Triumf partyjniactwa
- 13 kwietnia, 2007
- przeczytasz w 3 minuty

Sprawa życia przegrała w Sejmie. Bo choć za lepszą obroną życia zagłosowało 60 procent posłów, to nie udało się wprowadzić do konstytucji takich zapisów, które utrudniłyby w przyszłości przegłosowanie przez lewicę legalizację pozbawionego ograniczeń zabijania nienarodzonych. A wszystko dlatego, że dla wielu polityków, także tych deklarujących prawicowość i katolicyzm od sprawy życia i wierności nauczaniu papieskiemu ważniejsza była czysto partyjna rozgrywka i własny wąsko pojęty interes.
Sprawa życia przegrała w Sejmie. Bo choć za lepszą obroną życia zagłosowało 60 procent posłów, to nie udało się wprowadzić do konstytucji takich zapisów, które utrudniłyby w przyszłości przegłosowanie przez lewicę legalizację pozbawionego ograniczeń zabijania nienarodzonych. A wszystko dlatego, że dla wielu polityków, także tych deklarujących prawicowość i katolicyzm od sprawy życia i wierności nauczaniu papieskiemu ważniejsza była czysto partyjna rozgrywka i własny wąsko pojęty interes.
A uwaga ta dotyczy nie tylko posłów Platformy Obywatelskiej, którzy często powołując się na papieża czy katolicyzm nabijali sobie jeżdżąc do Krakowa poparcie, a teraz w zdecydowanej większości zlekceważyli jasne moralne nauczanie wspólnoty, do której — jak twierdzą — należą, ale także wielu z posłów PiS i LPR. Wszyscy oni dali w minionych godzinach popis partyjniactwa w najgorszym z możliwych wydań.
Premier i prezydent, gdy jasne już było, że proponowane przez nich poprawki to prawny i moralny bubel nie byli w stanie przyznać się i wycofać ich, tak by lepsze prawo mogło być głosowane bez potrzeby poprzedzanie tego głosowania, głosowaniem nad prawną pomyłką, w która nie tylko nie chroniła dotychczasowego porzadku prawnego, ale nawet stwarzała możliwość jego pogorszenia… A gdy posłowie wierni zapisanym w programie wyborczym zasadzie obrony życie w duchu “Evangelium vitae” zdecydowali się sprzeciwić poprawkom prezydenta premier zaczął ich straszyć rozpisaniem nowych wyborów i wypchnięciem ich z list. W efekcie (choć trzeba przyznać, że ostatecznie premier poparł lepsze prawo i wezwał do głosowania za obroną życia) dobre samopoczucie prezydenckich prawników okazało się ważniejsze od sprawy życia.
Wicepremier Roman Giertych też niestety dał popis politycznego rozgrywania tej sprawy. Bo choć po głosowaniu, już na spokojnie komentował sprawę, to w trakcie debaty rozgrywał ją tak, żeby zdyskredytować PiS i to nawet wbrew faktom. Najlepszym tego przykładem było podawanie nieprawdziwych informacji o możliwości uzyskania większości w głosowaniu, której nawet przez moment nie było.
Platforma Obywatelska też jak zwykle nie zdecydowała się na zajęcie jasnego stanowiska. Jedno pozostaje jednak pewne — posłowie, którzy głosowali przeciwko życiu stracili już możliwość nieustannego odwoływania się do chrześcijaństwa i katolicyzmu. Ich głos przeciw był w istocie głosem przeciwko jasnemu nauczaniu moralnemu Kościoła, i nie mogą tego zmienić nawet najczęstsze rekolekcje w krakowskiej kurii. Testem na wierność nauczaniu katolickiemu było tego dnia głosowanie za życiem. Wielu niestety go nie zdało.
Niewierność temu nauczaniu nie jest jednak najdramatyczniejsza. O wiele istotniejsze jest co innego. Fakt, że ci z posłów, którzy teraz opowiedzieli się przeciw lepszej ochronie życia będą mogli w przyszłości ponosić odpowiedzialność za tysiące dzieci, które zostaną zamordowane, gdy lewica zmieni ustawę. Czy rzeczywiście są oni przekonani, że w Polsce nie ma ludzi, którzy chcą by życie nie było chronione? Czy rzeczywiście są przekonani, że nie będą oni działali? A jeśli nie, to dlaczego dla zachowania słupków w poparciu rzucają na szalę życie ludzkie?
I dlatego smutny to dzień. Smutny, bowiem nie udało się lepiej chronić życia. Smutno, bowiem okazało się, że w kwestiach moralnych katolicy nie mogą liczyć nawet na tych, którzy chętnie powołują się na katolicyzm czy głosują za wieszaniem w Sejmie Matki Bożej Trybunalskiej. Posłowie, którzy jednego dnia obwołują ją patronką Sejmu, a drugiego głosują za zabijaniem — są najdelikatniej rzecz ujmując hipokrytami. A z drugiej strony są i powody do radości. 60 procent posłów opowiedziało się bowiem po słusznej stronie. Wielu z nich może ponieść za to konsekwencje. Ich odwaga pozostaje znakiem sprzeciwu wobec wąsko pojmowanego partyjniactwa.
:: Ekumenizm.pl: Po aborcyjnych igrzyskach