Ekumenizm w Polsce i na świecie

Książka Terlikowskiego o lustracji


Dziś uka­za­ła się nakła­dem wydaw­nic­twa “Pró­szyń­ski i S‑ka” książ­ka Toma­sza Ter­li­kow­skie­go “Odwa­ga praw­dy. Spór o lustra­cję w pol­skim Koście­le”. Publi­ku­je­my frag­ment książ­ki.Język deba­ty lustra­cyj­ne­jA­by zro­zu­mieć toczą­cą się w Pol­sce w ostat­nich mie­sią­cach deba­tę lustra­cyj­ną, trze­ba zde­mi­sty­fi­ko­wać, odcza­ro­wać język, w jakim jest ona toczo­na. Każ­dy z ter­mi­nów, każ­da z defi­ni­cji czy każ­de z sym­bo­licz­nych zbi­tek słów, sto­so­wa­nych w minio­nych mie­sią­cach przez publi­cy­stów, księ­ży czy bisku­pów — nie­sie ze sobą okre­ślo­ną treść […]


Dziś uka­za­ła się nakła­dem wydaw­nic­twa “Pró­szyń­ski i S‑ka” książ­ka Toma­sza Ter­li­kow­skie­go “Odwa­ga praw­dy. Spór o lustra­cję w pol­skim Koście­le”. Publi­ku­je­my frag­ment książ­ki.

Język deba­ty lustra­cyj­ne­jA­by zro­zu­mieć toczą­cą się w Pol­sce w ostat­nich mie­sią­cach deba­tę lustra­cyj­ną, trze­ba zde­mi­sty­fi­ko­wać, odcza­ro­wać język, w jakim jest ona toczo­na. Każ­dy z ter­mi­nów, każ­da z defi­ni­cji czy każ­de z sym­bo­licz­nych zbi­tek słów, sto­so­wa­nych w minio­nych mie­sią­cach przez publi­cy­stów, księ­ży czy bisku­pów — nie­sie ze sobą okre­ślo­ną treść i zało­że­nia, któ­re się­ga­ją o wie­le głę­biej niż tyl­ko do kwe­stii lustra­cji. Zro­zu­mie­nie zatem, jak któ­ra ze stron defi­niu­je ter­min “ofia­ra”, jak rozu­mie prze­ba­cze­nie czy wresz­cie, czym jest dla niej Kościół — wyda­je się cał­ko­wi­cie fun­da­men­tal­ne dla zro­zu­mie­nia toczo­nej ostat­nio dys­ku­sji. Deba­ta bowiem, jaka ostat­nio prze­ta­cza się przez pol­skie media, ale i ambo­ny, nie doty­czy tyl­ko metod ujaw­nia­nia nie­chlub­nej prze­szło­ści nie­licz­nych duchow­nych kato­lic­kich. Jak poka­zu­je uważ­na ana­li­za poświę­co­nych lustra­cji wypo­wie­dzi, dys­ku­sja się­ga znacz­nie głę­biej i jest deba­tą nad zna­cze­niem pew­nych słów, a w kon­se­kwen­cji nad rozu­mie­niem prze­ba­cze­nia, praw­dy i Kościo­ła.


Nie­ja­sne gra­ni­ce mię­dzy ofia­rą a katem


Naj­czę­ściej poja­wia­ją­cym się w kon­tek­ście deba­ty nad lustra­cją duchow­nych ter­mi­nem jest sło­wo “ofia­ra”. Ten języ­ko­wy zwy­czaj nazy­wa­nia taj­nych współ­pra­cow­ni­ków ofia­ra­mi sta­je się coraz bar­dziej nie­po­ko­ją­cy. Powo­du­je on bowiem, że zacie­ra się róż­ni­ca mię­dzy duchow­ny­mi, któ­rzy nigdy nie dali się zła­mać, i rze­czy­wi­ście sta­li się ofia­ra­mi sys­te­mu, byli — jak ks. Tade­usz Isa­ko­wicz-Zale­ski — bici, wypa­la­no im na pier­siach papie­ro­sa­mi sym­bol V, czy wręcz jak ks. Jerzy Popie­łusz­ko zosta­li zamor­do­wa­ni, a tymi, któ­rzy roz­po­czę­li współ­pra­cę i dono­si­li na wła­snych bisku­pów, kole­gów, ale i świec­kich.


