Książka Terlikowskiego o lustracji
- 21 lutego, 2007
- przeczytasz w 7 minut
Dziś ukazała się nakładem wydawnictwa “Prószyński i S‑ka” książka Tomasza Terlikowskiego “Odwaga prawdy. Spór o lustrację w polskim Kościele”. Publikujemy fragment książki.Język debaty lustracyjnejAby zrozumieć toczącą się w Polsce w ostatnich miesiącach debatę lustracyjną, trzeba zdemistyfikować, odczarować język, w jakim jest ona toczona. Każdy z terminów, każda z definicji czy każde z symbolicznych zbitek słów, stosowanych w minionych miesiącach przez publicystów, księży czy biskupów — niesie ze sobą określoną treść […]
Język debaty lustracyjnejAby zrozumieć toczącą się w Polsce w ostatnich miesiącach debatę lustracyjną, trzeba zdemistyfikować, odczarować język, w jakim jest ona toczona. Każdy z terminów, każda z definicji czy każde z symbolicznych zbitek słów, stosowanych w minionych miesiącach przez publicystów, księży czy biskupów — niesie ze sobą określoną treść i założenia, które sięgają o wiele głębiej niż tylko do kwestii lustracji. Zrozumienie zatem, jak która ze stron definiuje termin “ofiara”, jak rozumie przebaczenie czy wreszcie, czym jest dla niej Kościół — wydaje się całkowicie fundamentalne dla zrozumienia toczonej ostatnio dyskusji. Debata bowiem, jaka ostatnio przetacza się przez polskie media, ale i ambony, nie dotyczy tylko metod ujawniania niechlubnej przeszłości nielicznych duchownych katolickich. Jak pokazuje uważna analiza poświęconych lustracji wypowiedzi, dyskusja sięga znacznie głębiej i jest debatą nad znaczeniem pewnych słów, a w konsekwencji nad rozumieniem przebaczenia, prawdy i Kościoła.
Niejasne granice między ofiarą a katem
Najczęściej pojawiającym się w kontekście debaty nad lustracją duchownych terminem jest słowo “ofiara”. Ten językowy zwyczaj nazywania tajnych współpracowników ofiarami staje się coraz bardziej niepokojący. Powoduje on bowiem, że zaciera się różnica między duchownymi, którzy nigdy nie dali się złamać, i rzeczywiście stali się ofiarami systemu, byli — jak ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski — bici, wypalano im na piersiach papierosami symbol V, czy wręcz jak ks. Jerzy Popiełuszko zostali zamordowani, a tymi, którzy rozpoczęli współpracę i donosili na własnych biskupów, kolegów, ale i świeckich.
Za stosowaniem terminu “ofiara” w odniesieniu do tych, którzy swoimi donosami realnie krzywdzili innych, kryje się jeszcze jedno trudne do historycznej akceptacji założenie. Jeśli stwierdza się, że zwerbowani duchowni byli “ofiarami”, to zakłada się, że zostali złamani, że okrutni oficerowie bezpieki łamali im kręgosłupy, godzinami przesłuchiwali, a na koniec bili na odlew. I choć taka opinia może być w Polsce prawdziwa w odniesieniu do lat 50., to później w przeważającej większości werbunków duchownych nie sięgano po siłę fizyczną. Zdecydowanie częściej albo grożono księżom ujawnieniem ich obyczajowych problemów, albo przekupywano paszportem, zgodą na spokojne budowanie świątyni albo ułatwieniami administracyjnymi. Nazywanie zatem ofiarą kogoś, kto dla paszportu albo kilku worków cementu zdecydował się donosić na kolegów, jest, delikatnie rzecz ujmując, nadużyciem.
Kiedy osoba z niewątpliwej ofiary systemu przekształcała się w jego współuczestnika (przynajmniej w pewnych aspektach)? Gdzie rozpoczyna się zdrada, a kończy gra, uwikłanie czy słabość? Granicą tą (choć trzeba przyznać, że w konkretnych przypadkach niejasno zarysowaną) między byciem ofiarą rozpracowywania a aktywnym uczestnikiem systemu zniewolenia jest rozpoczęcie spotkań i wielokrotnych rozmów z oficerami czy jeszcze mocniej: podpisanie (u duchownych zdecydowanie rzadsze niż u świeckich) deklaracji współpracy. Roztrząsanie, jak bardzo zaszkodziły komuś konkretne informacje czy mówienie o nieistotności informacji przekazywanych przez konkretnych TW nie powinno przesłaniać tej prawdy. Dla bezpieki bowiem nie istniały wiadomości bezwartościowe.
