Ekumenizm w Polsce i na świecie

17. Niedziela po Trójcy Św. — Dziękczynne Święto Żniw


“A gdy Jezus usły­szał, że go wyrzu­ci­li, i gdy go spo­tkał, rzekł: Czy wie­rzysz w Syna Czło­wie­cze­go? A on odpo­wia­da­jąc, rzekł: Któż to jest, Panie, bym mógł w nie­go uwie­rzyć? A Jezus rzekł do nie­go: Widzia­łeś go już, a jest nim wła­śnie Ten, co roz­ma­wia z tobą. Ów rzekł: Wie­rzę, Panie! I zło­żył mu pokłon. I rzekł Jezus: Przy­sze­dłem na ten świat na sąd, aby ci, któ­rzy nie widzą, widzie­li, a ci, któ­rzy widzą, sta­li się śle­py­mi. A gdy to usły­sze­li ci fary­ze­usze, któ­rzy z nim […]


“A gdy Jezus usły­szał, że go wyrzu­ci­li, i gdy go spo­tkał, rzekł: Czy wie­rzysz w Syna Czło­wie­cze­go? A on odpo­wia­da­jąc, rzekł: Któż to jest, Panie, bym mógł w nie­go uwie­rzyć? A Jezus rzekł do nie­go: Widzia­łeś go już, a jest nim wła­śnie Ten, co roz­ma­wia z tobą. Ów rzekł: Wie­rzę, Panie! I zło­żył mu pokłon. I rzekł Jezus: Przy­sze­dłem na ten świat na sąd, aby ci, któ­rzy nie widzą, widzie­li, a ci, któ­rzy widzą, sta­li się śle­py­mi. A gdy to usły­sze­li ci fary­ze­usze, któ­rzy z nim byli, rze­kli mu: Czy i my śle­pi jeste­śmy? Rzekł im Jezus: Gdy­by­ście byli śle­pi, nie mie­li­by­ście grze­chu, a że teraz mówi­cie: Widzi­my, prze­to pozo­sta­je­cie w grze­chu. ” J 9,35–41

Komu wie­rzyć? Komu moż­na zaufać? A komu nie? Gdzie zna­leźć szczę­ście? Jak moż­na się w peł­ni zre­ali­zo­wać? Pyta­nia, sło­wa, wąt­pli­wo­ści i prze­ko­na­nia są czę­ścią nasze­go życia. Wciąż jeste­śmy wzy­wa­ni do decy­zji, wybo­rów i zewsząd ata­ko­wa­ni pyta­nia­mi, proś­ba­mi i wezwa­nia­mi o wia­rę, zaufa­nie, decy­zje! Sprzy­ja temu nie tyl­ko gorą­cy okres kam­pa­nii wybor­czej, ale po pro­stu codzien­ne sytu­acje. Ilość tych pytań, to, jakie mają zna­cze­nie w naszym życiu wpro­wa­dzać mogą atmos­fe­rę zagu­bie­nia, cha­osu — mogą drę­czyć, zasmu­cać, znie­chę­cać, ale rów­nież inspi­ro­wać, rado­wać i uskrzy­dlać do nowych dzia­łań.

To dobrze, że w naszym życiu poja­wia­ją się pyta­nia. To dobrze, że trosz­czy­my się o swo­je życie, życie innych, o powo­dze­nie naszej Ojczy­zny. To wspa­nia­le, że nie jeste­śmy obo­jęt­ni. Jed­nak coraz czę­ściej dzie­je się tak, że pośród zamę­tu, nawa­łu spraw codzien­nych, pośród milio­na przy­zwy­cza­jeń, ducho­we­go wręcz zasie­dze­nia, prze­sta­je­my zada­wać pyta­nia o to, co w życiu chrze­ści­ja­ni­na jest naj­waż­niej­sze – o Boga. Nagła koniecz­ność zmie­rze­nia się z tymi kwe­stia­mi np. w obli­czu śmier­ci, cho­ro­by, czy po pro­stu w roz­mo­wie z przy­ja­ciół­mi uświa­da­mia, że koniec koń­ców tak nie wie­le wie­my, że jeste­śmy tak moc­no zaję­ci mały­mi i wiel­ki­mi pro­ble­ma­mi, że może już nie wie­my – komu wie­rzyć? Komu moż­na zaufać? A komu nie?

