“Biała wstążka” — laboratorium obojętności
- 25 listopada, 2009
- przeczytasz w 4 minuty
Od niedawna na ekranach polskich kin można oglądać film „Biała wstążka” w reżyserii Michaela Hanekego. Film nagrodzony Złotą Palmą w Cannes spotkał się z życzliwym przyjęciem krytyków, którzy, zgodnie z linią reżysera, nazwali film historią narodzin zła i zapowiedzią narodzin nazistowskiego demona. Wnioski wysnuwane przez reżysera w wywiadach oraz przez wielu krytyków nie pozostawiają wątpliwości: restrykcyjne wychowanie i dryl protestanckiej wsi są zapowiedzią zła, jakie dotknęło Niemcy i świat wraz […]
Od niedawna na ekranach polskich kin można oglądać film „Biała wstążka” w reżyserii Michaela Hanekego. Film nagrodzony Złotą Palmą w Cannes spotkał się z życzliwym przyjęciem krytyków, którzy, zgodnie z linią reżysera, nazwali film historią narodzin zła i zapowiedzią narodzin nazistowskiego demona. Wnioski wysnuwane przez reżysera w wywiadach oraz przez wielu krytyków nie pozostawiają wątpliwości: restrykcyjne wychowanie i dryl protestanckiej wsi są zapowiedzią zła, jakie dotknęło Niemcy i świat wraz z dojściem do władzy Adolfa Hitlera w 1933 roku.
Akcja filmu toczy się w 1913 roku, na krótko przed wybuchem I wojny światowej. W spokojnej – wydawałoby się — wsi dochodzi do serii niewyjaśnionych zdarzeń. Miejscowy lekarz ulega poważnemu wypadkowi, ginie jedna z kobiet pracujących w majątku barona, a upośledzony chłopiec zostaje brutalnie pobity przez nieznanych sprawców. Nad lokalną społecznością czuwa baron oraz ksiądz ewangelicki, który dzierży duchową władzę nad mieszkańcami Eichwald. W tle dość wartkiej akcji niedopowiedzenia i poszlaki, a całość opatrzona jest narracją nauczyciela, który już na samym początku ukierunkowuje myślenie widza, sugerując, iż wszystko to, co za chwilę zobaczy, stworzyło umożliwiło narodziny nazistowskich Niemiec.
I tu pojawia się pierwszy i zasadniczy problem: widz nie ma pełnej swobody odbioru, już na wstępie jest uprzedzony – w pełnej dwuznaczności tego słowa — jak powinien oglądać film i jak rozumieć niedopowiedzenia, których w tym filmie nie brakuje.
Oto krytycy orzekli, że w filmie wyraźnie widać, iż „pod pozorami niczym niezakłóconego porządku i wyuczonej, fałszywej pobożności kryją się demony” (Rzeczpospolita) albo, że produkcja jest „precyzyjnie opowiedzianą historią narodzin jednego z największych wynaturzeń w dziejach ludzkości” (Dziennik). W niemieckiej prasie pojawiła się nawet interesująca teoria, że już sama nazwa wsi – Eichwald – jest połączeniem złowrogiego nazwiska Adolfa Eichmanna, odpowiedzialnego za logistykę obozów śmierci, oraz obozu koncentracyjnego Buchenwald. Nie wiem, na ile teoria Eichwaldu jest prawdziwa, jednak dziwią zaskakujące oceny, dotyczące pastora, który, jak chce Barbara Hollender z „Rzeczpospolitej” sankcjonuje fałszywą pobożność.
Otóż fałszywej pobożności tam nie widać, a widać za to tradycyjną pobożność, miejscami dość problematyczną, wpisaną w restrykcyjne wychowanie młodoniemieckie. Widać troskę duszpasterza nie tylko o powierzoną mu społeczność, ale również dzieci. Łatwo się oburzać na sceny, oddające atmosferę początku XX wieku z perspektywy XXI wieku, lansującego bezstresowe wychowanie, śmieszyć mogą zachowania, jak i sposób komunikacji między dziećmi a rodzicami (Herr Vater, Frau Mutter), ale nie powinna dziwić autentyczna troska rodziców o dobro i wychowanie dzieci, jakkolwiek metody wychowawcze z przełomu XIX i XX wieku mogą i powinny budzić w nas sprzeciw. Niemniej jednak starania duchownego o budzenie odpowiedzialności wśród swoich dzieci, jak i poważne traktowanie ich samych, zostało zupełnie niezauważone przez krytyków, koncentrujących się na smaczkach wokół białej wstążki, która ma przypominać o ideale niewinności.
Powyższe rozważania nie są oracją pro domo – w końcu w taki, a nie inny sposób można byłoby pokazać każdą wspólnotę religijną i spekulować na temat znaczenia wydarzeń w skali mikro na dzieje w skali makro. Jeśli odstawi się na bok zasygnalizowaną na początku interpretację wydarzeń, to otworzą się inne możliwości interpretacyjne filmu, które nie będą ahistorycznym gdybaniem krytyków i niestety reżysera.
„Biała wstążka” to bardzo ciekawy i dobrze zrobiony obraz, w którym dominuje cisza – nie ma muzyki, nie ma śmiechu – pojawia się on tylko raz, gdy jeden z synów odnajduje w szopie ojca wiszącego na stryczku. Głównym mottem filmu wydaje się być – owszem – zło. Nie tylko w konkretnym uwarunkowaniu społeczno-historycznym, ale również w odniesieniu do ogólnej kondycji człowieka, poddającego się dyktatowi obojętności wobec zła w każdej postaci. Ten film jest również doskonałą ekspozycją przemocy zaprogramowanej w patriarchalnych strukturach władzy i relacjach między kobietą i mężczyzną (dobry temat zarówno dla feministek, jak i teologów), ten film to także dokument historii wychowania, kładącego nacisk na system nagrody i kary, ten film jest/może być wreszcie ostrzeżeniem przed wspomnianą już obojętnością, która rodzi brak poszanowania dla godności drugiego człowieka, sankcjonuje okrutną zemstę, a wszystko w imię sprawiedliwości bez pojednania i współczucia.