Węcławski ma prawo do sumienia
- 9 marca, 2007
- przeczytasz w 3 minuty

Ks. prof. Tomasz Węcławski podjął dramatyczną decyzję, która ucieszyć może jedynie wrogów nie tylko Kościoła rzymskokatolickiego, ale chrześcijaństwa w ogóle. Nie ma tu miejsca na radość, ale na modlitwę, próbę zrozumienia i wręcz heroizm powstrzymania się od pochopnych ocen, które dotyczą najbardziej intymnej sfery człowieka — relacji z Panem Bogiem. Deklaracja prof. Węcławskiego jest poruszająca i uwzględniając atmosferę, jaka panuje w polskim życiu religijnym, nadwyraz wyważona i odpowiedzialna.
Ks. prof. Tomasz Węcławski podjął dramatyczną decyzję, która ucieszyć może jedynie wrogów nie tylko Kościoła rzymskokatolickiego, ale chrześcijaństwa w ogóle. Nie ma tu miejsca na radość, ale na modlitwę, próbę zrozumienia i wręcz heroizm powstrzymania się od pochopnych ocen, które dotyczą najbardziej intymnej sfery człowieka — relacji z Panem Bogiem. Deklaracja prof. Węcławskiego jest poruszająca i uwzględniając atmosferę, jaka panuje w polskim życiu religijnym, nadwyraz wyważona i odpowiedzialna.
Mówienie o zdradzie, sprzeniewierzeniu się wartościom wzbudza niepokojące przypuszczenie, że w ferworze dyskusji dominują emocję, a nie próba zrozumienia, tym bardziej, że Węcławski nie odchodzi w świetle reflektorów, nie był medialnym ulubieńcem, otwarcie kontestującym fundamentalne prawdy wiary chrześcijańskiej.
List Węcławskiego zwraca uwagę na dwie kwestie: decyzję sumienia, której nikt z nas — żaden publicysta, czytelnik, ani biskup — nie jest w stanie zweryfikować, sprawdzić jej ortodoksję, orzec, czy jej przesłanki wynikają z małoduszności, nikczemności, tudzież przyczyn wyższych, a także na odpowiedzialność za tych, którzy mogliby się poczuć zainspirowani czynem Węcławskiego do pójścia w jego ślady. Na dobrą sprawę Węcławski nie musi się z niczego tłumaczyć, jednak właśnie poczucie odpowiedzialności i chyba wdzięczności za to, co działo się aż do tego momentu, spowodowało, że nie tylko zrzucił sutannę, ale i napisał ten list.
Tomasz Terlikowski pisze, że jako kapłan Węcławski jest pasterzem i jako taki jest odpowiedzialny za powierzoną mu wspólnotę. Oczywiście. Ale czy owo pasterzowanie oznaczać ma również działanie wbrew sumieniu, które nakazuje mu podjęcie takiej, a nie innej decyzji? Być może Węcławski skapitulował, przegrał z samym sobą, być może po 28 latach kapłaństwa okazało się, że był złym kapłanem, albo że z przyczyn, których tak naprawdę nie znamy, bo i znać nie musimy, nie może, czy nawet nie powinien nim dalej być. Jest wiele znaków zapytania, ale to jest jego decyzja, która ze zdradą nie ma nic wspólnego, wynika — mam nadzieję — właśnie z poczucia i rozumienia odpowiedzialności za wspólnotę.
Zawsze można być konformistą i pozostać we wspólnocie (dla znanego i niemłodego już kapłana szczególnie kusząca perspektywa), nawet jeśli rozum i sumienie podpowiadają inaczej. Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na szaleńczy pomysł, aby Węcławskiemu odmówić i rozumu, i sumienia. Mieszanie do całej sprawy kwestii zbawienia, przypominanie, skądinąd chwytliwego, ale zupełnie chybionego w tym kontekście stwierdzenia, że jesteśmy zbawiani jako wspólnota, jest głębokim nadużyciem, które zabiera Węcławskiemu, jako człowiekowi wiary, część godności topiąc ją w bajorku nie do końca określonego pojęcia wspólnoty. Nawet jeśli sumienie Węcławskiego zbłądziło, to i tak sąd nad sumieniem nie należy do człowieka. Także mylące się sumienie zobowiązuje i ma swoją prawdę (choć nie absolutną), a przede wszystkim prawo do istnienia. Pozbawianie człowieka nawet tego mylącego sumienia jest niegodziwe, ponieważ odbiera szansę na nawrócenie, które jest procesem właściwym dla każdego chrześcijanina.
O wiele istotniejszą kwestią niż decyzja Węcławskiego jest kryzys, który pokazuje, że dzieje się coś nie tyle niepokojącego, co nieznanego. Decyzje powiązane z wiarą — także w aspekcie duchowo-instytucjonalnym — podejmowane są codziennie. Niektóre z nich tłumione są pragmatyzmem, niektóre są efektem przygaszenia sumienia, niektóre wynikają z posłuszeństwa (oświeconego bądź ślepego), a jeszcze inne nie mają racjonalnych podstaw. Każda decyzja wiąże się jednak z wolnością do jej podjęcia — nawet jeśli w opinii wielu jest krzywdząca, dziecinna, czy spóźniona. Profesor Węcławski podjął decyzję sumienia — czy dobrą dla niego i Kościoła, którego wciąż pozostaje częścią, to się okaże. Nie jest to jednak powód do miażdzącej i niesprawiedliwej krytyki, ale zachęta do głębszego wysiłku zrozumienia — także wolności chrześcijanina.
Dariusz Bruncz
:: Ekumenizm.pl: Węcławski odszedł z kapłaństwa
foto: liturgia.wiara.pl