Nie feminizować Kościoła
- 22 lipca, 2006
- przeczytasz w 3 minuty
Kościoły są obecnie zbyt sfeminizowane — przekonuje David Murrow autor książki “Dlaczego mężczyźni nienawidzą chodzić do Kościoła”, jednej z najpopularniejszych pozycji religijnych ubiegłego roku w Stanach Zjednoczonych. — Oni tam muszą czuwać nad swoim językiem, manierami i być niezwykle dobrze wychowani. Wszystko to sprawia, że czują się w Kościele jak Tomek Sawyer w domu cioci Polly — wyjaśnia niechęć mężczyzn do świątyń Murrow. — Wszystkie te obrazki, kwiatuszki przed ołtarzami, niebieskookie […]
Kościoły są obecnie zbyt sfeminizowane — przekonuje David Murrow autor książki “Dlaczego mężczyźni nienawidzą chodzić do Kościoła”, jednej z najpopularniejszych pozycji religijnych ubiegłego roku w Stanach Zjednoczonych. — Oni tam muszą czuwać nad swoim językiem, manierami i być niezwykle dobrze wychowani. Wszystko to sprawia, że czują się w Kościele jak Tomek Sawyer w domu cioci Polly — wyjaśnia niechęć mężczyzn do świątyń Murrow.
- Wszystkie te obrazki, kwiatuszki przed ołtarzami, niebieskookie panny grające na organach sprawiają, że kościół staje się “rzeczą dla kobiet — wyjaśnia Murrow i dodaje, że współczesne chrześcijaństwo feminizuje się w tak zastraszającym tempie, że niebawem może w ogóle stracić mężczyzn.
I niestety amerykańskie (nie ma co ukrywać, że polskie też) statystyki potwierdzają obserwcaje amerykańskiego autora. Choć ponad 90 procent Amerykanów deklaruje wiarę w Boga, to tylko jedna trzecia z nich uczęszcza na nabożeństwa w niedzielę. Wśród kobiet wskaźnik ten sięga aż dwóch trzecich wierzących niewiast. Co więcej aż 25 procent kobiet, których mężowie są wierzący, chodzi do kościoła samotnie, podczas gdy ich mężowie oglądają telewizję lub grają w golfa.
Błędem byłoby jednak przypisywanie winy za taki stan rzeczy mężczyznom. Statystyki pokazują bowiem, że wyznawcy islamu czy judaizmu chodzą do swoich domów modlitewnych o wiele częściej niż chrześcijanie. — Każdy muzułmanin wie, że toczy się wojna między dobrem a złem, więc wypełnia swoje obowiązki, by zwyciężyło dobro. Chrześcijanin zaś, także mężczyzna, patrzy się na religię jako na emocjonalny związek z Jezusem, a nie na walkę, która jest męską domeną — dodaje Murrow. Co gorsza nawet modlitwy i pieśni kościelne są układane dla kobiet. — Większość z nich to piosenki o miłości do Jezusa. A z tym trudno się utożsamić facetowi — komentuje amerykański publicysta.
Ta nieobecność mężczyzn ma wymierne skutki dla liczebności wspólnot chrześcijańskich. Im mniej mężczyzn aktywnie uczestniczy w życiu Kościoła, tym mniej on jest aktywny misyjnie i wolniej się rozwija.
Co zrobić by to zmienić? — Musimy zacząć mówić o życiu, o rzeczach, które trzeba zrobić, a nie o emocjach czy miłości. Mężczyźni chcą w niedzielę posłuchać o swojej pracy, dzieciach, żonach, a nie o duchowości, która nijak się ma do ich życia — podkreśla ks. Rob Renfroe z parafii metodystycznej w Woodlands w Teksasie i dodaje, że skuteczną metodą przyciągnięcia mężczyzn jest przyznanie im zadań, które mają wykonać.
Potwierdza to Murrow. — Mężczyźni lubią zaplanować, zbudować, odpocząć. Lubią wyzwania. Ale kościoły oferują im współczującą atmosferę wzajemniej akcetacji. To jest nudne, stąd trudno się dziwić, że nikt nie chce chodzić do zboru — tłumaczy.