Społeczeństwo

Ojciec odchodzi


Mię­dzy łazien­ką a kuch­nią, poko­jem i pral­nią, pró­bo­wa­łem wyobra­zić sobie jak będzie teraz, kie­dy fra­za papież Polak prze­sta­nie być rów­nie oczy­wi­sta jak orzeł bia­ły albo Morze Bał­tyc­kie. Jak będzie teraz, kie­dy samo sło­wo papież przy­pi­sa­ne będzie do innej posta­ci, innej twa­rzy – i czy nie będzie tak, jak­by drze­wo mia­ło nie zna­czyć wię­cej drze­wo, tyl­ko dom, rze­ka albo chmu­ra; prze­cież inne­go papie­ża nie zna­łem. Kie­dy […]


Mię­dzy łazien­ką a kuch­nią, poko­jem i pral­nią, pró­bo­wa­łem wyobra­zić sobie jak będzie teraz, kie­dy fra­za papież Polak prze­sta­nie być rów­nie oczy­wi­sta jak orzeł bia­ły albo Morze Bał­tyc­kie. Jak będzie teraz, kie­dy samo sło­wo papież przy­pi­sa­ne będzie do innej posta­ci, innej twa­rzy – i czy nie będzie tak, jak­by drze­wo mia­ło nie zna­czyć wię­cej drze­wo, tyl­ko dom, rze­ka albo chmu­ra; prze­cież inne­go papie­ża nie zna­łem. Kie­dy dwa­dzie­ścia czte­ry lata temu przy­cho­dzi­łem na świat nad wyraz nie­chęt­nie, kie­dy siny­mi z nie­do­tle­nie­nia usta­mi oznaj­mia­łem, że raczej jestem i kie­dy położ­ne w popło­chu pako­wa­ły mnie do inku­ba­to­ra, zakła­da­jąc się przy tym ile pocią­gnę – papież Polak już był. Kie­dy mia­łem kil­ka tygo­dni i mniej wię­cej wia­do­mo już było, że nie umar­łem – do papie­ża Pola­ka strze­lał Ali Agca, śnia­dy facet z nie­śmia­łym uśmie­chem, któ­re­go wię­zien­ną foto­gra­fię ze spo­tka­nia z papie­żem Pola­kiem dosta­łem od bab­ci na trze­cie albo pią­te uro­dzi­ny.

Razem z naszym papie­żem Janem Paw­łem, napi­sa­ne było w czer­wo­nym kate­chi­zmie, z któ­re­go uczy­łem się na pamięć prze­bie­gu litur­gii przed pierw­szą komu­nią – i nauczy­łem się na pamięć, i nawet dzi­siaj, kie­dy nie pamię­tam już przy­ka­zań kościel­nych ani licz­by bło­go­sła­wieństw – nawet dzi­siaj obu­dzo­ny w środ­ku nocy na hasło razem z naszym papie­żem odpo­wiem Janem Paw­łem. A wkrót­ce po komu­nii, na któ­rą dosta­łem czer­wo­ny magne­to­fon, nasz papież Polak Jan Paweł Dru­gi przy­je­chał na piel­grzym­kę – i wciąż pamię­tam łzy w oczach mat­ki, któ­ra oglą­da­ła rela­cje w tele­wi­zji i śpie­wa­ła razem z piel­grzy­ma­mi Abba, Ojcze, i któ­ra kaza­ła mi nagry­wać wszyst­ko na mój komu­nij­ny magne­to­fon, bo nie mie­li­śmy magne­to­wi­du – i nagry­wa­łem, przy­sta­wia­jąc mikro­fon do gło­śni­ka tele­wi­zo­ra, w fatal­nej jako­ści; ale nagry­wa­łem, dla mojej mat­ki, żeby mogła przy­po­mnieć sobie piel­grzym­kę kie­dy tyl­ko będzie chcia­ła – wszyst­kie te kase­ty do dzi­siaj leżą gdzieś na pół­ce, nigdy póź­niej nie używane.Docieram na miej­sce po dru­giej, rzu­cam kurt­kę na łóż­ko, albo może kurt­ka rzu­ca mnie na fotel, nicze­go nie jestem już pew­ny. Sie­dzę w ciem­no­ściach i nie mogę zebrać myśli; w gło­wie zaczy­na się to bole­sne pul­so­wa­nie, a pod wszyst­kim czai się gdzieś nie­okre­ślo­ny lęk, jakiś chłód wędru­ją­cy wzdłuż ple­ców. W koń­cu znaj­du­ję pilo­ta i włą­czam tele­wi­zor, cho­ciaż przez moment się waham, palec na przy­ci­sku roz­luź­nia się – ale to tyl­ko chwi­la. Ekran roz­bły­sku­je i migo­cze – a póź­niej poja­wia się obraz: stu­dio spe­cjal­ne poświę­co­ne papie­żo­wi, ubra­ny na czar­no pre­zen­ter patrzy na swo­je­go gościa, popra­wia oku­la­ry, wresz­cie mówi nie ma nadziei dla Jana Paw­ła Dru­gie­go i patrzy wycze­ku­ją­co na roz­mów­cę, któ­ry przez chwi­lę kiwa gło­wą, pew­ny, że nastą­pi ciąg dal­szy i dopie­ro kie­dy orien­tu­je się, że teraz jego kolej, że teraz to on ma mówić – wte­dy chrzą­ka i powta­rza: tak, nie ma nadziei dla Jana Paw­ła Dru­gie­go, patrząc wycze­ku­ją­co na pre­zen­te­ra. Ten patrzy przed sie­bie, uda­jąc, że nie rozu­mie, pau­za się prze­cią­ga, trwa woj­na ner­wów. Teraz wie­le się zmie­ni – mówi wresz­cie pre­zen­ter, pona­glo­ny pew­nie przez reali­za­to­ra – i no wła­śnie co się zmie­ni, panie gościu? Gość w zamy­śle­niu gła­dzi się po bro­dzie. Wie­le się zmie­ni – odpo­wia­da wresz­cie.


