W odpowiedzi Markowi Piewce
- 15 listopada, 2004
- przeczytasz w 2 minuty
Dyskusja na temat homoseksualizmu, stosunku do osób homoseksualnych, czy ich wyświęcania na duchownych trwa w teologii chrześcijańskiej od kilkudziesięciu lat. Rozmaite wspólnoty i Kościoły przyjmują różne rozwiązania tej palącej kwestii. Nie ulega jednak wątpliwości, że niezależnie od intencji chrześcijan postulujących “równouprawnienie homoseksualistów” w życiu kościelnym — sprawa ta jest jednym z murów, jakie w przyszłości będą dzielić chrześcijan. Stąd felieton Marka Piewki wydaje się chybiony. Oczywiście trudno nie zgodzić się z tezą, że w Kościele […]
Dyskusja na temat homoseksualizmu, stosunku do osób homoseksualnych, czy ich wyświęcania na duchownych trwa w teologii chrześcijańskiej od kilkudziesięciu lat. Rozmaite wspólnoty i Kościoły przyjmują różne rozwiązania tej palącej kwestii. Nie ulega jednak wątpliwości, że niezależnie od intencji chrześcijan postulujących “równouprawnienie homoseksualistów” w życiu kościelnym — sprawa ta jest jednym z murów, jakie w przyszłości będą dzielić chrześcijan. Stąd felieton Marka Piewki wydaje się chybiony.
Oczywiście trudno nie zgodzić się z tezą, że w Kościele rzymskokatolickim konieczne jest uporanie się z głębokim kryzysem wiarygodności wywołanym sprawami abp Paetza czy austriackiej diecezji. Nie trzeba nikogo przekonywać, że zachowanie hierarchii amerykańskiej wobec przypadków pedofilii było godne najwyższego potępienia. To prawda, i prawdą jest, że dobrze jest najpierw załatwić pewne sprawy u siebie, a potem krytykować innych.
Tyle, że mam wrażenie, że krytykowanie kogokolwiek nie było celem Jana Pawła II. Chodziło tu raczej o wskazanie, że już nie eklezjologia czy dogmatyka są główną osią sporu między chrześcijanami, a moralność. To ona — jak to pokazują również spory na naszej stronie — stanie się nowym wyznacznikiem chrześcijańskich sojuszy. I niezależnie od tego, po której stronie stoimy musimy się z tym pogodzić.
Nie ma sensu ironizowanie czy przywoływanie grzechów innych. Trzeba jasno spojrzeć prawdzie w oczy: czas ekumenicznej idylii już się skończył. Trzeba usiąść do stołu i jasno pokazać na czym polegają różnice w naszych doktrynach i na czym się one opierają. Mam wrażenie, że ich źródłem jest antropologia. Jej zgłębianie jest więc zadaniem dla chrześcijan i do rozmów ekumenicznych. I tak odczytywałbym papieskie słowa.
Milczenie natomiast nie jest wyjściem. Trzeba rozmawiać o tym, co nas dzieli i jasno formułować stojące za tymi opiniami założenia. Kard. Joseph Ratzinger to robi. Pora na anglikanów.