Dzi­siej­szy tekst z Ewan­ge­lii Jana jest kon­ty­nu­acją dobrze zna­nej histo­rii o uzdro­wie­niu ślep­ca nad sadzaw­ką Syloe. Czło­wiek, któ­ry był nie­wi­do­my od uro­dze­nia, doznał nie­wia­ry­god­ne­go cudu. Zdu­mie­li się rów­nież ci, któ­rzy go na co dzień widzie­li żebrzą­ce­go. Przy­pro­wa­dzi­li go więc przed fary­ze­uszów, aby opo­wie­dział o tym, co go spo­tka­ło. Świa­dec­two uzdro­wio­ne­go podzie­li­ło uczo­nych. Nie mogli uwie­rzyć, że czło­wiek, któ­ry stoi przed nimi, został uzdro­wio­ny – byli pew­ni swo­jej mądro­ści, prze­świad­cze­ni, że nie­ja­ko z urzę­du to oni zawsze mają rację, że całe to zamie­sza­nie da się jakoś wyja­śnić bez szko­dy dla ich auto­ry­te­tu. Posta­no­wi­li w koń­cu pozbyć się nie­wy­god­ne­go świad­ka i wyrzu­ci­li go za drzwi. I tutaj roz­po­czy­na się nasza histo­ria. Jezus sta­wia mu pyta­nie, zda­wa­ło­by się pro­ste: — Czy wie­rzysz w Syna Czło­wie­cze­go? W odpo­wie­dzi Jezus sły­szy pyta­nie: — Któż to jest, Panie, bym mógł w nie­go uwie­rzyć? To pyta­nie, któ­re na pierw­szy rzut oka wyda­je się pro­ste, jest w sumie bar­dzo trud­nym i pod­sta­wo­wym pyta­niem — tak­że dla nas, dziś tu i teraz. Czy wie­rzysz? Komu wie­rzysz, a komu nie? Komu ufasz? A kon­kret­nie: czy wie­rzysz w Syna Boże­go? Czy jesteś w sta­nie wyznać, publicz­nie, że wie­rzysz, że pra­gniesz, że chcesz trwać w spo­łecz­no­ści w nim?

Czy zna­cie legen­dar­nych detek­ty­wów: Sher­loc­ka Hol­me­sa i jego kom­pa­na, nie­oce­nio­ne­go dr. Wat­so­na? Otóż pew­ne­go dnia pano­wie wybra­li się na biwak. Po kil­ku butel­kach dobre­go wina pano­wie zasnę­li i gdy minę­ło dobre parę godzin obu­dzi­li się i Sher­lock spy­tał Wat­so­na:

– Wat­so­nie, co widzisz, gdy patrzysz w nie­bo?

- Widzę milio­ny, nie, miliar­dy gwiazd.

- A co to ozna­cza dla cie­bie?

- Cóż, pod wzglę­dem astro­lo­gicz­nym, że ist­nie­je milio­ny galak­tyk i pla­net, pod wzglę­dem teo­lo­gicz­nym, że Bóg ist­nie­je i pięk­nie wszyst­ko ukształ­to­wał, pod wzglę­dem mete­oro­lo­gicz­nym, że jutro będzie­my mie­li ład­ną pogo­dę. A tobie, Sher­loc­ku, co one mówią?

- Wat­so­nie, te gwiaz­dy mówią mi, że ktoś ukradł namiot i nie mamy dachu nad gło­wą.

Co wyni­ka z tej histo­ryj­ki? Obraz gwiaź­dzi­ste­go nie­ba był dla Wat­so­na tak oczy­wi­sty, tak natu­ral­ny, że pod­jął nie­co filo­zo­ficz­ne roz­wa­ża­nia nt. tego, co mogą ozna­czać boga­to usia­ne gwiaz­dy. Tym­cza­sem nie dopa­trzył się rze­czy pod­sta­wo­wej. Nie ma namio­tu. Ktoś go ukradł. Czy podob­nie nie jest z wia­rą?

