Francis MacNutt: W jaki sposób zmieniłem swą ekumeniczną postawę
- 27 czerwca, 2007
- przeczytasz w 6 minut
Podzielę się osobliwą historią o moim zbliżeniu do chrześcijan innych wyznań, gdyż podejrzewam, iż niektórzy przechodzą podobną transformację. Trudno jest przyznać się do tego, że bardzo błądziłem, będąc przy tym przekonanym, że postępowałem prawidłowo. Dojrzewałem w Kościele katolickim wiele lat temu – na długo przed Soborem Watykańskim II (obecnie mam 81 lat). Chociaż nie uczęszczałem do katolickich szkół, nauczyłem się, że to Kościół katolicki jest jedynym prawdziwym Kościołem, który strzeże […]
Podzielę się osobliwą historią o moim zbliżeniu do chrześcijan innych wyznań, gdyż podejrzewam, iż niektórzy przechodzą podobną transformację. Trudno jest przyznać się do tego, że bardzo błądziłem, będąc przy tym przekonanym, że postępowałem prawidłowo.
Dojrzewałem w Kościele katolickim wiele lat temu – na długo przed Soborem Watykańskim II (obecnie mam 81 lat). Chociaż nie uczęszczałem do katolickich szkół, nauczyłem się, że to Kościół katolicki jest jedynym prawdziwym Kościołem, który strzeże wszystkich istotnych prawd chrześcijaństwa. Protestantów należało kochać jako jednostki, ale ich Kościoły powstały ze względu na ich przywiązanie do jakichś błędów lub przez ducha buntu. Było rzeczą roztropną trzymać się z dala od protestantów, ponieważ nie znając się dobrze na teologii, można było zostać zwiedzionym.
Łączyło się z tym również wiele emocji związanych z naszą państwową historią. Ci z nas, w których żyłach płynęła irlandzka krew dobrze znali historię o angielskich żołnierzach (za czasów Cromwella) masakrujących katolików w Irlandii, w czasach elżbietańskich wieszajacych i ćwiarujących księży tylko dlatego, że byli księżmi. Znaliśmy historię Tomasza Morusa, Wielkiego Kanclerza Angielskiego, który został ścięty, gdyż nie poparł króla Henryka VIII w kwestii założenia nowego Kościoła i ponownego małżeństwa z Anną Boleyn. Stanie przy swoim Kościele nie było tylko kwestią prawdy, ale było wyrazem wierności wobec przodków i rodziny. Zaprzeczenie wierze oznaczało bycie zdrajcą.
Inną sferą podziału była działalność cudotwórcza, która miała świadczyć o prawdziwości chrześcijaństwa, jak to było głoszone przez Kościół. Nawet dziś pamiętam seminaryjną lekturę tekstów eklezjologicznych o tym, że cuda uzdrowień nie mogą dokonywać się u protestantów, gdyż cuda poświadczają prawdę, a więc nie mogą być świadectem błędów, które znajdowały się w Kościołach protestanckich. (To nauczanie o cudach znajdowało się w przypisach do głównego tekstu, gdyż nauka o uzdrowieniach nie była głównym zagadnieniem w nauczaniu o Kościele.)
Po święceniach, gdy zostałem wykładowcą homiletyki (kaznodziejstwa) w naszym seminarium w Dubuque, Iowa (USA) zacząłem odwiedzać prezbiteriańskie seminarium w Dubuque (około 1960 r.), gdyż zdawałem sobie sprawę, że protestanci spędzali więcej czasu nad swoimi kazaniami i mogli wiele nas nauczyć. Taka moja przyjaźń z protestantami przez niektórych starszych członków naszej kadry z Bostonu była postrzegana jako bardzo niebezpieczna i niektórzy patrzyli na mnie z nieufnością, gdyż wychowałem się w środowisku niekatolickim.
Później był chrzest w Duchu Świętym w 1967 r. Przez moje kaznodziejskie kontakty spotkałem kilku protestantów, którzy opowiadali mi o tym, co działo się, kiedy przyjmowali chrzest w Duchu Świętym. Relacjonowali niezwykłe historie o uzdrowieniach, które widzieli. Zorientowałem się, że ich nauczanie i doświadczenia korespondują z tym, co czytałem o życiu świętych w pierwszych wiekach z historii kościoła i to mnie fascynowało. Kiedy otrzymałem propozycję wyjazdu na protestancki obóz w Tennessee, pomyślałem, że muszę tam pojechać, by samemu przekonać się, o czym była mowa.
