Społeczeństwo

Skandal Bożego Narodzenia


Isto­tą świąt Boże­go Naro­dze­nia nie są pre­zen­ty, komer­cyj­ny San­ta Claus czy nawet rodzin­ne spo­tka­nia, ale przy­po­mnie­nie jed­nej z naj­waż­niej­szych prawd chrze­ści­jań­stwa o Wcie­le­niu Boga. To zaś, że Bóg stał się czło­wie­kiem, nadal pozo­sta­je zgor­sze­niem nie tyl­ko dla nie­wie­rzą­cych. Do narze­ka­nia na świą­tecz­ne deko­ra­cje poja­wia­ją­ce się tuż po uro­czy­sto­ści Wszyst­kich Świę­tych, tłu­my miko­ła­jów czy kolę­dy nada­wa­ne w hiper­mar­ke­tach – zdą­ży­li­śmy się już przy­zwy­cza­ić. Rzu­ca­nie gro­mów na komer­cja­li­za­cję świę­to­wa­nia czy na sku­pia­nie się wyłącz­nie […]


Isto­tą świąt Boże­go Naro­dze­nia nie są pre­zen­ty, komer­cyj­ny San­ta Claus czy nawet rodzin­ne spo­tka­nia, ale przy­po­mnie­nie jed­nej z naj­waż­niej­szych prawd chrze­ści­jań­stwa o Wcie­le­niu Boga. To zaś, że Bóg stał się czło­wie­kiem, nadal pozo­sta­je zgor­sze­niem nie tyl­ko dla nie­wie­rzą­cych.

Do narze­ka­nia na świą­tecz­ne deko­ra­cje poja­wia­ją­ce się tuż po uro­czy­sto­ści Wszyst­kich Świę­tych, tłu­my miko­ła­jów czy kolę­dy nada­wa­ne w hiper­mar­ke­tach – zdą­ży­li­śmy się już przy­zwy­cza­ić. Rzu­ca­nie gro­mów na komer­cja­li­za­cję świę­to­wa­nia czy na sku­pia­nie się wyłącz­nie na zaku­pach jest już nud­ne. Podob­nie jak zachod­nie, czę­sto moty­wo­wa­ne sza­cun­kiem dla ina­czej wie­rzą­cych czy po pro­stu ate­istów, zaka­zy wysta­wia­nia cho­inek czy pomy­sły, by zamiast jase­łek wysta­wiać w szko­łach „Czer­wo­ne­go Kap­tur­ka”. Wszyst­ko to spra­wia, że coraz czę­ściej wra­ca­my do tra­dy­cyj­ne­go świę­to­wa­nia – z wigi­lij­nym sto­łem zasta­wio­nym swoj­ski­mi potra­wa­mi, z opłat­kiem i kolę­do­wa­niem. Kło­pot pole­ga tyl­ko na tym, że choć tra­dy­cje te nio­są ze sobą ogrom­ną ilość tre­ści, to tak­że prze­sła­nia­ją (przy­naj­mniej czę­ścio­wo) isto­tę Boże­go Naro­dze­nia, czy­niąc z nie­go bar­dziej świę­ta rodzin­ne niż wspo­mi­na­nie naj­więk­szych tajem­nic chrze­ści­jań­stwa.


Odrzu­ce­nie przez swo­ich


Żłób­ki, dzie­le­nie się opłat­kiem czy nawet wspól­ne kolę­do­wa­nie – wszyst­ko to czy­ni Boże Naro­dze­nie naj­bar­dziej rodzin­ny­mi ze świąt. Ubie­ra­nie cho­in­ki, sta­wia­nie szo­pek, wrę­cza­nie pre­zen­tów, wspól­ne śpie­wa­nie, któ­re są nie­od­łącz­ną czę­ścią świę­to­wa­nia, umac­nia­ją rodzi­ny i nada­ją Boże­mu Naro­dze­niu szcze­gól­ny, wła­śnie rodzin­ny, cha­rak­ter. Ale to rodzin­ne cie­pło, któ­re rodzą pol­skie tra­dy­cje, prze­sła­nia nam fakt, że samo wyda­rze­nie, któ­re wspo­mi­na­my, nie było ani szcze­gól­nie cie­płe, ani napeł­nio­ne szczę­ściem.


Co wspo­mi­na­my tego dnia? Przy­by­cie mło­de­go mał­żeń­stwa do rodzin­nej miej­sco­wo­ści męża i odrzu­ce­nie ich przez spo­łecz­ność. Sfor­mu­ło­wa­nie: „nie było dla nich miej­sca w gospo­dzie” trze­ba czy­tać razem z innym frag­men­tem, któ­ry gło­si, że Jezu­sa „swoi nie przy­ję­li”. Przed Józe­fem i spo­dzie­wa­ją­cą się roz­wią­za­nia Mary­ją zatrza­śnię­to wszyst­kie drzwi, prze­pę­dzo­no ich z domów rodzi­ny i przy­ja­ciół. Dla­cze­go? Odpo­wiedź jest bole­śnie pro­sta: dla­te­go, że wyli­czo­no, iż Jezus jest dziec­kiem przed­ślub­nym, z nie­pra­we­go łoża i – kie­ru­jąc się pro­stą moral­no­ścią tam­tych cza­sów – odrzu­co­no jego i jego rodzi­ców. Rodzi­na Józe­fa, odma­wia­jąc im przy­ję­cia na noc­leg, wyka­za­ła się sza­cun­kiem dla moral­no­ści, któ­ra wyklu­cza miłość.


