Słów kilka o odpowiedzialności i wierności
- 9 marca, 2007
- przeczytasz w 3 minuty
Tak wiem, że jestem fundamentalistą i inkwizytorem. Wiem, że nie wypada powiedzieć, że pewne czyny są złe, a inne dobre. Ale zostaje przy swoim. Tak jak stałem przy swoim w sprawie abp Stanisława Wielgusa. Decyzję (każdą) o zrzuceniu sutanny uważam za złą, podobnie jak za zło uznaję rozwód czy zdradę małżonka. I wielkie słowa o kryzysie, dramacie, problemie nie powinny tego przesłaniać.
Tak wiem, że jestem fundamentalistą i inkwizytorem. Wiem, że nie wypada powiedzieć, że pewne czyny są złe, a inne dobre. Ale zostaje przy swoim. Tak jak stałem przy swoim w sprawie abp Stanisława Wielgusa. Decyzję (każdą) o zrzuceniu sutanny uważam za złą, podobnie jak za zło uznaję rozwód czy zdradę małżonka. I wielkie słowa o kryzysie, dramacie, problemie nie powinny tego przesłaniać.
Ksiądz przyjmując święcenia kapłańskie, tak jak mężczyzna wstępując w związek małżeński podejmuje bowiem pewną decyzję i bierze za nią osobistą odpowiedzialność. Kapłan ślubuje wierność Kościołowi, wspólnocie, do której zostaje posłany, mężczyzna wierność kobiecie, którą wybrał. W obu przypadkach decyzje są (powinny być) dobrowolne i świadome. Nikt nie obiecuje, że będzie łatwo, nie ma pewności, że zawsze będzie tak jak nam się podoba, czy że przełożeni nas docenią. Ale w decyzje tak fundamentalne jak małżeństwo i kapłaństwo wpisana jest jako ich istotny element wierność. Wierność Bogu i człowiekowi. Wierność powołaniu.
Porzucenie wybranej drogi jest zatem zdradą. Zdradą tak człowieka (w przypadku męża — żony i dzieci, w przypadku kapłana powierzonej mu wspólnoty) jak i Boga, na którego wezwanie odpowiedzieliśmy. Piękne słowa o wierności sumieniu, o prawie do własnego wyboru wcale tego nie zmieniają. Człowiek jest w stanie tak zdeformować swoje sumienie, że nie będzie mu ono sygnalizowało, że popełnia błąd czy decyduje się na niewierność.
Tłumaczenie, że za decyzję kogokolwiek odpowiedzialni są inni, także zdaje się niepoważne. Fakt, że abp Paetz grzeszył, że grzeszyli chroniący go hierarchowie (konkretni ludzie, a nie bezosobowe instytucje) nie oznacza, że powinniśmy grzeszyć my. To, że abp Paetz molestował kleryków nie jest powodem, bym porzucił żonę. A to, że abp Wielgus pozostaje w Warszawie nie sprawia, że powinienem zostawić córkę. Za te decyzje odpowiadać będą ci, którzy je podjęli, za swoje — będę odpowiadał ja sam. Ich grzechy nie powinny i nie mogą usprawiedliwiać moich.
Jasne stwierdzenie, że stało się coś złego — przede wszystkim w życiu konkretnej osoby, ale szerzej także w trwaniu pewnej instytucji — nie oznacza jeszcze braku miłosierdzia. Tak w przypadku księży agentów, jak i eks-księży — powinien to być jednak pierwszy krok. Poklepywanie po ramieniu i zapewnianie, że nic się nie stało albo — co gorsza — sugerowanie, że winni są “ci inni” — nie ma nic wspólnego z chrześcijańskim miłosierdziem. Szacunek dla osoby nie powinien oznaczać udawania, że jej decyzje wszystkie, co do jednej są doskonałe.
Wszystko, co napisałem nie oznacza, że nie widzę problemu. Przeciwnie widzę i to poważny. W ciągu kilku tygodni odeszło dwóch znanych teologów i filozofów. Niemal równocześnie pojawiły się doniesienia o skandalach seksualnych w Płocku i kilku innych diecezjach. Wcześniej przeżywaliśmy skandale lustracyjne. Wszystko to pokazuje, że coś się w polskim Kościele skończyło, że wkraczamy w nowy okres jego istnienia. Niełatwy to będzie czas.
Poradzenie sobie z tymi wyzwaniami wymaga jednak najpierw trafnego ich opisania i określenia, a także jasnej oceny moralnej pewnych decyzji. Porzucenie kapłaństwa, tak jak porzucenie żony — to zło. Złem (obiektywnie większym) jest także molestowanie i wykorzystywanie dzieci czy wykorzystywanie funkcji do krycia kolegów. Z każdą z tych spraw trzeba walczyć. Trzeba poprawiać formację — tak duchową jak i intelektualną, lepiej przygotowywać zakonników. Ale żeby to robić — trzeba mieć świadomość, że pewne decyzje są złe. Co wcale nie oznacza, że odmawia się do nich komuś prawa…