Było tam 700 osób. Szybko zorientowałem się, że byli to oddani chrześcijanie, znający Jezusa i kochający Go – może nawet bardziej niż ja. Byłem zafascynowany, że ta duża grupa ludzi żyła w sposób, który dla nas katolików był jakimś ideałem. Byłem księdzem w zakonie dominikańskim i św. Dominik, nasz wzór, spędzał czas tylko na rozmowie z Bogiem lub mówieniu o Bogu. To była grupa 700 osób, która dokładnie to robiła. Wypływało to wprost z ich serc.
Ci, którzy modlili się za chorych i oglądali ich uzdrowienie, którzy w tak naturalny sposób mówili o Bogu, przypisywali to wszystko ich chrztowi w Duchu Świętym. Oczywiście, w Kościele katolickim wierzyliśmy w Ducha Świętego i mieliśmy nawet święto Pięćdziesiątnicy upamiętniające zstąpienie Ducha Świętego na Piotra i pierwszych 3000 chrześcijan, którzy zostali umocnieni przez Ducha. Wierzyliśmy w to wszystko. Wierzyliśmy w uzdrowienia, wierzyliśmy w Pięćdziesiatnicę, ale tak to zredukowaliśmy, że uzdrowienia miały miejsce tylko bardzo rzadko. I oczywiście nie oczekiwałem, że ktoś mógłby być uzdrowiony przez moją modlitwę. Naturalnie wierzyliśmy w Pięćdziesiątnicę, ale nie sądziliśmy, że manifestacje, które miały miejsce w życiu Piotra i innych apostołów w dniu Zielonych Świąt mogły być naszym osobistym udziałem. I tak wystarczało, że wierzyliśmy i czuliśmy się jak prawdziwi wierzący, którzy oparli się nauczaniu protestantów, którzy szli za nauczaniem Bultmanna “demitologizującym” ewangelie.
Spotkanie protestantów doświadczających nadprzyrodzonych darów, w które wierzyłem było potężnym doświadczeniem. To radykalnie zmieniło moją postawę wobec protestantów. Zobaczyłem, że zamiast oczekiwać błędów i krytykować ich przy spotkaniu z protestantami mogłem znajdować prawdę (która prowadziła ich do oddzielenia się od różnych Kościołów). Zamiast szukać błędów, powinienem był znaleźć prawdę i przynieść ją do mojego Kościoła – a nie chodziło wcale o jakieś małe prawdy. Nie spotykałem się z protestantami z tego powodu, że śpiewali lepiej niż katolicy, albo że ich kazanie miało centralne miejsce w czasie nabożeństwa i mogłem się wiele uczyć. To czego mogłem się uczyć to sama istota chrześcijaństwa. Musiałem się uniżyć i wiele wokół zmienić, abym nie tylko bronił i wysławiał Kościół katolicki. Musiałem podjąć ryzyko przyniesienia tego, co brakowało w miom własnym Kościele. Jeśli dostateczna część nas odkryłaby te prawdy i dzieliła się nimi, być może Kościół katolicki mógłby się zmienić i w końcu może wierzylibyśmy tak samo i nie byłoby podstawy do podziału!
Tak to wyglądało. Wierzę, że protestanci mogą znaleźć wartościowe prawdy w tradycji katolickiej, ale również otwarcie przyznaję, iż odkryłem wielkie i istotne prawdy u moich braci i sióstr protestantów:
· Odkryłem prawdę o rzeczywistości uzdrowienia od jednego członka Kościoła Braci (Church of the Brethren), a to doświadczenie pochodzi od Azusa Street i Kościoła zielonoświątkowego.
· Odkryłem potrzebę chrztu w Duchu Świętym od Agnes Sanford (Kościół episkopalny), Tommy’iego Tysona (Kościół metodystyczny) i z książek Davida Wilkersona (Kościół zielonoświątkowy).
· Dowiedziałem się o uwolnieniu od złych duchów od Dona Bashama i Dereka Prince’a (tradycja zielonoświątkowa).
Tak to wyglądało. Nauczyłem się bardzo wiele od braci protestantów. Na szczęście potrafiłem odnaleźć te wszystkie zielonoświątkowe elementy w historii mojej tradycji i odeprzeć krytykę wskazując, że nie jestem buntownikiem, ale raczej tradycjonalistą nawiązującym do samych początków. Byłem ukrytym konserwatystą, mówiącym językami uzdrowicielem wierzącym w Ewangelię!
*Francis MacNutt – były dominikanin, założył i prowadzi z żoną Judith ekumeniczne centrum (Christian Healing Ministries) w Jacksonville na Florydzie uczące posługi modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie.
Źródło: The Healing Line, marzec/kwiecień 2007, newsletter wydawany cyklicznie przez Christian Healing Ministries