Skandal Bożego Narodzenia
- 23 grudnia, 2006
- przeczytasz w 6 minut
Istotą świąt Bożego Narodzenia nie są prezenty, komercyjny Santa Claus czy nawet rodzinne spotkania, ale przypomnienie jednej z najważniejszych prawd chrześcijaństwa o Wcieleniu Boga. To zaś, że Bóg stał się człowiekiem, nadal pozostaje zgorszeniem nie tylko dla niewierzących. Do narzekania na świąteczne dekoracje pojawiające się tuż po uroczystości Wszystkich Świętych, tłumy mikołajów czy kolędy nadawane w hipermarketach – zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Rzucanie gromów na komercjalizację świętowania czy na skupianie się wyłącznie […]
Istotą świąt Bożego Narodzenia nie są prezenty, komercyjny Santa Claus czy nawet rodzinne spotkania, ale przypomnienie jednej z najważniejszych prawd chrześcijaństwa o Wcieleniu Boga. To zaś, że Bóg stał się człowiekiem, nadal pozostaje zgorszeniem nie tylko dla niewierzących.
Do narzekania na świąteczne dekoracje pojawiające się tuż po uroczystości Wszystkich Świętych, tłumy mikołajów czy kolędy nadawane w hipermarketach – zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Rzucanie gromów na komercjalizację świętowania czy na skupianie się wyłącznie na zakupach jest już nudne. Podobnie jak zachodnie, często motywowane szacunkiem dla inaczej wierzących czy po prostu ateistów, zakazy wystawiania choinek czy pomysły, by zamiast jasełek wystawiać w szkołach „Czerwonego Kapturka”. Wszystko to sprawia, że coraz częściej wracamy do tradycyjnego świętowania – z wigilijnym stołem zastawionym swojskimi potrawami, z opłatkiem i kolędowaniem. Kłopot polega tylko na tym, że choć tradycje te niosą ze sobą ogromną ilość treści, to także przesłaniają (przynajmniej częściowo) istotę Bożego Narodzenia, czyniąc z niego bardziej święta rodzinne niż wspominanie największych tajemnic chrześcijaństwa.
Odrzucenie przez swoich
Żłóbki, dzielenie się opłatkiem czy nawet wspólne kolędowanie – wszystko to czyni Boże Narodzenie najbardziej rodzinnymi ze świąt. Ubieranie choinki, stawianie szopek, wręczanie prezentów, wspólne śpiewanie, które są nieodłączną częścią świętowania, umacniają rodziny i nadają Bożemu Narodzeniu szczególny, właśnie rodzinny, charakter. Ale to rodzinne ciepło, które rodzą polskie tradycje, przesłania nam fakt, że samo wydarzenie, które wspominamy, nie było ani szczególnie ciepłe, ani napełnione szczęściem.
Co wspominamy tego dnia? Przybycie młodego małżeństwa do rodzinnej miejscowości męża i odrzucenie ich przez społeczność. Sformułowanie: „nie było dla nich miejsca w gospodzie” trzeba czytać razem z innym fragmentem, który głosi, że Jezusa „swoi nie przyjęli”. Przed Józefem i spodziewającą się rozwiązania Maryją zatrzaśnięto wszystkie drzwi, przepędzono ich z domów rodziny i przyjaciół. Dlaczego? Odpowiedź jest boleśnie prosta: dlatego, że wyliczono, iż Jezus jest dzieckiem przedślubnym, z nieprawego łoża i – kierując się prostą moralnością tamtych czasów – odrzucono jego i jego rodziców. Rodzina Józefa, odmawiając im przyjęcia na nocleg, wykazała się szacunkiem dla moralności, która wyklucza miłość.
To odrzucenie, stygmat dziecka nieślubnego, będzie się zresztą ciągnęło za Chrystusem przez całe jego posługiwanie. Prorok czy nauczyciel, który narodził się ze związku nieślubnego, nie był nigdy traktowany do końca poważnie. Wielu biblistów wręcz sugeruje, że odrzucenie Jezusa w Nazarecie wiązało się wcale nie z tym, że ludzie byli tam mniej wierzący, a z tym, że pamiętali o społecznym, rodzinnym pochodzeniu rabbiego.
Zgorszenie wcielenia
Święta Bożego Narodzenia, choć pozostają smutnym świadectwem wyższości kultury odrzucenia nad kulturą przygarnięcia (akurat w polskich tradycjach to otwarcie na innych, samotnych, odrzuconych widać doskonale), odsłaniają także inną nie mniej ważną tajemnicę chrześcijaństwa, prawdę o Wcieleniu, o tym, że Bóg stał się człowiekiem, że jest Bogiem z nami. Słowo stało się ciałem. Nie pozornym, udawanym, nie na jakiś czas, ale najprawdziwszym ciałem, na wieki. Człowieczeństwo, w jego najbardziej przyziemnych wymiarach, także fizjologii weszło na wieki w życie Trójcy Świętej. Bóg sam — choć dla umysłów wychowanych na filozofii greckiej to niepojęte — niezmienny i nieruchomy Bóg się zmienił. W Jego wieczność weszła zmiana, wszedł czas.
