Esencja katolicyzmu
- 11 czerwca, 2004
- przeczytasz w 5 minut
Uroczystość Bożego Ciała, choć wielu (w tym mnie) irytuje ludowością, pobożnością na pokaz czy triumfalizmem — jeśli je rzeczywiście zgłębiać ukazuje zupełnie inne oblicze: głębokiej teologii, która w pewnym sensie kształtuje katolicyzm. W tym święcie jak w soczewce dostrzec można teologiczną i przeżyciową specyfikę rzymskiego katolicyzmu. Uroczystość Ciała i Krwi Chrystusa — popularnie zwaną w Polsce Bożym Ciałem — po raz pierwszy świętowano w Liege w 1247 roku. Jej wprowadzenie jest […]
Uroczystość Bożego Ciała, choć wielu (w tym mnie) irytuje ludowością, pobożnością na pokaz czy triumfalizmem — jeśli je rzeczywiście zgłębiać ukazuje zupełnie inne oblicze: głębokiej teologii, która w pewnym sensie kształtuje katolicyzm. W tym święcie jak w soczewce dostrzec można teologiczną i przeżyciową specyfikę rzymskiego katolicyzmu.
Uroczystość Ciała i Krwi Chrystusa — popularnie zwaną w Polsce Bożym Ciałem — po raz pierwszy świętowano w Liege w 1247 roku. Jej wprowadzenie jest ściśle związane ze średniowieczną pobożnością, według której większość zwykłych ludzi nie była godna częstego przystępowania do Eucharystii. Komunię miało im zastąpić oglądanie Najświętszego Sakramentu. Dlatego wprowadzono najpierw podniesienie podczas mszy świętej, a później papież Urban IV ustanowił — pod wpływem objawień bł. Julianny z Cornillon — święto kościelne poświęcone czci Eucharystii. Kult eucharystyczny, z którym związane było nowe święto, był także odpowiedzią na filozoficzne dysputy poświęcone zagadnieniu realności obecności Chrystusa w Komunii Świętej.
Historia nieodpustowa
Teologicznie źródeł tego święta należy szukać w wieku XI, kiedy to archidiakon Berengariusz z Tours zaczął głosić, że chleb i wino podczas mszy świętej nie ulegają przemianie w Ciało i Krew Chrystusa. Bóg jest w nich zatem obecny jedynie symbolicznie. Nietrudno zgadnąć, że reakcja na takie stanowisko była błyskawiczna: biskupi zgromadzeni na rozmaitych synodach potępili tę naukę. Nie oznaczało to jednak wcale, że nie trafiła ona na podatny grunt. Stanowisko Berengariusza pozwalało bowiem wyjaśnić (a tego jeszcze wtedy Kościół Rzymski nie zrobił), co oznacza obecność Chrystusa w chlebie i winie i uniknąć realnej groźby postrzegania w przeistoczeniu czynności magicznej. Nauka archidiakona pozwalała także racjonalnie nastawionym scholastykom uniknąć trudnych pytań o to, na czym polega przeistoczenie z chleba i wina w Ciało i Krew oraz to, jak jest ona w ogóle możliwa.
Odpowiedzi ostatecznie udzielił dopiero św. Tomasz z Akwinu, którego nauka o transsubstancjacji stała się dogmatyczną podstawą katolickiej pobożności eucharystycznej. Jego zdaniem, podczas przeistoczenia dokonuje się przemiana istoty (substancji) chleba i wina w substancję Ciała i Krwi Chrystusa. Dlaczego zatem — choć istota się zmienia — to nadal pod językiem czujemy zwyczajny chleb? Tomasz odpowiada za spokojem: bowiem przypadłości (nieudolnie tłumacząc ten scholastyczny termin można by powiedzieć: materialne cechy) chleba i wina pozostają te same. Mówiąc krótko: podczas mszy świętej przemienia się więc istota, ale cechy pozostają takie same.