Za sto­so­wa­niem ter­mi­nu “ofia­ra” w odnie­sie­niu do tych, któ­rzy swo­imi dono­sa­mi real­nie krzyw­dzi­li innych, kry­je się jesz­cze jed­no trud­ne do histo­rycz­nej akcep­ta­cji zało­że­nie. Jeśli stwier­dza się, że zwer­bo­wa­ni duchow­ni byli “ofia­ra­mi”, to zakła­da się, że zosta­li zła­ma­ni, że okrut­ni ofi­ce­ro­wie bez­pie­ki łama­li im krę­go­słu­py, godzi­na­mi prze­słu­chi­wa­li, a na koniec bili na odlew. I choć taka opi­nia może być w Pol­sce praw­dzi­wa w odnie­sie­niu do lat 50., to póź­niej w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści wer­bun­ków duchow­nych nie się­ga­no po siłę fizycz­ną. Zde­cy­do­wa­nie czę­ściej albo gro­żo­no księ­żom ujaw­nie­niem ich oby­cza­jo­wych pro­ble­mów, albo prze­ku­py­wa­no pasz­por­tem, zgo­dą na spo­koj­ne budo­wa­nie świą­ty­ni albo uła­twie­nia­mi admi­ni­stra­cyj­ny­mi. Nazy­wa­nie zatem ofia­rą kogoś, kto dla pasz­por­tu albo kil­ku wor­ków cemen­tu zde­cy­do­wał się dono­sić na kole­gów, jest, deli­kat­nie rzecz ujmu­jąc, nad­uży­ciem.


Kie­dy oso­ba z nie­wąt­pli­wej ofia­ry sys­te­mu prze­kształ­ca­ła się w jego współ­uczest­ni­ka (przy­naj­mniej w pew­nych aspek­tach)? Gdzie roz­po­czy­na się zdra­da, a koń­czy gra, uwi­kła­nie czy sła­bość? Gra­ni­cą tą (choć trze­ba przy­znać, że w kon­kret­nych przy­pad­kach nie­ja­sno zary­so­wa­ną) mię­dzy byciem ofia­rą roz­pra­co­wy­wa­nia a aktyw­nym uczest­ni­kiem sys­te­mu znie­wo­le­nia jest roz­po­czę­cie spo­tkań i wie­lo­krot­nych roz­mów z ofi­ce­ra­mi czy jesz­cze moc­niej: pod­pi­sa­nie (u duchow­nych zde­cy­do­wa­nie rzad­sze niż u świec­kich) dekla­ra­cji współ­pra­cy. Roz­trzą­sa­nie, jak bar­dzo zaszko­dzi­ły komuś kon­kret­ne infor­ma­cje czy mówie­nie o nie­istot­no­ści infor­ma­cji prze­ka­zy­wa­nych przez kon­kret­nych TW nie powin­no prze­sła­niać tej praw­dy. Dla bez­pie­ki bowiem nie ist­nia­ły wia­do­mo­ści bez­war­to­ścio­we.


