
Fenomenom tym towarzyszy przekonanie, że jedynym ratunkiem dla laicyzujących się Niemiec i pustawych kościołów są reformy i to nie reformacja, a właśnie reformy, strukturalne. Dokumenty, raporty, analizy, strategie – chwalone przez ekspertów z branży biznesowej i powtórnie chwalone przez urzędników kościelnych – ukazywane są jako nadzieja na lepsze czasy. A jest to nadzieja bardzo droga, biorąc pod uwagę armię ekspertów, urzędników opracowujących kolejne problemy strukturalne. I tak okazuje się, że niebezpieczeństwo eklezjolatrii, Kościoła zajmującego się tylko samym sobą, jest charakterystyczne nie tylko dla wspólnot o charakterze hierarchicznym, ale również tych odmieniających demokrację przez wszystkie przypadki.
W tym duchu można również odczytać pomysły, dotyczące zmian w tytulaturze zwierzchników kościelnych w Niemczech. Jest w tym zamyśle coś magicznego – jednak nie czarującego, ale czarno-magicznego, a mianowicie niewytłumaczalne przekonanie, że oto zmiana zakorzenionych w biblijnej i pozabiblijnej tradycji tytułów chrześcijańskich (np. biskup) na bardziej demokratyczne sprawi i objawi Kościół bardziej przyjazny, jeszcze bardziej demokratyczny, jeszcze bardziej wrażliwy, bliższy ludziom — są to zresztą hasła nieobce partiom politycznym. I to wszystkim. Nie wiedzieć czemu tytuły żywcem importowane ze statutów XIX-wiecznej kancelarii pruskiej lub po ich nieznacznym liftingu mają być cieplejsze, właśnie bliższe ludziom, a już na pewno powiększającej się części społeczeństwa, która z Kościołem ma niewiele wspólnego.
Zaryzykowałbym stwierdzenie, że niemieckiemu protestantyzmowi przydałoby się nieco katolicyzacji w dobrym słowa tego znaczeniu, w tym zmiany myślenia o duchownych, którzy sami podczas spotkań nierzadko, zaraz po nazwisku mówią na ile etatu pracują w Kościele/parafii i coraz częściej traktują swoją służbę/powołanie właśnie jako etat. Urząd duchownego mylony jest z urzędniczym etacikiem, a teologiczna refleksja zbywana jako domena coraz bardziej nielicznych pasjonatów. Tym przemyśleniom towarzyszy często skostniała wizja protestantyzmu, który nie jest wspólnotą zaświadczania o wierze (protestare), a po prostu plakatowym, bezwartościowym –izmem, który odnajduje swoją tożsamość w ślepym proteście dla samego protestu i dziwnej niechęci wobec przedreformacyjnej tradycji Kościoła, która jest przecież mocno wpisana w teologiczne dziedzictwo ewangelicyzmu – szczególnie luterańskiej proweniencji. Mało tego, identyfikowanie protestantyzmu z siermiężnym, prusackim, gabinetowo-minimalistycznym spirytualizmem doprowadza do poważnego spłycenia kościelnej refleksji i głębokiego niezrozumienia, czym jest Pismo jako spisana Tradycja w życiu i misji Kościoła i nie na końcu, czym jest Kościół.
Efektem takiego myślenia jest koncentrowanie się na kościelnych tekstyliach lub innych akcesoriach, w których upatruje się priorytetowe zło w eklezjalnej rzeczywistości. Oczywiście zdarzają się przypadki, w których symbolika staje się karykaturą, a więc następuje przysłowiowy przerost formy nad treścią, szczególnie zauważalny u tych z ‘książąt Kościoła’ (jakiegokolwiek), którzy odnaleźli w kościelnych gadgetach i tytulaturze sposób na życie i dobre samopoczucie. Ale, ale… polski czytelnik, szczególnie ewangelicki, nie powinien poczuć się zbyt komfortowo pokazując na Niemców i ich pustawe kościoły. Również w polskiej rzeczywistości kościelnej nie brakuje głosów, przekonujących, że na początku lat 90. popełniono błąd zamieniając seniorów diecezji na biskupów diecezjalnych. Oczywiście można spekulować, czy w takim lub innym przypadku terminologiczny skok „w episkopaty” nie doprowadził do rozbuchania nieczytelnej dla wielu jego-ekscelencyjno-katedralno-konsekracyjno-święceniowej nowomowy, która często sprawia trudności natury językowej.
Również wśród polskich ewangelików spotkać można opinie, które w dobrej wierze, jak mam nadzieję, drżąc o wyznaniową tożsamość wytyczają jej linie demarkacyjne bardziej zdradzające niepewność i lęki niż radość z bycia ewangelikiem/ewangeliczką, radość z ewangelickiej tradycji i wiary, radość z bycia w Kościele, który od zawsze był otwarty na wiele (choć nie na wszystko) i dla wielu poszukujących stawał się i staje duchowym domem. Dobrze pojmowana tradycja, tożsamość zbudowana nie na strachu, zaściankowości, historycznym i terminologicznym sentymentalizmie, ale na gotowości do dialogu, i odważnego prezentowania ewangelickiego świadectwa jest czymś zbyt cennym, aby poświęcać ją na ołtarzu bezsensownych projektów takich jak ten, którym zajmować się będą bawarscy synodałowie.