Dominus Iesus nr 2 we wtorek? Nieszczęsne “subsistit in”
- 7 lipca, 2007
- przeczytasz w 5 minut
Możemy być pewni, że w ciągu następnych tygodni Kościół rzymskokatolicki znajdzie się w centrum medialnego zainteresowania. A stanie się to nie tylko za sprawą indultu generalnego dla mszy trydenckiej, który ma być ogłoszony jutro w samo południe. W najbliższy wtorek Kongregacja Nauki Wiary ma opublikować dokument, dotyczący istoty Kościoła. Najprawdopodobniej tekst nie będzie się różnić od deklaracji Dominus Iesus z sierpnia 2000 roku, którą wydał ówczesny prefekt Kongregacji, kardynał […]
Możemy być pewni, że w ciągu następnych tygodni Kościół rzymskokatolicki znajdzie się w centrum medialnego zainteresowania. A stanie się to nie tylko za sprawą indultu generalnego dla mszy trydenckiej, który ma być ogłoszony jutro w samo południe. W najbliższy wtorek Kongregacja Nauki Wiary ma opublikować dokument, dotyczący istoty Kościoła. Najprawdopodobniej tekst nie będzie się różnić od deklaracji Dominus Iesus z sierpnia 2000 roku, którą wydał ówczesny prefekt Kongregacji, kardynał Joseph Ratzinger. Przygotowywany tekst ma przypomnieć “jedyność Kościoła katolickiego i jego stosunek do prawosławnych Kościołów wschodu oraz protestanckich wspólnot kościelnych” – donosi agencja Zenit.
Dokument podkreśli wspólnotę Kościoła katolickiego z prawosławiem poprzez wspólne rozumienie sukcesji apostolskiej oraz sakramentalnego kapłaństwa, ale ma jednocześnie wskazać na rozbieżności dotyczące posługi Piotrowej. Prawdopodobnie powtórzone zostanie przekonanie Kościoła rzymskokatolickiego, że Kościoły protestanckie nie są Kościołami w pełnym słowa tego znaczeniu.
Jak informuje agencja Zenit, dokument powstał na podstawie wielu zapytań z przeciągu ostatnich 40 lat, jakie otrzymywała Kongregacja Nauki Wiary. Dotyczyły one głównych zagadnień eklezjologicznych (tj. nauki o Kościele) w perspektywie konstytucji dogmatycznej Lumen Gentium (LG), najważniejszego dokumentu Soboru Watykańskiego II. Zenit przypomina ósmy paragraf LG, który stanowi: “To jest ten jedyny Kościół Chrystusowy, który wyznajemy w Symbolu wiary jako jeden, święty, katolicki i apostolski, który Zbawiciel nasz po zmartwychwstaniu swoim powierzył do pasienia Piotrowi (J 21,17), zlecając jemu i pozostałym Apostołom, aby go krzewili i nim kierowali (por. Mt 28,18 nn), i który założył na wieki jako “filar i podwalinę prawdy” (1 Tm 3,15). Kościół ten, ustanowiony i zorganizowany na tym świecie jako społeczność, trwa w Kościele katolickim, rządzonym przez następcę Piotra oraz biskupów pozostających z nim we wspólnocie (communio), choć i poza jego organizmem znajdują się liczne pierwiastki uświęcenia i prawdy, które jako właściwe dary Kościoła Chrystusowego nakłaniają do jedności katolickiej.”
Głównym przedmiotem sporu pośród teologów katolickich, i nie tylko, była interpretacja łacińskiego wyrazu subsistit in, który w języku polskim tłumaczy się jako “trwa”, a np. w niemieckim “jest urzeczywistniony”. Egzegeza tych słów jest kluczowa dla dialogu ekumenicznego Kościoła rzymskokatolickiego z innymi Kościołami, ponieważ określa stopień i sposób, w jakim rzeczywistość Kościoła Chrystusowego istnieje w Kościele rzymskokatolickim i poza jego granicami. Ma to bezpośrednie przełożenie na dyskusje i wysiłki ekumeniczne zmierzające do zrealizowania widzialnej jedności Kościołów, przyznających się do Jednego Chrystusa i jednej Ewangelii o śmierci i zmartwychwstaniu Tegoż.
