Kilka pytań do komunikatu KEP
- 26 czerwca, 2006
- przeczytasz w 3 minuty
Komentarz biskupów do kwestii lustracji jest, najdelikatniej rzecz ujmując, dziwny. Dostrzec w nim można swoiste pomieszanie szlachetnych intencji, słusznych intuicji moralnych z nieznajomością polskiego prawa i zadziwiającymi sugestiami, które konsekwentnie zastosowane mogą doprowadzić do destrukcji klasycznej moralności.Biskupi w swoim oświadczeniu protestują przeciwko lustracji księży przebiegającej bez wyroku sądowego. Problem polega tylko na tym, że w polskim prawie taki proces jest możliwy tylko z powództwa prywatnego. Oskarżony […]
Komentarz biskupów do kwestii lustracji jest, najdelikatniej rzecz ujmując, dziwny. Dostrzec w nim można swoiste pomieszanie szlachetnych intencji, słusznych intuicji moralnych z nieznajomością polskiego prawa i zadziwiającymi sugestiami, które konsekwentnie zastosowane mogą doprowadzić do destrukcji klasycznej moralności.
Biskupi w swoim oświadczeniu protestują przeciwko lustracji księży przebiegającej bez wyroku sądowego. Problem polega tylko na tym, że w polskim prawie taki proces jest możliwy tylko z powództwa prywatnego. Oskarżony o współpracę ksiądz musiałby wtedy zdecydować się na wytoczenie procesu oskarżającemu dziennikarzowi i w jego trakcie udowodnić, że nie był TW. Jak do tej pory taki proces wytoczył tylko ks. Drozdek, ale — jak się mówiło w Krakowie — na polecenie Kurii, zdecydował się na ugodę. W innych sytuacjach — księża jako nie będący funkcjonariuszami publicznymi nie podlegają jakimkolwiek procedurom lustracyjnym, nie mogą więc odwoływać się do sądów. Powstaje zatem pytanie — czy propozycja biskupów oznacza postulat zmiany prawa, czy też jest zwyczajną próbą poprzez swoisty moralny szantaż wszelkich — także medialnych — prób publikowania dokumentów dotyczących współpracy duchownych z SB?
Trudno nie zgodzić się z tezą, że rzeczą oburzającą jest fakt, że funkcjonariusze SB, a także ich zleceniodawcy z PZPR, która w stosownym momencie przekształciła się w SdRP, a potem w SLD pozostają bezkarni. Tyle, że dekomunizacja nie jest kwestią Kościoła, a państwa i nie ma ona nic wspólnego z koniecznością oczyszczenia wspólnoty katolickiej. Lustracja duchownych jest bowiem potrzebna nie tylko po to, by stało się zadość sprawiedliwości, i by ludzie, którzy donosili na kolegów nie chodzili w glorii chwały, ale także po to, by możliwe stało się pojednanie w ramach samego Kościoła. Uzależnianie oceny moralnej czynów pewnych osób od tego, czy swoje grzechy wyzna ktoś inny — jest z punktu widzenia moralności chrześcijańskiej — dość dziwne.
Równie zaskakujący jest powracający w wypowiedziach biskupów zwyczaj określania TW mianem ofiar. Posługując się tym zwyczajem językowym — trudno mówić o odpowiedzialności moralnej kogokolwiek. Jeśli bowiem ofiarami byli ludzie donoszący SB, to czy podobnie ofiarami systemu nie byli sami esbecy? A jeśli oni, to dlaczego nie Bierut czy nawet Stalin? Może i on po prostu stał się ofiarą okoliczności? Nie zamierzam porównywać odpowiedzialności moralnej TW i oficerów. Ona oczywiście jest różna. Ale nie zmienia to faktu, że jedni i drudzy ponoszą odpowiedzialność moralną za swoje czyny. I że i jedne i drugie powinny być nazwane złem. Usprawiedliwianie ich trudnymi okolicznościami niewiele wnosi, bo w ten sposób da się wyjaśnić każdy grzech. Gwałciciele też tłumaczą, że są ofiarami nieskromnie ubierających się kobiet.
Zabawnie brzmi też argument, że ujawnianie nazwisk TW powinno być poprzedzone ujawnieniem sposobów działania SB. Ja sam (a nie jestem historykiem) czytałem dziesiątki tekstów i ksiażek na ten temat. Tylko IPN opublikował na ten temat przynajmniej pięć poważnych pozycji. Postulat ten od dawna został więc już spełniony i nie ma powodów, by od niego uzależniać lustrację.