O pięknie różnorodności
- 28 grudnia, 2006
- przeczytasz w 2 minuty
Liturgia trydencka, tak jak każda liturgia, nie jest bronią. Nikt nie chce wykorzystać jej jako miecza przeciwko komuś lub czemuś. Jej cel jest zupełnie inne: ma ona kierować do Kogoś. I dlatego nie rozumiem dlaczego apel o jej uwolnienie rodzi takie kontrowersje…Podpisałem ten apel, choć nie jestem tradycjonalistą, nie chodzę regularnie na trydenckie msze święte i nie chcę, by zastąpiły one msze mojego dzieciństwa (zresztą chyba nikt tego nie chce), […]
Liturgia trydencka, tak jak każda liturgia, nie jest bronią. Nikt nie chce wykorzystać jej jako miecza przeciwko komuś lub czemuś. Jej cel jest zupełnie inne: ma ona kierować do Kogoś. I dlatego nie rozumiem dlaczego apel o jej uwolnienie rodzi takie kontrowersje…
Podpisałem ten apel, choć nie jestem tradycjonalistą, nie chodzę regularnie na trydenckie msze święte i nie chcę, by zastąpiły one msze mojego dzieciństwa (zresztą chyba nikt tego nie chce), czyli posoborową liturgię. Dlaczego to zrobiłem? Odpowiedź jest oczywista – nie ma powodów, by za gorszą, w wielu diecezjach zakazaną traktować liturgię, którą przez wieki sprawowano w Kościele katolickim, i którą modlili się liczni wyniesieni na ołtarze święci! Ryt trydencki, choć trudny i niezrozumiały, przez wieki karmił także pobożność ludową, swoją tajemniczością, uduchowieniem czy nawet niezrozumiałością. Liturgia ta przez wieki była nauczycielką wiary, wiary, która nierzadko prowadziła do męczeństwa. Nie ma zatem powodów, by i teraz nie mogli korzystać z niego wszyscy ci, którzy tego pragną, którym trydencka msza bardziej odpowiada duchowo.
I właśnie dlatego zaskakuje mnie opór wobec takiego równouprawnienia, opór wśród ludzi, którzy często deklarują swoje otwarcie. Nie rozumiem, dlaczego dopuszczalne mają być nowinki, które często z liturgią i Soborem nie mają nic wspólnego, a zakazana ma być liturgia, którą przez wieki w Kościele sprawowano. Nie rozumiem, dlaczego ci, którzy wzywają do szacunku dla najdziwniejszych tradycji teologicznych — nie chcą i nie potrafią uszanować i otworzyć się na wartości, które niesie tradycyjnie rozumiany katolicyzm. Nie chodzi przecież o to, by się z nim utożsamiać, a o to, by dostrzec piękno i głębię jaką niesie w sobie liturgia i związana z nią duchowość.
Równouprawnienie różnych rytów (a nie ma co ukrywać także różnych duchowości) sprawi także, że Kościół stanie się – na wzór średniowieczny, kiedy funkcjonowało jednocześnie przynajmniej kilka stylów sprawowania liturgii – bardziej różnorodny i uniwersalny. Będzie w nim miejsce nie tylko na postępowych i otwartych katolików, ale i na tych, którym bliższy jest konserwatyzm. I jedni i drudzy pozostają katolikami, i nie ma powodów, by wzajemnie się wykluczać z Kościoła.
I właśnie dlatego, w duchu wcale nie tradycyjnej pobożności, zdecydowałem się na podpisanie apelu w sprawien uwolnienia liturgii. Jej bogactwo, piękno i teologiczna treść może bowiem ubogacić wszystkich. A jakoś nie widać tych, którzy na takim otwarciu mieliby stracić.