To odrzu­ce­nie, styg­mat dziec­ka nie­ślub­ne­go, będzie się zresz­tą cią­gnę­ło za Chry­stu­sem przez całe jego posłu­gi­wa­nie. Pro­rok czy nauczy­ciel, któ­ry naro­dził się ze związ­ku nie­ślub­ne­go, nie był nigdy trak­to­wa­ny do koń­ca poważ­nie. Wie­lu bibli­stów wręcz suge­ru­je, że odrzu­ce­nie Jezu­sa w Naza­re­cie wią­za­ło się wca­le nie z tym, że ludzie byli tam mniej wie­rzą­cy, a z tym, że pamię­ta­li o spo­łecz­nym, rodzin­nym pocho­dze­niu rab­bie­go.


Zgor­sze­nie wcie­le­nia


Świę­ta Boże­go Naro­dze­nia, choć pozo­sta­ją smut­nym świa­dec­twem wyż­szo­ści kul­tu­ry odrzu­ce­nia nad kul­tu­rą przy­gar­nię­cia (aku­rat w pol­skich tra­dy­cjach to otwar­cie na innych, samot­nych, odrzu­co­nych widać dosko­na­le), odsła­nia­ją tak­że inną nie mniej waż­ną tajem­ni­cę chrze­ści­jań­stwa, praw­dę o Wcie­le­niu, o tym, że Bóg stał się czło­wie­kiem, że jest Bogiem z nami. Sło­wo sta­ło się cia­łem. Nie pozor­nym, uda­wa­nym, nie na jakiś czas, ale naj­praw­dziw­szym cia­łem, na wie­ki. Czło­wie­czeń­stwo, w jego naj­bar­dziej przy­ziem­nych wymia­rach, tak­że fizjo­lo­gii weszło na wie­ki w życie Trój­cy Świę­tej. Bóg sam — choć dla umy­słów wycho­wa­nych na filo­zo­fii grec­kiej to nie­po­ję­te — nie­zmien­ny i nie­ru­cho­my Bóg się zmie­nił. W Jego wiecz­ność weszła zmia­na, wszedł czas.


Dla peł­ne­go zro­zu­mie­nia tej praw­dy nie wystar­czy jed­nak wyłącz­nie sub­tel­na ana­li­za teo­lo­gicz­na. Trze­ba tak­że uświa­do­mić sobie, że Bóg stał się maleń­kim dziec­kiem zda­nym cał­ko­wi­cie na łaskę rodzi­ców . Przez wie­le mie­się­cy nie mówił, tyl­ko pła­kał, nie znał swo­jej mesjań­skiej i Boskiej natu­ry — a był Bogiem. Rodzi­ce prze­wi­ja­li Go, a on był ich Zba­wi­cie­lem. Trud­ne to praw­dy. Trud­no uwie­rzyć, że w tej maleń­kiej gro­cie nie­opo­dal Betle­jem przy­szedł na świat Bóg. Nie wybit­ny czło­wiek, ale praw­dzi­wy Bóg, któ­ry w swo­im pła­czu nawet pew­nie nie wie­dział kim był. To też jest praw­da o Bogu. Trud­na, nie­zro­zu­mia­ła, nie­wy­god­na. Oto ten, któ­ry powi­nien się nami opie­ko­wać, zapew­niać nam łaskę za łaską — powie­rza się nam w opie­kę. Od nas zale­ży, co z Nim będzie… czy będzie „Bogiem z nami”, czy porzu­co­nym na śmiet­ni­ku histo­rii ido­lem. Czy doży­je swo­ich dni w poko­ju, czy zosta­nie abor­to­wa­ny zaraz na ich począt­ku…


