Elvis, potomek Jezusa Ch.!
- 25 lutego, 2007
- przeczytasz w 3 minuty
Amerykański reżyser James Cameron (reżyser “Titanica”) i grupa izraelskich archeologów twierdzą, że znaleźli grobowiec ze szczątkami Jezusa oraz członków jego najbliższej rodziny. Podczas konferencji prasowej w Nowym Yorku mają zostać zaprezentowane wyniki ekspedycji, a samo odkrycie ma wstrząsnąć fundamentami chrześcijaństwa. Na głosy wybitnych archeologów deprecjonujących wartość odkrycia sprzed 20 lat nie trzeba było długo czekać. Ale i tak nie jest to istotne. Z perspektywy wiary sensacja z grobowcami jest tyle samo […]
Amerykański reżyser James Cameron (reżyser “Titanica”) i grupa izraelskich archeologów twierdzą, że znaleźli grobowiec ze szczątkami Jezusa oraz członków jego najbliższej rodziny. Podczas konferencji prasowej w Nowym Yorku mają zostać zaprezentowane wyniki ekspedycji, a samo odkrycie ma wstrząsnąć fundamentami chrześcijaństwa. Na głosy wybitnych archeologów deprecjonujących wartość odkrycia sprzed 20 lat nie trzeba było długo czekać. Ale i tak nie jest to istotne. Z perspektywy wiary sensacja z grobowcami jest tyle samo warta, co wrak Titanica na dnie oceanu – jest spektakularna, być może nawet na swój sposób urocza i emocjonująca, ale nic poza tym.
Pewne uwarunkowania społeczne — w kontekście omawianego wydarzenia jak najbardziej pozamerytoryczne — sprawiły, że alergicznie reaguję na wszelkie teorie spiskowe doszukujące się wszędzie nieustannej ofensywy zła, sieci układów, których celem jest demontaż wszystkiego, co dobre.
Niemniej jednak pojawić się może refleksja, że być może wkraczamy w nowy etap globalnej dyskusji o religii: w Boże Narodzenie mówimy podniośle, piszemy ile sił stanie, gardłujemy, czy wręcz domagamy się w imieniu prawdy (nie jakiejś tam absolutnej, ale prawdy po prostu, takiej jednej z wielu, prawda?), aby wreszcie ujawnić „nieznane dotąd fakty” o pogańskim rodowodzie świąt, skrzętnie ukrywane przez międzynarodową kastę kapłanów i – a jakże – watykańskich urzędników, którzy obłudnie chronią maluczkich przed błogosławieństwem prawdziwego, acz nieszczęśliwego poznania; w Wielki Post z kolei – jak to było rok temu – odkurzamy zatajone apokryfy i znów oznajmiamy sensacyjną i niebywale rewolucyjną prawdę, że Judasz – ten domniemany łajdak – to w sumie fajny gość był, wymanewrowany przez „parszywą Jedenastkę”, prawdziwy uczeń Jezusa, który chciał dobrze, ale gębę mu dorobiono i stało się jak stało.
Mamy Wielki Post Anno Domini 2007. Reżyser, grupa archeologów i ktoś tam jeszcze, chcą poruszyć fundamentami chrześcijaństwa. Fama poszła w świat, tyle, że jakoś nikt nie wyjawił, czym są te fundamenty. Tak się akurat składa, że wiara chrześcijańska fundament-ów nie posiada, gdyż ma tylko jeden Fundament, a tym, niezmiennie od 2000 lat, mimo wszystkich herezji, błędów, potknięć Kościołów i ich ludzi, niewiarygodnych kłamstw i zbrodni czynionych w imię religii, jest Jezus Chrystus. Oznacza to “po prostu”, że wiara chrześcijańska, która w swej najgłębszej istocie jest zaufaniem, takim bezgranicznym, dziecięcym wręcz, sprzeczna jest z jakąkolwiek próbą udowadniania czegokolwiek, co miałoby potwierdzić lub zaprzeczyć Temu, który jest jej jedynym Fundamentem. Mówienie o wierze jest odpowiedzią na Objawienie, a tego nie można – mimo najlepszych chęci – zweryfikować jakimkolwiek znaleziskiem archeologicznym. Prawdy wiary nie odkrywa się łopatą, ani pędzelkiem poszukiwaczy zaginionej Arki, ale łaską – słowo coraz bardziej niezrozumiałe, kojarzone być może z nadwyżką dobrego samopoczucia lub słonecznym kaprysem.
Do kogo adresowane jest odkrycie Camerona? Do chrześcijan? Do niemałej już liczby wyznawców Don-Brownizmu? Do zdeklarowanych ateistów, aby utwierdzić ich, że ich wiara w niewiarę jest jak najbardziej wiarygodna? Do agnostyków, żeby porzucili nadzieję na nadzieję wszelką? Do niezdecydowanych konsumentów pop-kultury, którzy w rytmie chrześcijańskich świąt liturgicznych dowiedzą się może w Wielkanoc AD 2008, że Elvis Presley naprawdę żyje, jest w bezpośredniej linii potomkiem dynastii niejakiego Jezusa z Nazaretu i – a jakżeżby inaczej! – ladacznicy Marii Magdaleny. I, że ten Jezus, cieśla z zawodu, a w wolnych chwilach nauczyciel wędrowny, nie w stajence, czy jakiejś tam grocie się narodził, ale na wyspie, nieopodal miejsca, w którym później Titanic zatonął? Absurdalne i głupie? A owszem!
Dariusz Bruncz