Przebaczenie czy amnezja
Nie mniej istotnie zafałszowanym terminem w trakcie debaty publicznej poświęconej kwestii oczyszczenia pamięci jest termin przebaczenie, czy też dokładniej miłosierdzie. Biskupi i świeccy publicyści często zarzucali zwolennikom lustracji, że odrzucają oni leżącą u podstaw kultury chrześcijańskiej zasadę miłosierdzia i przebaczenia. Najmocniej ten zarzut zabrzmiał w tekście Andrzeja Romanowskiego “Niech układ zlustruje”. Jego autor wprost formułuje tezę, że zwolennikami oczyszczenia pamięci są w Kościele: “ludzie prostych prawd i prostych odpowiedzi. A zarazem ludzie, którzy nie wiedzą, czym jest istota chrześcijaństwa? miłosierdzie”. I znów, jak w przypadku rozumienia słowa “ofiary”, mamy do czynienia z zarzutem, u którego podstaw leży głębokie niezrozumienie i/lub chęć zdyskredytowania przeciwników w debacie publicznej. Poznanie prawdy o czyjejś przeszłości i wyciągnięcie z niej jakichś wniosków na przyszłość nie oznacza braku miłosierdzia, a jedynie jest wyrazem roztropności, która pozwala oceniać zdolności do pełnienia pewnych funkcji przez pewne osoby na podstawie ich wcześniejszych decyzji, także tych, w których zabrakło cnoty czy szlachetności.
Istotą propozycji zwolenników tak rozumianego miłosierdzia nie jest zatem rzeczywiście chrześcijańskie przebaczenie, ale zapomnienie przeszłości. A przecież, by w ogóle mówić o miłosierdziu czy przebaczeniu, konieczne jest o wiele bardziej pierwotne stanięcie w prawdzie, wyznanie grzechów, ujawnienie struktur zła za nimi stojących i dopiero później opierające się na nieskończonej miłości Boga przebaczenie. Brak tego wyznania, brak otwarcia na doświadczenie własnego grzechu jest granicą działania nieskończonej miłości Boga. “Ograniczyć ją [Bożą miłość — przyp. autora] może tylko od strony człowieka brak dobrej woli, brak gotowości nawrócenia, czyli pokuty, trwanie w oporze i sprzeciwie wobec łaski i prawdy” — podkreślał Jan Paweł II w encyklice “Dives in Misericordia”. Bez tego aktu wolnej woli, bez dopełnienia pewnych warunków (stanięcia w prawdzie, postanowienia poprawy czy zadośćuczynienia) trudno wyobrazić sobie przyswojone miłosierdzie, które staje się tylko własną parodią.
Ową parodię miłosierdzia i przebaczenia określić można za niemieckim teologiem i męczennikiem ewangelickim Dietrichem Bonhoefferem “tanią łaską” czy “tanim przebaczeniem”, które oznaczają w istocie zdradę chrześcijaństwa. “Gmina, która nie nazwie grzechu grzechem, nie będzie też wiarygodna, gdy zechce grzechy odpuszczać. Nie nazywając grzechu grzechem, grzeszy wobec świętości” — wskazuje Bonhoeffer. Ewangelicki teolog przypomina przy tym, że do przebaczenia nie wystarczy jakieś ogólne uznanie ludzkiej grzeszności, ale niezbędne jest wyznanie konkretnych przewin i grzechów, dokonanych przez tych, którzy chcą uzyskać przebaczenie. I dotyczy to zarówno przebaczenia boskiego, jak i ludzkiego. Bez wiedzy, także tej zawartej w teczkach, o przestępstwach niektórych kapłanów, nie sposób im wybaczyć, bo nie wiadomo nawet, co miałoby być wybaczone.
