Filmem i teologią w Romney“a
- 29 sierpnia, 2007
- przeczytasz w 2 minuty
Nowa hollywoodzka produkcja “September Dawn” poświęcona historii bandy mormonów, którzy brutalnie zamordowali ponad stu innowierczych osadników w Utah w roku 1857 — może nie tylko przynieść milionowe zyski producentom, ale również przekreślić prezydenckie szanse Mitta Romneya. Ten kandydat na urząd prezydenta nigdy nie ukrywał, że jest mormonem. Jednak zarówno on, jak i władze jego wyznania od dawna próbowały stwarzać wrażenie, że Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach […]
Nowa hollywoodzka produkcja “September Dawn” poświęcona historii bandy mormonów, którzy brutalnie zamordowali ponad stu innowierczych osadników w Utah w roku 1857 — może nie tylko przynieść milionowe zyski producentom, ale również przekreślić prezydenckie szanse Mitta Romneya.
Ten kandydat na urząd prezydenta nigdy nie ukrywał, że jest mormonem. Jednak zarówno on, jak i władze jego wyznania od dawna próbowały stwarzać wrażenie, że Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich jest jednym z wielu wyznań protestanckich, w istocie niczym istotnym nie różniącym się od innych. Film, który właśnie wszedł na ekrany może jednak przekreślić ten starannie budowany image mormonów.
Film przedstawia bowiem autentyczną historię zamordowania przez mormonów osadników pragnących zamieszkać na terenie obecnego stanu Utah. Jeden z pierwszych przywódców nowej wspólnoty Brigham Young przedstawiony w nim został (zgodnie z prawdą historyczną) jako krwawy watażka, który nie miał najmniejszych skrupułów w zabijaniu wszystkich, których uznawał za niewiernych. Autorzy filmu włożyli mu nawet w usta deklarację, że uważa się za “współczesnego Mahometa”. — To powinien być problem dla Romneya. Będzie się musiał zmierzyć z tymi zarzutami wobec własnego wyznania — podkreśla dr Ted Baehr, przewodniczący Christian Film & Television Commission.
Nowa produkcja nie jest zresztą jedyną bronią jaką wytaczają przeciw ROmneyowi przeciwnicy wyznawców mormonizmu w Białym Domu. Kilka tygodni temu jeden z wiodących teologów baptystycznych dr Albert Mohler przypomniał, że wyznawcy mormonizmu nie są chrześcijanami, i nie powinni być za takich uważani. — Nie sądzę, by to wyznanie prowadziło do zbawienia — podkreślił Mohler. Podobne stanowisko już kilka lat temu przyjęła Kongregacja Nauki Wiary, która uznała chrzest udzielany w kaplicach mormońskich za nieważny.
I paradoksalnie obie te decyzje mogą mieć znaczenie w nadchodzących wyborach. Wierzący i praktykujący Amerykanie są niezwykle zdyscyplinowaną grupą wyborców, kierującą się w swoich decyzjach także kwestiami religijnymi. Dlatego niemal wszyscy kandydaci na urząd prezydencki chętnie i obficie odwołują się do swojej religijności, nawet jeśli — jak Rudolf Guliani — są z nią na bakier w życiu codziennym.