Żyje­my w kra­ju chrze­ści­jań­skim, ota­cza­ją nas chrze­ści­jań­skie sym­bo­le, w tele­wi­zji wciąż sły­szy­my o Koście­le, Bogu, reli­gii. Żyje­my w kra­ju, w któ­rym wciąż wie­lu oby­wa­te­li cho­dzi w nie­dzie­lę do kościo­ła – inny­mi sło­wy: żyje­my w spo­łe­czeń­stwie, dla któ­re­go spra­wy wia­ry i reli­gii są w pew­nym stop­niu oczy­wi­ste, nie budzą zasta­no­wie­nia, po pro­stu są, bo tak było i zapew­ne będzie. Wła­śnie – w pew­nym stop­niu oczy­wi­ste. Powie­dze­nie mówi, że o rze­czach oczy­wi­stych się nie roz­ma­wia, ale pro­blem pole­ga na tym, że to, co doty­czy praw­dzi­wej wia­ry chrze­ści­jań­skiej, żar­li­wo­ści, namięt­no­ści, poszu­ki­wa­nia, zada­wa­nia pytań, nie­ustan­nej tro­ski o wia­rę sta­ję się w obli­czu tej wła­śnie oczy­wi­sto­ści, czymś zapo­mnia­nym. A prze­cież odpo­wie­dzial­ność za Ewan­ge­lię zakła­da nie­ustan­ne poru­sze­nie, zaan­ga­żo­wa­nie, pyta­nie i poszu­ki­wa­nie, nawet wte­dy, gdy dopa­da nas znu­dze­nie, zwąt­pie­nie, czy po pro­stu brak zain­te­re­so­wa­nia czym­kol­wiek.

Pyta­nie Jezu­sa skie­ro­wa­ne do ślep­ca nie jest for­mal­no­ścią, nie jest odpo­wie­dzią w quizie, nie jest pyta­niem, któ­re zada­ją ankie­te­rzy son­du­jąc pre­fe­ren­cje wybor­cze czy ulu­bio­ny pro­szek do pra­nia. Pyta­nie Jezu­sa jest fun­da­men­tal­ne dla każ­de­go chrze­ści­ja­ni­na, bez wzglę­du na to, czy ma 20, 30 czy 80 lat: Komu wie­rzysz? Komu ufasz, a komu nie? To pyta­nie, któ­re nie­ustan­nie prze­wi­ja się przez całe Pismo Świę­te, nawet wte­dy kie­dy nie jest wprost sta­wia­ne: każ­da histo­ria, każ­da przy­po­wieść, jaką sły­szy­my, jest zapro­sze­niem Jezu­sa, jest pyta­niem Jezu­sa skie­ro­wa­nym tak­że do nas: — Czy wie­rzysz w Syna Czło­wie­cze­go?

Ale cóż to za pyta­nie? Ponie­kąd oczy­wi­ste. A może za bar­dzo oczy­wi­ste? Z całą pew­no­ścią jest to pyta­nie, któ­re na nowo sta­wia nas przed klu­czo­wy­mi wyda­rze­nia­mi histo­rii zba­wie­nia, to pyta­nie, któ­re wzbu­dza nową wraż­li­wość, ape­lu­je o porzu­ce­nie for­mal­nej oczy­wi­sto­ści i zwró­ce­nie się całym ser­cem, całą namięt­no­ścią, PASJĄ, ku Temu, w imię któ­re­go zosta­li­śmy ochrzcze­ni, w imię któ­re­go tutaj się spo­ty­ka­my. To wiel­ka spra­wa i wiel­ka namięt­ność, żar­li­wa rela­cja, któ­rą pięk­nie wyra­ża­ją sło­wa z Pie­śni nad Pie­śnia­mi. Oblu­bie­ni­ca, będą­ca obra­zem Kościo­ła, poszu­ku­je swo­je­go Oblu­bień­ca, i woła do nie­go: „Pocią­gnij mnie za sobą! Pobie­gnij­my! Wypro­wadź mnie, o kró­lu, do swo­ich kom­nat, aby­śmy mogli się rado­wać i wese­lić tobą, upa­jać się two­ją miło­ścią bar­dziej niż winem.” (1,4). Tu nie ma miej­sce na byle­ja­kość. Tu nie ma miej­sca na obo­jęt­ność, bez­barw­ną oczy­wi­stość i zobo­jęt­nie­nie. Jest zapro­sze­nie do rado­ści, do bez­gra­nicz­ne­go odda­nia, do szcze­rej odpo­wie­dzi na pyta­nie: Komu wie­rzysz? Komu możesz zaufać, a komu nie?