Sekta katarów czy oczyszczenie pamięci
Krytycy lustracji ze strony fundamentalistycznej (a może lepiej byłoby powiedzieć ludowo-narodowo-katolickiej) zarzucają natomiast zwolennikom oczyszczenia pamięci Kościoła “mentalność katarską”. Najmocniej tego typu zarzut sformułował w tekście w “Naszym Dzienniku” ks. prof. Czesław Bartnik. Jego zdaniem “katoliccy czy pseudokatoliccy lustratorzy świeccy pracujący na dziko mają mentalność katarów, którzy nie rozumieją, że w chrześcijaństwie jest sakrament pokuty, pojednania, wynagrodzenia i miłosierdzia. Odnawiają porzucone poglądy niektórych sekt, jakoby chrześcijanin, który zgrzeszy, musiał zostać wykluczony z Kościoła na zawsze lub przynajmniej pozbawiony stanowiska kościelnego”.
Średniowieczni katarzy, których poglądy przypisuje ks. Bartnik zwolennikom lustracji, głosili, że duchowny powinien być absolutnie bezgrzeszny, a sakramenty sprawowane przez duchownego w stanie grzechu ciężkiego są nie tylko niegodnie sprawowane, ale wręcz nieważne. Tyle tylko, że tego typu poglądów nie głosił nikt spośród uczestników sporu dotyczącego arcybiskupa Wielgusa czy szerzej debaty nad lustracją w polskim Kościele.
Fakt, że zarzut propagowania herezji katarskiej jest nieprawdziwy, nie jest jednak głównym problemem związanym z tekstem ks. Bartnika. O wiele istotniejszy jest fakt, że z przywoływanego zarzutu wyprowadzić można trudne do zaakceptowania poglądy na temat rzeczywistości eklezjalnej. Gdyby bowiem poważnie potraktować poglądy ks. Bartnika, trzeba by założyć, że w Kościele świadectwo, moralność czy etyka nie mają najmniejszego znaczenia, a liczy się wyłącznie miejsce w hierarchii duchownej. Istotą zarzutu profesora teologii z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego jest bowiem to, że zwolennicy lustracji, a przede wszystkim przeciwnicy ingresu abp. Stanisława Wielgusa wskazywali na problemy z wiarygodnością, jakie pojawić się mogą po objęciu przez biskupa ‑agenta i oszusta ‑stanowiska metropolity. To właśnie ta obawa, że osobiste świadectwo życia metropolity będzie sprzeczne z nauczaniem, jakie będzie głosił, stała się podstawą poważnych zarzutów o kataryzm.
Czy zatem ksiądz Bartnik (ale nie tylko on, także wielu innych obrońców abp. Wielgusa) rzeczywiście jest przekonany, że świadectwo życia arcybiskupa powinno być wzorem dla młodych? Arcybiskup Wielgus miał bowiem, jako metropolita warszawski, stać sięobliczem polskiego Kościoła. To on miał przemawiać na najważniejszych uroczystościach państwowych, to do niego dziennikarze mieli udawać się z prośbą o komentarz, to on pouczać miał polityków i zwykłych wiernych. Jego słowa miały stać się zatem drogowskazem dla setek tysięcy nie tylko warszawskich katolików. I znając krasomówcze zdolności abp. Stanisława Wielgusa czy jego ogromną wiedzę, można było się spodziewać, że słowa te byłyby przemyślane, nierzadko trafne i skierowane we właściwym kierunku. Problem polegał tylko na tym, że za słowami nie kryłby się osobowy wzorzec, za filozofem i teologiem nie sposób dostrzec byłoby świadka wiary i życia.
I właśnie z tego, a nie z pragnienia nieskazitelnych kapłanów, wynikały obawy świeckich i duchownych przeciwników arcybiskupa. Dla nich Kościół i jego pasterze powinni być — ułomnymi, ale rzeczywistymi — świadkami Ewangelii. Bez przykładu ich życia Kościół traci bowiem najmocniejszą część swojego przesłania. Chrześcijaństwo jest bowiem silne mocą świadectwa, a nie słów, w jego centrum stoi osoba, a nie nawet najlepiej wypowiedziane twierdzenia filozofa czy teologa.
Tomasz P. Terlikowski