Dla pełnego zrozumienia tej prawdy nie wystarczy jednak wyłącznie subtelna analiza teologiczna. Trzeba także uświadomić sobie, że Bóg stał się maleńkim dzieckiem zdanym całkowicie na łaskę rodziców . Przez wiele miesięcy nie mówił, tylko płakał, nie znał swojej mesjańskiej i Boskiej natury — a był Bogiem. Rodzice przewijali Go, a on był ich Zbawicielem. Trudne to prawdy. Trudno uwierzyć, że w tej maleńkiej grocie nieopodal Betlejem przyszedł na świat Bóg. Nie wybitny człowiek, ale prawdziwy Bóg, który w swoim płaczu nawet pewnie nie wiedział kim był. To też jest prawda o Bogu. Trudna, niezrozumiała, niewygodna. Oto ten, który powinien się nami opiekować, zapewniać nam łaskę za łaską — powierza się nam w opiekę. Od nas zależy, co z Nim będzie… czy będzie „Bogiem z nami”, czy porzuconym na śmietniku historii idolem. Czy dożyje swoich dni w pokoju, czy zostanie abortowany zaraz na ich początku…
Tak rozumiana prawda o Wcieleniu każe nam jednak także pamiętać, że ten podstawowy obowiązek opieki nad naszym Bogiem, niezmiernie utrudnia przetworzenie chrześcijaństwa w zwarty system ideologiczny. „Kiedy przychodzimy do Boskiego Dzieciątka z pytaniami o teorię i politykę otrzymujemy tę samą odpowiedź „Mu!” – wyrażoną płaczem niemowlęcia lub równie niezrozumiałym płaczem, uściskiem dłoni lub ssaniem piersi. Nasze pytania – a wraz z nimi nasza rozpaczliwa i podszyta lękiem potrzeba, aby być w porządku – zostają zrelatywizowane” – mówił w przepięknym kazaniu o Wcieleniu na Boże Narodzenie arcybiskup Canterbury Rowan Williams. Chrześcijaństwo – w takim bożonarodzeniowym rozumieniu – staje się zatem pokornym wpatrywaniem się w twarz Chrystusa, a nie ideologicznym systemem. Jest poszukiwaniem woli Bożej wobec konkretnego człowieka, a nie biczem na niewiernych, niezależnie od tego, czy są odstępcami od postępu czy tradycji. Bóg, podkreśla Williams, nie może być przez nas ograniczony, a wszystkie próby Jego zawłaszczenia przez którąkolwiek ze stron kościelnych sporów skazane są na niepowodzenie, albo jeszcze mocniej, są w istocie idolatrią, kultem fałszywego Boga.
O jedności świąt
Takie spojrzenie na święta Bożego Narodzenia pokazuje, że – mimo pozornej odległości od Wielkanocy – uroczystość ta jest z nią ściśle powiązana. W obu tych świętach wspominana jest bowiem prawda o Wcieleniu Boga, o Jego odrzuceniu przez swoich, ale i o Jego „szaleńczej miłości do człowieka”. Dzieje Zbawienia – jak pokazują oba te święta – nie są miłym i przyjemnym przyjściem Boga na świat, w którym wszyscy na Niego czekali, ale dramatyczną walką o przyjęcie, zrozumienie i zaakceptowanie. Walką – dodajmy w perspektywie ziemskiej – zakończoną porażką! Bez tych prawd świętowanie staje się tak puste i pozbawione sensu, jak bożonarodzeniowa kolęda pozbawiona słów o Jezusie czy święta bez modlitwy.
Teologiczne spojrzenie na Boże Narodzenie nie powinno jednak przesłaniać także ich rodzinnego charakteru. W te dni tak liturgia jak i pobożność ludowa wskazuje przecież na zwyczajną rodzinę, z jej dramatami, trudnościami, ale i drobnymi radościami. Maria nastolatka, która naraziła się na ukamienowanie, hańbę i odrzucenie przez narzeczonego, by przyjąć Boga; jej mąż Józef – który mimo wątpliwości przyjął na siebie hańbę bycia ojcem nieślubnego dziecka. I wreszcie oni razem szukający miejsca na nocleg, gdy „nie było dla nich miejsca w gospodzie””. W Boże Narodzenie wspominamy to, że udało im się przemóc te trudności i to, że w tamtych dniach oni razem, jako rodzina stanęli wobec tajemnicy Bożych narodzin. I razem budowali wspólnotę. Wspólnotę, w której każdy odkrywa Boga.
Dlatego tak ważne jest, by w te święta być razem. Samotność do nich nie pasuje. Ciepło jakie bije od żłóbka związane jest właśnie z rodzinnym jego ciepłem, z małżeńską i rodzicielską miłością. Na nic pasterki, msze, spowiedzi — jeśli w te dni nie znajdziemy czasu, by spotkać się z matką, ojcem, dziadkiem i babcią. Na nic rytualna czystość, stan łaski uświęcającej — jeśli nie znajdziemy czasu dla własnych dzieci. W te dni, w pełni uświadamiamy sobie, że tak jak w Izraelu – rodzinna wieczerza jest liturgią. Nie mniej, niż ta sprawowana w kościele. Jeśli zabraknie nam czasu dla bliskich, to w istocie zabraknie nam go dla Boga.
Tekst ukazał się wświątecznym wydaniu “Życia Warszawy”