- 13 kwietnia, 2016
- przeczytasz w 1 minutę
Arcybiskup senior Juliusz Paetz skradł strategom ds. 1050. rocznicy Chrztu Polski całe show. To hierarcha stanął w centrum uwagi i znalazł się pod obstrzałem oburzonych. Czy słusznie? Niekoniecznie.
Odczepcie się od Paetza
Arcybiskup senior Juliusz Paetz skradł strategom ds. 1050. rocznicy Chrztu Polski całe show. To hierarcha stanął w centrum uwagi i znalazł się pod obstrzałem oburzonych. Czy słusznie? Niekoniecznie.
Ale o co cho? – chciałoby się zapytać wzorem młodzieży.
Czy arcybiskupa uznano za winnego zarzucanych mu czynów i nałożono na niego kary kościelne? Nie. Czy został suspendowany w czynnościach kapłańskich? Nie. Co prawda napomniano go, by unikał liturgicznej autopromocji, ale przecież nie raz już występował przy różnych ołtarzach i poza kilkoma głosami oburzonych, sprawa zawsze przycichała. A niby dlaczego miała nie przycichnąć, skoro koledzy arcybiskupa Paetza arcyskutecznie go wybronili, a najpoważniejsze konsekwencje spotkały nie arcybiskupa-seniora, a kleryków i ich opiekunów, którzy odważyli się stanąć po ich stronie. Arcy im za to dokopano.
Niby dlaczego abp Paetz miałby rezygnować z czcigodnych uroczystości, jeśli nie ciążą na nim żadne zarzuty natury kryminalnej? Jest u siebie – jak stwierdził. Nie jest posądzany o herezję, nie głosi poglądów niegodnych z nauczaniem moralnym swojego Kościoła, nie ukrywa się, jest biskupem w swoim Kościele.
Rozumiem oburzenie oburzonych, tyle tylko, że owo oburzenie jest źle zaadresowane. Sprawy nierozwiązane się mszczą.