Na pasku u dołu ekra­nu, takim samym jak w pro­gra­mach eko­no­micz­nych, prze­su­wa­ją się naj­now­sze donie­sie­nia i aktu­al­ne noto­wa­nia: 07:20 Papież jest w bar­dzo cięż­kim sta­nie, poin­for­mo­wał rzecz­nik waty­kań­ski Joaqu­in Navar­ro-Valls *** 09:40 “Jan Paweł II gaśnie pogod­nie” — powie­dział kar­dy­nał Andrzej Maria Deskur, przy­ja­ciel Papie­ża *** 12:30 Papież jest w cięż­kim sta­nie, ale zacho­wu­je świa­do­mość, modli się i przy­jął kil­ku swych współ­pra­cow­ni­ków *** 19:04 Joaqu­in Navar­ro-Valls poin­for­mo­wał, że stan Jana Paw­ła II jesz­cze bar­dziej się pogor­szył — orga­ny życio­we nie funk­cjo­nu­ją, a para­me­try życio­we są nie­od­wra­cal­nie złe *** 21:36 “Tego wie­czo­ru lub tej nocy Chry­stus otwo­rzy drzwi papie­żo­wi” — powie­dział arcy­bi­skup Ange­lo Coma­stri, papie­ski wika­riusz gene­ral­ny dla Pań­stwa Waty­kań­skie­go i od nowa, jak gdy­by czas się zapę­tlił: 07:20 Papież jest w bar­dzo cięż­kim sta­nie. Zmie­niam kanał. Na trzy­dzie­stym dru­gim jest stu­dio spe­cjal­ne, poświę­co­ne papie­żo­wi. Pre­zen­ter­ka ubra­na na czar­no czy­ta infor­ma­cję: Stan papie­ża uległ dal­sze­mu pogor­sze­niu; według nie­ofi­cjal­nych infor­ma­cji uzy­ska­nych ze źró­deł waty­kań­skich nie ma już nadziei dla Jana Paw­ła Dru­gie­go. Na trzy­dzie­stym trze­cim jest stu­dio spe­cjal­ne, nie ma nadziei dla Jana Paw­ła Dru­gie­go, mówi przy­stoj­ny pre­zen­ter, na trzy­dzie­stym czwar­tym stu­dio spe­cjal­ne, nie ma nadziei, trzy­dzie­sty pią­ty, nie ma nadziei, nie ma nadziei, nie ma nadziei. Na trzy­dzie­stym szó­stym dwóch Chiń­czy­ków jak gdy­by nigdy nic gra w ping-ponga.Wracam do począt­ku: połą­cze­nie na żywo z kra­kow­skim Ryn­kiem: halo Basiu, powiedz mi, jaki nastrój panu­je w Kra­ko­wie? Basia kiwa gło­wą i odpo­wia­da w Kra­ko­wie panu­je nastrój smut­ku żało­by zadu­my i przy­gnę­bie­nia na twa­rzach ludzi nie widać uśmie­chów a kawiar­nie i puby zazwy­czaj roj­ne i gwar­ne tej nocy świe­cą pust­ka­mi. Trzy­dzie­sty dru­gi – w Wado­wi­cach panu­je nastrój przy­gnę­bie­nia żało­by i zadu­my. Trzy­dzie­sty trze­ci – przy­stoj­ny pre­zen­ter roz­ma­wia ze swo­im gościem. Trzy­dzie­sty czwar­ty – seria ujęć z piel­grzy­mek i spo­tkań, krót­kich, kil­ku­se­kun­do­wych, jak w tele­dy­skach. Ska­czę coraz szyb­ciej, raz, raz, raz, raz, sku­pio­ne twa­rze pre­zen­te­rów, słu­chaw­ki w uszach, zapro­sze­ni goście, wysi­łek kame­rzy­stów, pot na czo­łach reali­za­to­rów, ner­wo­wość sze­fów redak­cji – czy uda się, czy uda się nam prze­ka­zać te chwi­le lepiej niż innym – Grze­siu, prze­czy­taj jesz­cze raz ostat­nie wia­do­mo­ści, potem wrzu­cę ci Wado­wi­ce na żywo, mamy już połą­cze­nie, potem prze­bit­ka z pla­cu Świę­te­go Pio­tra, Kra­ków i raport spe­cjal­ny minu­ta po minu­cie.


