Dialog dla dialogu, nie dla prawdy
- 19 października, 2004
- przeczytasz w 3 minuty
Jest tak jak się spodziewałem. Komisja zajmująca się sprawą kontrowersji wobec wyświęcenia biskupa homoseksualisty i błogosławienia związków jednopłciowych — nie zdecydowała się na zajęcie jednoznacznego stanowiska. Zamiast tego — wysmarowała potężny raport, który niczego nie wyjaśnia, a jedynie promuje “jedność za wszelką cenę” (niestety również za cenę prawdy) i dialog dla samego dialogu. Komisja generalnie zajęła się nie tyle kwestią homoseksualizmu i anglikańskiego stosunku do niego, ile zagrożeniem jedności […]
Jest tak jak się spodziewałem. Komisja zajmująca się sprawą kontrowersji wobec wyświęcenia biskupa homoseksualisty i błogosławienia związków jednopłciowych — nie zdecydowała się na zajęcie jednoznacznego stanowiska. Zamiast tego — wysmarowała potężny raport, który niczego nie wyjaśnia, a jedynie promuje “jedność za wszelką cenę” (niestety również za cenę prawdy) i dialog dla samego dialogu.
Komisja generalnie zajęła się nie tyle kwestią homoseksualizmu i anglikańskiego stosunku do niego, ile zagrożeniem jedności Wspólnoty Anglikańskiej. Już samo postawienie sprawy w ten sposób może świadczyć o tym, że większą wartością jest dla obradujących w Komisji biskupów jedność niż prawda, zachowanie zwartości instytucjonalnej niż zachowanie prawdziwego przekazu Ewangelii. I niestety te podejrzenie znajduje odbicie w tekście. Anglikanie zastanawiają się nie tyle nad tym, czy działania biskupów amerykańskich i kanadyjskich były zgodne z Ewangelią, z Tradycją chrześcijańską z Biblią, ile nad tym czy stanowiły one zagrożenie dla jedności Wspólnoty Anglikańskiej.
W dokumencie nie ma co szukać jasnego stanowiska w kwestii stosunku do wyświęcania aktywnych homoseksualistów na duchownych i biskupów oraz do błogosławienia związków jednopłciowych. Zamiast tego mamy potępienie jednostronnych działań i tego, że nie były one odpowiednio szeroko konsultowane. Można więc odnieść wrażenie, że gdyby takie konsultacje się odbyły — to odejście od zasad chrześcijańskiej moralności byłoby jak najbardziej uprawnione.
Co więcej potępieni zostają także ci wszyscy, którzy podjęli się, często wbrew większości współwyznawców, obrony tradycyjnej nauki moralnej chrześcijaństwa. Ostro skrytykowani zostali ci afrykańscy i latynoscy biskupi, którzy zdecydowali się otoczyć opieką episkopalian, którzy pozostali wierni chrześcijańskiej ortopraksji. Jasno pokazuje to, że dla Komisji najistotniejsza jest zgoda, a nie to, która ze stron ma w tym sporze rację.
A przecież to właśnie to pytanie jest obecnie najbardziej palące. Nie to, czy Wspólnota Anglikańska zachowa instytucjonalną jedność, nie to czy wierni wrócą pod władzę swoich biskupów, ale to, czy anglikanie głoszą i zachowują Ewangelię Jezusa Chrystusa, czy chcą być wierni tradycyjnym zasadom moralności. I tę kwestię trzeba postawić jasno.
Stąd paradoksalnie mam więcej szacunku dla bp Franka Griswolda, który jasno stwierdził, że jego kościół podjął odważną decyzję w społeczeństwie, które w przeciwieństwie do wielu innych, nie waha się otwarcie zmagać z problemem homoseksualistów i ich miejsca w kościele. Taka postawa pokazuje, że Prymasowi episkopalian rzeczywiście chodzi o prawdę, o poszukiwanie prawdziwego zrozumienia przesłania Jezusa Chrystusa. I choć nie zgadzam się z odejściem od chrześcijańskiej moralności, choć uważam decyzję prymasa za błędną i szkodliwą, to przynajmniej wiem, że zależy mu na prawdzie.
Oczywiście najbardziej cenię sobie tych spośród anglikanów, którzy zdecydowali się na wypowiedzenie posłuszeństwa biskupom, którzy popadli w antropologiczną herezję. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że to oni stoją w swoim kościele na straży prawdy. I choć — w Stanach Zjednoczonych — stanowią mniejszość, to właśnie oni zwyciężą. Warto bowiem pamiętać, że wielokrotnie już w historii Kościoła poglądy ortodoksyjne były w mniejszości. Tak, miejmy nadzieję będzie i tym razem.