Tak rozu­mia­na praw­da o Wcie­le­niu każe nam jed­nak tak­że pamię­tać, że ten pod­sta­wo­wy obo­wią­zek opie­ki nad naszym Bogiem, nie­zmier­nie utrud­nia prze­two­rze­nie chrze­ści­jań­stwa w zwar­ty sys­tem ide­olo­gicz­ny. „Kie­dy przy­cho­dzi­my do Boskie­go Dzie­ciąt­ka z pyta­nia­mi o teo­rię i poli­ty­kę otrzy­mu­je­my tę samą odpo­wiedź „Mu!” – wyra­żo­ną pła­czem nie­mow­lę­cia lub rów­nie nie­zro­zu­mia­łym pła­czem, uści­skiem dło­ni lub ssa­niem pier­si. Nasze pyta­nia – a wraz z nimi nasza roz­pacz­li­wa i pod­szy­ta lękiem potrze­ba, aby być w porząd­ku – zosta­ją zre­la­ty­wi­zo­wa­ne” – mówił w prze­pięk­nym kaza­niu o Wcie­le­niu na Boże Naro­dze­nie arcy­bi­skup Can­ter­bu­ry Rowan Wil­liams. Chrze­ści­jań­stwo – w takim bożo­na­ro­dze­nio­wym rozu­mie­niu – sta­je się zatem pokor­nym wpa­try­wa­niem się w twarz Chry­stu­sa, a nie ide­olo­gicz­nym sys­te­mem. Jest poszu­ki­wa­niem woli Bożej wobec kon­kret­ne­go czło­wie­ka, a nie biczem na nie­wier­nych, nie­za­leż­nie od tego, czy są odstęp­ca­mi od postę­pu czy tra­dy­cji. Bóg, pod­kre­śla Wil­liams, nie może być przez nas ogra­ni­czo­ny, a wszyst­kie pró­by Jego zawłasz­cze­nia przez któ­rą­kol­wiek ze stron kościel­nych spo­rów ska­za­ne są na nie­po­wo­dze­nie, albo jesz­cze moc­niej, są w isto­cie ido­la­trią, kul­tem fał­szy­we­go Boga.


O jed­no­ści świąt


Takie spoj­rze­nie na świę­ta Boże­go Naro­dze­nia poka­zu­je, że – mimo pozor­nej odle­gło­ści od Wiel­ka­no­cy – uro­czy­stość ta jest z nią ści­śle powią­za­na. W obu tych świę­tach wspo­mi­na­na jest bowiem praw­da o Wcie­le­niu Boga, o Jego odrzu­ce­niu przez swo­ich, ale i o Jego „sza­leń­czej miło­ści do czło­wie­ka”. Dzie­je Zba­wie­nia – jak poka­zu­ją oba te świę­ta – nie są miłym i przy­jem­nym przyj­ściem Boga na świat, w któ­rym wszy­scy na Nie­go cze­ka­li, ale dra­ma­tycz­ną wal­ką o przy­ję­cie, zro­zu­mie­nie i zaak­cep­to­wa­nie. Wal­ką – dodaj­my w per­spek­ty­wie ziem­skiej – zakoń­czo­ną poraż­ką! Bez tych prawd świę­to­wa­nie sta­je się tak puste i pozba­wio­ne sen­su, jak bożo­na­ro­dze­nio­wa kolę­da pozba­wio­na słów o Jezu­sie czy świę­ta bez modli­twy.


Teo­lo­gicz­ne spoj­rze­nie na Boże Naro­dze­nie nie powin­no jed­nak prze­sła­niać tak­że ich rodzin­ne­go cha­rak­te­ru. W te dni tak litur­gia jak i poboż­ność ludo­wa wska­zu­je prze­cież na zwy­czaj­ną rodzi­nę, z jej dra­ma­ta­mi, trud­no­ścia­mi, ale i drob­ny­mi rado­ścia­mi. Maria nasto­lat­ka, któ­ra nara­zi­ła się na uka­mie­no­wa­nie, hań­bę i odrzu­ce­nie przez narze­czo­ne­go, by przy­jąć Boga; jej mąż Józef – któ­ry mimo wąt­pli­wo­ści przy­jął na sie­bie hań­bę bycia ojcem nie­ślub­ne­go dziec­ka. I wresz­cie oni razem szu­ka­ją­cy miej­sca na noc­leg, gdy „nie było dla nich miej­sca w gospo­dzie””. W Boże Naro­dze­nie wspo­mi­na­my to, że uda­ło im się prze­móc te trud­no­ści i to, że w tam­tych dniach oni razem, jako rodzi­na sta­nę­li wobec tajem­ni­cy Bożych naro­dzin. I razem budo­wa­li wspól­no­tę. Wspól­no­tę, w któ­rej każ­dy odkry­wa Boga.


Dla­te­go tak waż­ne jest, by w te świę­ta być razem. Samot­ność do nich nie pasu­je. Cie­pło jakie bije od żłób­ka zwią­za­ne jest wła­śnie z rodzin­nym jego cie­płem, z mał­żeń­ską i rodzi­ciel­ską miło­ścią. Na nic paster­ki, msze, spo­wie­dzi — jeśli w te dni nie znaj­dzie­my cza­su, by spo­tkać się z mat­ką, ojcem, dziad­kiem i bab­cią. Na nic rytu­al­na czy­stość, stan łaski uświę­ca­ją­cej — jeśli nie znaj­dzie­my cza­su dla wła­snych dzie­ci. W te dni, w peł­ni uświa­da­mia­my sobie, że tak jak w Izra­elu – rodzin­na wie­cze­rza jest litur­gią. Nie mniej, niż ta spra­wo­wa­na w koście­le. Jeśli zabrak­nie nam cza­su dla bli­skich, to w isto­cie zabrak­nie nam go dla Boga.


Tekst uka­zał się wświą­tecz­nym wyda­niu “Życia War­sza­wy

Ekumenizm.pl działa dzięki swoim Czytelnikom!
Portal ekumenizm.pl działa na zasadzie charytatywnej pracy naszej redakcji. Zachęcamy do wsparcia poprzez darowizny i Patronite.