Kore­spon­dent­ka z Waty­ka­nu daje znać, że ma naj­śwież­szą wia­do­mość, któ­rą zdo­by­ła dzię­ki ukła­dom z Raju­no – Grze­siu, Grze­siu, zmia­na jest, zaraz wej­dzie Waty­kan – więc Grze­siu mówi: pro­szę pań­stwa połą­czy­my się teraz z pla­cem Świę­te­go Pio­tra, nasza kore­spon­dent­ka prze­ka­że pań­stwu naj­now­sze donie­sie­nia, cyk, następ­ny kanał, a tam już ktoś infor­mu­je: jak dowie­dzia­łem się przed chwi­lą z nie­ofi­cjal­ne­go źró­dła papież odzy­skał przy­tom­ność, choć jego stan jest bar­dzo bar­dzo cięż­ki i nie ma nadziei dla Jana Paw­ła Dru­gie­go, jest to jed­nak infor­ma­cja nie­po­twier­dzo­na, powta­rzam, infor­ma­cja nie­po­twier­dzo­na, cyk, następ­ny kanał, następ­ny, następ­ny, raz, raz, raz, raz, nie ma nadziei, infor­ma­cja z nie­ofi­cjal­ne­go źró­dła, dzien­ni­ka­rze wło­skiej tele­wi­zji infor­mu­ją, w Kra­ko­wie nastrój smut­ku, zapa­le­nie ukła­du moczo­we­go, nie ma nadziei, zapro­szo­ny pro­fe­sor medy­cy­ny dia­gno­zu­je papie­ża na odle­głość, nie ma nadziei. Coraz moc­niej krę­ci mi się w gło­wie (…)Wresz­cie nade­szła ta nie­dzie­la, chłod­na i nie­przy­jem­na. Na sta­dio­nie Cra­co­vii, sta­dio­nie imie­nia Jana Paw­ła Dru­gie­go, tym samym sta­dio­nie, na któ­rym kibi­ce kra­kow­skich klu­bów padli sobie w ramio­na przed kil­ko­ma dnia­mi, zaczy­nał się mecz pojed­na­nia – Cra­co­via Kra­ków, Legia War­sza­wa; i sta­ły tysięcz­ne rze­sze kibi­ców, któ­rzy dziś mie­li dać świa­dec­two. Opo­wie­dział mi o tym czło­wiek, któ­ry pra­cu­je w gaze­cie spor­to­wej, opo­wie­dział mi, jak sta­li naprze­ciw­ko sie­bie i jak na znak dany odśpie­wa­li pol­ski hymn, a póź­niej jesz­cze: Nie rzu­cim zie­mi, skąd nasz ród, i jesz­cze: Pan kie­dyś sta­nął nad brze­giem, szu­kał ludzi goto­wych pójść za nim, ulu­bio­ną pieśń papie­ża – i tęża­ły ich gło­sy, nabrzmie­wa­ły wzru­sze­niem, i rosło w powie­trzu napię­cie.