Jest w naszej histo­rii inny waż­ny moment, któ­ry pod­kre­śla nie­sa­mo­wi­tą wagę Jezu­so­we­go pyta­nia. To sło­wa zwró­co­ne do fary­ze­uszy, dogłęb­nie prze­ko­na­nych, że wie­dzą już wszyst­ko, co nale­ży: — Przy­sze­dłem na ten świat na sąd, aby ci, któ­rzy nie widzą, widzie­li, a ci, któ­rzy widzą, sta­li się śle­py­mi. Jezus mówi, że przy­szedł na sąd, przy­szedł, aby pod­dać osą­do­wi nasz wzrok, a kon­kret­niej, czy to, co zda­je­my się widzieć jest rze­czy­wi­ście auten­tycz­ne, czy nasze postrze­ga­nie tej oczy­wi­stej rze­czy­wi­sto­ści jest praw­dzi­we, głę­bo­kie, namięt­ne i ostre, Jezus przy­cho­dzi, aby ci, któ­rzy do tej pory nie widzie­li, przej­rze­li i zoba­czy­li, że pośród całe­go zgieł­ku, małych i d
użych pro­ble­mów, tysię­cy decy­zji do pod­ję­cia, jest inna rze­czy­wi­stość – wia­ry, nadziei i miło­ści. To misyj­ne zapro­sze­nie do tych, któ­rzy nie sły­sze­li o Ewan­ge­lii.

Jezus przy­cho­dzi rów­nież po to, aby ci, któ­rym zda­je się, że widzą, sta­li się śle­pi na to, co wyda­je się im oczy­wi­ste, ruty­no­we, co nie pod­le­ga pyta­niom i sta­ło się takie zwy­czaj­ne. Jezus wzy­wa wszyst­kich, cie­bie i mnie, aby­śmy zamknę­li oczy i wia­rą dotknę­li się ognia – ognia, któ­ry jed­nak nie spa­la, nie parzy, nie nisz­czy, ale roz­świe­tla, roz­grze­wa, roz­pa­la wciąż na nowo namięt­ną miło­ścią, bar­dziej upoj­ną niż wino, ognia, któ­ry oży­wia ser­ca i uzdal­nia nas do odpo­wie­dzi na pod­sta­wo­we pyta­nie: - Komu wie­rzysz? Komu możesz zaufać, a komu nie? Tym ogniem jest Ewan­ge­lia, sam Chry­stus, któ­ry przy­cho­dzi do nas w swo­im Sło­wie. Pro­śmy Ducha Św. o łaskę, żar­li­wy ogień w naszych ser­cach, o to, aby­śmy nigdy nie zapo­mi­na­li o pyta­niu, komu wie­rzy­my i dla­cze­go wie­rzy­my. Pro­śmy o gorą­cą tęsk­no­tę, aby­śmy mogli zawo­łać do Jezu­sa: Pocią­gnij mnie za sobą! Pobie­gnij­my! Wypro­wadź mnie, o kró­lu, do swo­ich kom­nat. Amen.

Ekumenizm.pl działa dzięki swoim Czytelnikom!
Portal ekumenizm.pl działa na zasadzie charytatywnej pracy naszej redakcji. Zachęcamy do wsparcia poprzez darowizny i Patronite.