Komentarz
Po ogłoszeniu Dominus Iesus wydawało się, że to już koniec ruchu ekumenicznego. Że wszystko to, co osiągnięto od Soboru Watykańskiego II, ekumenicznej encykliki Jana Pawła II (Ut unum sint z 1995) zostało zaprzepaszczone jednym dokumentem. Teologowie katoliccy od dziesięcioleci zaangażowani w dialog ekumeniczny, w tym kardynał Walter Kasper czy abp Alfons Nossol, otwarcie mówili, że dokument napisany jest niezbyt szczęśliwym językiem, w nieodpowiednim momencie (zaledwie kilka miesięcy po podpisaniu Wspólnej Deklaracji o Usprawiedliwieniu ze Światową Federacją Luterańską 31 października 1999 r. w Augsburgu), psuje atmosferę dialogu z Kościołami nierzymskokatolickimi. Większość teologów podkreślała, że Dominus Iesus nie wprowadzał niczego nowego, co przez teologów prawosławnych i protestanckich odczytywane było zdecydowanie w kategoriach negatywnych, oraz że był skierowany nie tyle do “braci odłączonych”, co do teologów katolickich Azji i Afryki, którzy w warunkach daleko idącej inkulturacji oraz zderzenia z innymi religiami, relatywizowali niejednokrotnie fundament wiary chrześcijańskiej, czyli osobę i dzieło Jezusa Chrystusa.
Po stronie ewangelickiej rozczarowanie było szczególnie mocne – przede wszystkim ze względu na kategoryczne stwierdzenia DI, że “wspólnoty eklezjalne” wyrosłe z XVI-wiecznej Reformacji nie są Kościołami w pełnym słowa tego znaczeniu. Był to szczególny cios dla Kościołów ewangelicko-luterańskich. Gdy opadły emocje wielu teologów uzmysłowiło sobie, że rzeczywiście rozumienie Kościoła przez teologię rzymskokatolicką jest radykalnie inne niż to prezentowane przez oficjalne nauczanie Kościołów luterańskich, zaprezentowane w Księgach Wyznaniowych, w tym szczególnie w Konfesji Augsburskiej i w komentarzach ks. dr. Marcina Lutra do Trzeciego Artykułu Wiary w Małym i Dużym Katechizmie. Jasne stało się, że zasada ta działa w obydwie strony, z tym, że luterańska koncepcja Kościoła odrzucając rzymskokatolickie warunki zaistnienia prawdziwego Kościoła, nie wyklucza, a nawet stanowczo podkreśla, że prawdziwy Kościół jest wszędzie tam, gdzie wiernie głoszona jest Ewangelia o Chrystusie i zgodnie z nakazem Pana udzielane są sakramenty święte. Powstało zatem wrażenie dialogu nie na równych prawach – my was uznajemy, a wy nas nie – uwzględniając jednocześnie głosy umiarkowanych teologów ewangelickich, którzy bez cienia wątpliwości mogli stwierdzić, że Kościół rzymski prawdziwie zwiastuje Ewangelię.
Zamieszanie wokół DI miało pozytywne i negatywne skutki. Pozytywne było jasne przypomnienie stanowiska Kościoła rzymskokatolickiego, a negatywne, ponieważ postawiło pod znakiem zapytania dotychczasowe działania ekumeniczne. Dla luteranów wydarzenie to było kubłem zimnej wody po świątecznych nastrojach, jakie panowały po Augsburgu 1999 roku. W końcu nauka o usprawiedliwieniu, której punktem kulminacyjnym jest zasada solus Christus, była głównym powodem podziału w XVI wieku. Okazało się jednak, że osiągnięcie konsensusu w tej kwestii nie było w równym stopniu ważne dla katolików i luteranów. Dlaczego? Nauka o usprawiedliwieniu nie miała, nie ma i nigdy nie będzie mieć dla Kościoła rzymskokatolickiego takiego znaczenia jak dla ewangelików. Negatywne było wzmocnienie radykalnych nastrojów po obydwu stronach ekumenicznego muru – niektórzy katolicy zaczęli deprecjonować Augsburg’ 99 i ruch ekumeniczny w ogóle, a niektórzy luteranie zatęsknili za ciepłem konfesjonalistycznej izolacji rodem z XVI wieku. Trudno o konstruktywne i zorientowane na przyszłość kształtowanie tożsamości konfesyjnej w atmosferze oblężenia i taniego triumfalizmu.
Myślę jednak, że bilans DI był pozytywny: każdy zajrzał w głąb siebie, z większym zaciekawieniem sięgnął do własnej historii, a także staranniej zerkał za ekumeniczny płot. Wiele kwestii nabrało wyraźnych konturów (nie bez zasługi papieża Benedykta), niektórzy zmienili strony, a jeszcze inni popadli w zniechęcenie. W tym kontekście pojawia się pytanie: czy akurat teraz potrzebna jest powtórka z Dominius Iesus? Nawet uznając, że dokument ten nie będzie zawierać niczego nowego i jest skierowany do kasty teologów, to czy naprawdę znajdzie się choć jedna osoba, która uwierzy, że dialog ekumeniczny odbywa się na hermetycznych wysepkach ekulandii? Każdy dokument, każde słowo wypowiadane w pośrednim lub bezpośrednim kontekście eklezjologicznym ma konsekwencje ekumeniczne – to są również wady i zalety ekumenicznej globalizacji. Zapytam więc jeszcze raz: po co? Czy nie ma innych sposób komunikacji z chrześcijaństwem XXI wieku?
Dariusz Bruncz