Muzułmano-Chrześcijanka, co dwóm panom chce służyć
- 23 czerwca, 2007
- przeczytasz w 5 minut
Czy można być jednocześnie wyznawcą islamu i chrześcijaństwa? Czy można w piątek chodzić na modlitwę do meczetu, a w niedzielę do kościoła? Czy można być jednocześnie gorliwym muzułmaninem i jednocześnie chrześcijańskim duchownym? I wreszcie: czy to wszystko może realizować kobieta? Jakkolwiek retoryczne i może nawet absurdalnie mogą brzmieć te pytania, to w wypadku ks. Ann Holmes Redding jest za każdym razem twierdząca. 20 lat temu została ordynowana na duchownego Episkopalnego Kościoła USA (ECUSA), a w marcu 2006 r. wypowiedziała […]
Czy można być jednocześnie wyznawcą islamu i chrześcijaństwa? Czy można w piątek chodzić na modlitwę do meczetu, a w niedzielę do kościoła? Czy można być jednocześnie gorliwym muzułmaninem i jednocześnie chrześcijańskim duchownym? I wreszcie: czy to wszystko może realizować kobieta? Jakkolwiek retoryczne i może nawet absurdalnie mogą brzmieć te pytania, to w wypadku ks. Ann Holmes Redding jest za każdym razem twierdząca. 20 lat temu została ordynowana na duchownego Episkopalnego Kościoła USA (ECUSA), a w marcu 2006 r. wypowiedziała szahadę, muzułmańskie wyznanie wiary. W piątek zakłada czarną chustę, a w niedzielę koloratkę. Jak daleko może posunąć się religijny uniwersalizm? Historię pani Redding opisał dziennik “Seattle Times”, który zamieścił zdjęcia Redding, gdy modli się w meczecie i w episkopalnym kościele św. Klemensa Rzymskiego w Mount Baker. Wszystko zaczęło się w episkopalnej katedrze św. Marka w Seattle jesienią 2005 r. Dziekan katedry pozwolił muzułmańskiemu duchownemu na wygłoszenie kazania i modlitwę w świątyni. Wydarzenie to tak wstrząsnęło Redding, że coraz bardziej zaczęła interesować się islamem. Odrzucenie bóstwa Chrystusa i tradycyjnego nauczania o Trójcy Św. nie było dla niej większym problemem, bo jak sama przyznaje, zawsze miała z tym problemy. Nie tylko z tym, ale również z nauką o grzechu pierworodnym, oraz innymi prawdami wiary chrześcijańskiej. Jej droga do kapłaństwa była niełatwa. Jak sama mówi – doświadczyła rasizmu, molestowania seksualnego. Od 20 lat walczy z alkoholizmem. Ukończyła studia teologiczne, zrobiła doktorat z biblistyki i w 1984 przyjęła święcenia kapłańskie.
Wielu religioznawców, teologów, a nawet ustępujący ordynariusz episkopalnej diecezji Olimpii, bp Vincent Warner, nie mają nic przeciwko decyzji Redding, a nawet wykazują daleko idące zrozumienie. To kwestia interpretacji zasad wiary – podkreślają. Bóg to coś więcej niż Chrystus. Boskość ucieleśniła się w Jezusie, w jego życiu i działalności – przekonują zwolennicy uniwersalistycznej koncepcji boga. Inne zdanie na ten temat mają zarówno muzułmańscy, jak i chrześcijańscy teologowie, którzy zaznaczają, że chrześcijański i islamski obraz Boga to zupełnie dwa inne światy, co w sposób szczególny i absolutny objawia się w osobie Jezusa Chrystusa. Nie przekonuje to jednak Redding. Jestem w stu procentach chrześcijanką i w stu procentach muzułmanką. Nikt mi tego nie odbierze. Patrzę na Jezusa i widzę Allacha. Fakt, że jestem muzułmanką ułatwia mi zrozumienie chrześcijaństwa. Ponieważ islam postrzega Jezusa jako człowieka, a nie Boga, pomaga w naśladowaniu Jezusa – jesteśmy jak Jezus i możemy czynić jak on. Nie może być już żadnych wymówek, że on jest przecież Bogiem — przekonuje.
