Być chrześcijaninem w sytuacji ostatecznej
- 22 lutego, 2008
- przeczytasz w 3 minuty
Tej książki nie da się czytać inaczej niż jednym tchem. “Tchnienie Daru. Dziennik brata Chritophe’a mnicha z Tibhrine” to bowiem zapiski chrześcijanina i mnicha, który lata swojego życia spędził w Algierii, by w niej także oddać swoje życie, zamordowany przez islamskich fundamentalistów.Ponad dwieście stron książki to historia Kościoła męczenników. Na kolejnych stronach powraca informacja: dziś zginęli… i nazwiska. Czasem dwa, czasem trzy, niekiedy więcej. Księży, zakonników, zakonnic, […]
Ponad dwieście stron książki to historia Kościoła męczenników. Na kolejnych stronach powraca informacja: dziś zginęli… i nazwiska. Czasem dwa, czasem trzy, niekiedy więcej. Księży, zakonników, zakonnic, których jedyną winą było to, że chcieli pozostać z ludźmi powierzonymi im przez Chrystusa nawet w niekorzystnych okolicznościach politycznych. Niekiedy ten obraz zostaje przełamany obecnością kogoś z zewnątrz, kto radzi, poucza i umacnia — w ogóle nie mając pojęcia o co chodzi. A niekiedy głos prawdy słychać z przywołanych słów prostego muzułmańskiego rolnika.
Ale ta zewnętrzna strona opowieści brata Krzysztofa nie jest najważniejsza. Ona wprawdzie wciąga, jej szuka się przy pierwszej lekturze, ale przy kolejnych nie mniej istotne staje się wejście w powolne odsłanianą głębie myśli trapisty. W jej zranienia, źródła, korzenie i wypływające z nich wnioski. A potem wraca się do niej jeszcze raz, wychwytywać fragmenty, które poruszyły serce, z którymi się nie zgadzamy, albo te, które zawierają intuicję, do której warto wrócić.
Za serce chwytają rozważania, czy mnisi powinni byli, czy mogli wyjechać z Algierii. I odpowiedzi, które bazowały wcale nie na własnym interesie, ale na prostych słowach algierskich, muzułmańskich przyjaciół, którzy patrząc im w oczy mówili: “jeżeli wyjedziecie, odbierzecie nam swoją nadzieję i pozbawicie nas naszej własnej nadziei”. A nieco dalej refleksja o tym, że to, co robią w Algierii trapiści może być niebezpieczne także w innych krajach, jest niebezpieczne wszędzie:“Modlić się. W Jerozolimie, Libanie, Algierii, Sarajewie… wszędzie jest to niebezpieczne. Modlący się jest łatwym łupem, jest bezbronny” — notuje brat Krzysztof.
Trudno też nie zatrzymać się nad zapisanym na rok przed porwaniem i mordem komentarzem do ewangelicznych słów “Miłujcie nieprzyjaciół waszych”. “Chodzi o miłość: bez wyjątków, bez ograniczeń. Miłość bezmierną. Modlitwa za tamtych, którzy zabijają człowieka — choć jeszcze nie zagrozili nam bezpośrednio, pomimo broni, której niewątpliwie gotowi byli przeciw nam użyć — potrzymuje naszą więź z nimi”… Więź, która zaprowadziła ich do śmierci, którą — jak sami się o to wielokrotnie modlili — potrafili przyjąć bez nienawiści.
Ale w “Tchnieniu Daru” nie brakuje też elementów mniej wzniosłych, a zupełnie zwyczajnych. Brat Krzysztof zmaga się z pragnieniem ojcostwa, ma dość modlitwy chórowej, a niekiedy wspomina burzliwą młodość i odrzuconą miłość. Słowem świadectwo dość typowego dla mężczyzny po czterdziestce kryzysu tożsamość. No może nie zupełnie typowego, bo doświadczanego przez trapistę, we wspólnocie, w której zawsze można stracić życie.
Tchnienie Daru. Dziennik brata Christophe’a, mnicha z Tibhirine, tłum. J. Moderski, Poznań 2008.