Takie stanowisko — racjonalnie wyjaśniające obecność Chrystusa w Eucharystii — choć nie jest sprzeczne z nauczaniem prawosławnym, zdecydowanie odróżnia katolicyzm od wschodniego chrześcijaństwa. Prawosławnie bowiem, choć także afirmuje realną obecność, to unika (przynajmniej piórem poważnych teologów) określania, jak się ono dokonuje. Przyjęcie rozumowej doktryny transsubstancjacji byłoby dla niego w pewnym sensie pogwałceniem tajemnicy Sakramentu Ołtarza.
W opozycji wobec Kalwina
Nowego znaczenia uroczystość Bożego Ciała nabrała wraz z Reformacją. To wtedy stała się ona ostrą manifestacją katolicyzmu. Dlaczego? Bowiem jedną z głównych linii podziałów między chrześcijanami tamtych czasów było pytanie, postawione przez Berengariusza, o naturę Eucharystii. Najskrajniejsze stanowisko zajęli zwolennicy Zwinglego, dla których Eucharystia była tylko symbolem Ciała i Krwi Chrystusa. Kalwin uznał, że Chrystus jest wprawdzie obecny w Komunii Świętej, ale jest to obecność czysto duchowa, nic nie zmieniająca w materii chleba i wina. Luter — miotający obelgi na swoich protestanckich przeciwników — uznał, że Chrystus jest realnie obecny w Eucharystii, ale równie realny jest w niej chleb i wino (doktryna konsubstancjacji zakładająca, że w Komunii jest równocześnie substancja ciała i krwi oraz chleba i wina). Dla Lutra i jego następców problemem stał się natomiast kult oddawany Eucharystii i zagadnienie trwałości obecności eucharystycznej.
Katolicy pozostali oczywiście przy Tomaszowym stanowisku, a procesja Bożego Ciała stała się okazją do manifestowania przywiązania do substancjalnie i trwale rozumianej obecności Chrystusa w Eucharystii. Podobnie rozumieli zresztą to święto także protestanci, dla których było ono imprezą ukazującą bałwochwalcze oblicze katolicyzmu i jego przywiązanie do stworzenia. Dlatego tak często protestanccy rajcy zakazywali organizowania procesji Bożego Ciała (w Amsterdamie to nabożeństwo odbędzie się w tym roku po raz pierwszy od czasów Reformacji), a gorliwi neofici — nawet w tolerancyjnej Polsce — ochoczo bezcześcili Monstrancje i zawarty w nich Najświętszy Sakrament, w ten sposób manifestując pogardę dla samej istoty katolicyzmu.
Przejmująca obecność
Znaczenia Bożego Ciała nie można jednak sprowadzić tylko do starych sporów doktrynalnych. Przeciwnie — odpustowa procesja — jeśli oczyścić ją z niejednokrotnie przesadzonych przypadłości — ukazuje również obecnie esencję katolickości. Każda z procesji składa się bowiem z trzech zasadniczych elementów: słuchania Ewangelii (jest ona odczytywana przy każdym ołtarzu), oglądania rzeczywistości Kościoła, którą najlepiej uświadamia tłum wiernych (to oczywiście może razić, ale nigdzie nie jest napisane, że Kościół jest wspólnotą estetycznych, dobrze ubranych i pachnących pięknisiów), oraz obecności Chrystusa w Eucharystii. Obnoszenie Chrystusa po ulicach miast i wsi — przypomina także, że katolicyzm ma swój wymiar społeczny, że wierni zobowiązani są do głoszenia Chrystusa i jego nauki zawsze i wszędzie.
Najlepiej jednak znaczenie Najświętszego Sakramentu, a co za tym idzie także poświęconej mu uroczystości, wyraził przed laty niemiecki teolog Karl Adam: “To nie radosne migotanie wiecznego światełka, które pali się przed ołtarzem, to nie podniosłe obrazy świętych na ścianach kościołów ani uroczysty półmrok i majestatyczna cisza panująca w budynku tworzą obecną w kościołach katolickich pełną czaru atmosferę bliskości Boga i pobożności. Wszystko to może chronić i wspierać pobożność. Tym jednak, co ją rozpala, jest żywa obecność Jezusa”. W tabernakulum, bez którego nie ma katolickiego kościoła i które stanowi jego serce.
Dłuższa wersja tekstu ukazała się w dzienniku “Życie”.