“Konwersja” pani Redding na islam wywołuje skrajne relacje – jedni są zachwyceni jej odwagą, oryginalnym myśleniem teologicznym, tzw. szerokim spojrzeniem na transcendencje, a inni nie posiadają się z oburzenia. Na forach internetowych aż roi się wpisów od obecnych i byłych członków ECUSA, którzy podkreślają, że historia Redding to kolejny dowód na teologiczną i duchową degrengoladę ECUSA. Nie mogłaby realizować tej bluźnierczej zabawy w kraju zdominowanym przez islam. Niech jedzie tam i zaśpiewa swoją piosenkę o pokoju. Niech jedzie do Arabii Saudyjskiej, do Mekki, i spróbuje się modlić ze swymi ‘braćmi muzułmanami’ – pisze jeden z czytelników “Seattle Times”.
Komentarz
To zadziwiające jak modne staje się rozmywanie wszelkich horyzontów. Jeszcze bardziej zdumiewające jest to, że w dyskursie teologicznym, szczególnie tym medialnym, tak często do głosu dochodzą skrajne opinie: z jednej strony represyjna i zamknięta na świat religijność litery, a z drugiej religijne puzzle, zlepek mniej lub bardziej przypadkowych pomysłów, które pod otoczką wielkiej duchowości, tzw. teologii radykalnie otwartej tudzież postępowej, generują na niebiosach plazmatyczne niby-bóstwo, które niczym silny środek przeciwbólowy aplikuje się jako antidotum dla spirytualistycznych tęsknot. W końcu i tak wszystko jedno, jak i w co się wierzy. Byle wierzyć! Byle ciekawie! Byle oryginalnie! Byle modnie, najlepiej feministycznie-ekologicznie-międzyreligijnie-transgender-demokratycznie. Po prostu: byle jak. I żeby był pokój na świecie, żeby orkę uratować i Teletubisiom honor zwrócić!No co, a nie?
Coraz częściej można odnieść wrażenie, że różnorodność chrześcijaństwa i fałszywie pojmowana tolerancja, którą nagle zaraziła się cała Europa, staje się jednokierunkową drogą do odrzucenia nie tylko kulturowych fundamentów zachodniej cywilizacji, ale i Ewangelii, samego Chrystusa. To już naprawdę nie chodzi tylko o to, że muzułmanie w Wielkiej Brytanii nie życzą sobie, aby w szkołach publicznych nie mówiono o holokauście, bo to obraża ich uczucia religijne, ale o coś znacznie poważniejszego. To nie muzułmanie, a chrześcijanie coraz częściej zaciemniają istotę Ewangelii, pozbywają się Chrystusa, jako politycznie niepoprawnego, bo to w końcu nieuprzejme, nieładne lub nieeleganckie powiedzieć, że zbawienie jest tylko w Jezusie – nuże, ktoś się obrazi, poczuje się wykluczony z wielkiego europejskiego/zachodniego domu.
Coraz częściej zacierają się również granice (przyznaje, zawsze były umowne i dość płynne) między ekskluzywnym a inkluzywnym rozumieniem chrześcijaństwa. Zawsze uważałem się za zwolennika koncepcji inkluzywnej, ale pojęcie to, które dla mnie wyraża uniwersalny charakter Ewangelii o Jezusie Chrystusie, stało się listkiem figowym dla teologicznych anomalii konstruowanych na użytek prywatnej religijności. Czy można mówić wtedy jeszcze o teologii? Teologia jest służebnicą Prawdy. Oczywiście jest ludzką, a zatem niedoskonałą próbą, uchwycenia boskich tajemnic. Bez wątpienia nie może nigdy postawić się ponad Ewangelią, musi zawsze pozostawać w jej cieniu i służyć. Komu służyć? Kościołowi, społeczności świętych, wzmacniać i utwierdzać wiarę tych, którzy czują się zagubieni w czasach, w których prawda Ewangelii stawiana jest na równi z “prawdą” ezoteryki, religijnego synkretyzmu, czy “nowoczesnej” jezusologii. Odpowiedzią na postępującą samozagładę chrześcijaństwa nie może być jednak powrót do oblężonych twierdz, ale zwiastowanie tej Ewangelii, która nieprzerwanie od 2000 lat głoszona jest na całym świecie.Chrześcijaństwożyje i umiera wraz z Chrystusem. Bez niego jesteśmy najbardziej pożałowania godnymi.
Dariusz Bruncz
:: Ekumenizm.pl: Wielki Piątek w meczecie
:: Ekumenizm.pl: Program ekumenicznego wielobóstwa
:: Magazyn SR: Teologia świętego spokoju