A potem z czte­rech rogów boiska wypusz­czo­no czte­ry bia­łe gołę­bie na znak poko­ju i wiecz­nej od dzi­siaj przy­jaź­ni, i w nie­jed­nym oku bły­snę­ła łza, nie­wiel­ka męska łza – a póź­niej sie­rot­ka z domu dziec­ka wol­nym, uro­czy­stym kro­kiem wzdłuż bia­łej linii poszła ku środ­ko­wi boiska, ku same­mu cen­trum – i w tym cen­trum sta­nę­ła, żeby wypu­ścić ostat­nie­go, naj­więk­sze­go i naj­biel­sze­go ze wszyst­kich gołę­bia, aby oznaj­mił pax maxi­mum et infi­ni­tum zie­mi i nie­bio­som, zwie­rzę­tom i ludziom, aby zaniósł prze­sła­nie poko­ju kibi­com wszyst­kich klu­bów, aby zakoń­czył bra­to­bój­cze waśnie, aby lotem pod­nieb­nym poło­żył kres wycią­ga­niu z auto­bu­sów i ustaw­kom ze sprzę­tem; i aby łopot jego skrzy­deł roz­le­gał się wszę­dzie tam, gdzie jesz­cze przed tygo­dniem sły­chać było cięż­kie ude­rze­nia pię­ści, prze­kleń­stwa jed­nych i jęki dru­gich, wszę­dzie tam, gdzie sza­re chod­ni­ki czer­wie­nia­ły wciąż od kibi­cow­skiej krwi, prze­le­wa­nej w świę­tych woj­nach o honor klu­bu; aby spra­wił swo­ją czy­stą bie­lą gołę­bią, że kibic Arki prze­pro­wa­dzi przez uli­cę bab­cię kibi­ca Lechii, że kibic Pogo­ni pomo­że nieść cięż­kie zaku­py mat­ce kibi­ca Lecha, a sio­stra kibi­ca z Wro­cła­wia będzie mogła kochać bez obaw kibi­ca z War­sza­wy – i sta­nę­ła sie­rot­ka na samiu­sień­kim środ­ku boiska – i w wiel­kiej ciszy wyrzu­ci­ła w górę bia­łe­go gołę­bia. I kto wie, jak poto­czy­ły­by się losy świa­ta, gdy­by gołąb wzle­ciał ku nie­bio­som – ale zamiast tego zawisł w powie­trzu na krót­ki moment, jak każ­da rzecz rzu­co­na w górę, po czym rąb­nął z impe­tem o mura­wę; był bowiem gołę­biem mar­twym, gołę­biem sztyw­nym, gołę­biem, któ­ry wycią­gnął kopy­ta, kop­nął w kalen­darz i zwy­czaj­nie zdechł gdzieś po dro­dze, zgnie­cio­ny przez sie­rot­kę, albo może przez cię­żar odpo­wie­dzial­no­ści.


I wiel­ka cisza zabrzmia­ła nagle, cisza gło­śniej­sza niż ryk trąb spi­żo­wych, a potem zaczę­ła się na*piiiii*anka na czte­ry fajer­ki – dwie godzi­ny póź­niej Fryt­ka cho­wał się za zasło­ną w swo­im miesz­ka­niu, obser­wu­jąc z podzi­wem dosko­na­łą tak­ty­kę pol­skiej poli­cji, któ­ra naj­pierw roz­bi­ja­ła tłum zma­so­wa­nym natar­ciem arma­tek wod­nych, a póź­niej nie­do­bit­ki sie­kła gumo­wy­mi kula­mi, wpro­wa­dza­jąc ład i porzą­dek meto­da­mi spraw­dzo­ny­mi w nie­jed­nym boju. Kto wie zresz­tą, może to wła­śnie przez nich, nie­wier­nych, któ­rzy na mecz pojed­na­nia przy­by­li w opan­ce­rzo­nych wozach i z bro­nią u pasa – może to przez nich tak bar­dzo się nie uda­ło?


+++


Tekst pocho­dzi z książ­ki Pio­tra Czer­skie­go: “Ojciec odcho­dzi”. Wię­cej szcze­gó­łów o książ­ce tutaj.

Ekumenizm.pl działa dzięki swoim Czytelnikom!
Portal ekumenizm.pl działa na zasadzie charytatywnej pracy naszej redakcji. Zachęcamy do wsparcia poprzez darowizny i Patronite.