Prze­ba­cze­nie czy amne­zja


Nie mniej istot­nie zafał­szo­wa­nym ter­mi­nem w trak­cie deba­ty publicz­nej poświę­co­nej kwe­stii oczysz­cze­nia pamię­ci jest ter­min prze­ba­cze­nie, czy też dokład­niej miło­sier­dzie. Bisku­pi i świec­cy publi­cy­ści czę­sto zarzu­ca­li zwo­len­ni­kom lustra­cji, że odrzu­ca­ją oni leżą­cą u pod­staw kul­tu­ry chrze­ści­jań­skiej zasa­dę miło­sier­dzia i prze­ba­cze­nia. Naj­moc­niej ten zarzut zabrzmiał w tek­ście Andrze­ja Roma­now­skie­go “Niech układ zlu­stru­je”. Jego autor wprost for­mu­łu­je tezę, że zwo­len­ni­ka­mi oczysz­cze­nia pamię­ci są w Koście­le: “ludzie pro­stych prawd i pro­stych odpo­wie­dzi. A zara­zem ludzie, któ­rzy nie wie­dzą, czym jest isto­ta chrze­ści­jań­stwa? miło­sier­dzie”. I znów, jak w przy­pad­ku rozu­mie­nia sło­wa “ofia­ry”, mamy do czy­nie­nia z zarzu­tem, u któ­re­go pod­staw leży głę­bo­kie nie­zro­zu­mie­nie i/lub chęć zdys­kre­dy­to­wa­nia prze­ciw­ni­ków w deba­cie publicz­nej. Pozna­nie praw­dy o czy­jejś prze­szło­ści i wycią­gnię­cie z niej jakichś wnio­sków na przy­szłość nie ozna­cza bra­ku miło­sier­dzia, a jedy­nie jest wyra­zem roz­trop­no­ści, któ­ra pozwa­la oce­niać zdol­no­ści do peł­nie­nia pew­nych funk­cji przez pew­ne oso­by na pod­sta­wie ich wcze­śniej­szych decy­zji, tak­że tych, w któ­rych zabra­kło cno­ty czy szla­chet­no­ści.


Isto­tą pro­po­zy­cji zwo­len­ni­ków tak rozu­mia­ne­go miło­sier­dzia nie jest zatem rze­czy­wi­ście chrze­ści­jań­skie prze­ba­cze­nie, ale zapo­mnie­nie prze­szło­ści. A prze­cież, by w ogó­le mówić o miło­sier­dziu czy prze­ba­cze­niu, koniecz­ne jest o wie­le bar­dziej pier­wot­ne sta­nię­cie w praw­dzie, wyzna­nie grze­chów, ujaw­nie­nie struk­tur zła za nimi sto­ją­cych i dopie­ro póź­niej opie­ra­ją­ce się na nie­skoń­czo­nej miło­ści Boga prze­ba­cze­nie. Brak tego wyzna­nia, brak otwar­cia na doświad­cze­nie wła­sne­go grze­chu jest gra­ni­cą dzia­ła­nia nie­skoń­czo­nej miło­ści Boga. “Ogra­ni­czyć ją [Bożą miłość — przyp. auto­ra] może tyl­ko od stro­ny czło­wie­ka brak dobrej woli, brak goto­wo­ści nawró­ce­nia, czy­li poku­ty, trwa­nie w opo­rze i sprze­ci­wie wobec łaski i praw­dy” — pod­kre­ślał Jan Paweł II w ency­kli­ce “Dives in Mise­ri­cor­dia”. Bez tego aktu wol­nej woli, bez dopeł­nie­nia pew­nych warun­ków (sta­nię­cia w praw­dzie, posta­no­wie­nia popra­wy czy zadość­uczy­nie­nia) trud­no wyobra­zić sobie przy­swo­jo­ne miło­sier­dzie, któ­re sta­je się tyl­ko wła­sną paro­dią.


Ową paro­dię miło­sier­dzia i prze­ba­cze­nia okre­ślić moż­na za nie­miec­kim teo­lo­giem i męczen­ni­kiem ewan­ge­lic­kim Die­tri­chem Bon­ho­ef­fe­rem “tanią łaską” czy “tanim prze­ba­cze­niem”, któ­re ozna­cza­ją w isto­cie zdra­dę chrze­ści­jań­stwa. “Gmi­na, któ­ra nie nazwie grze­chu grze­chem, nie będzie też wia­ry­god­na, gdy zechce grze­chy odpusz­czać. Nie nazy­wa­jąc grze­chu grze­chem, grze­szy wobec świę­to­ści” — wska­zu­je Bon­ho­ef­fer. Ewan­ge­lic­ki teo­log przy­po­mi­na przy tym, że do prze­ba­cze­nia nie wystar­czy jakieś ogól­ne uzna­nie ludz­kiej grzesz­no­ści, ale nie­zbęd­ne jest wyzna­nie kon­kret­nych prze­win i grze­chów, doko­na­nych przez tych, któ­rzy chcą uzy­skać prze­ba­cze­nie. I doty­czy to zarów­no prze­ba­cze­nia boskie­go, jak i ludz­kie­go. Bez wie­dzy, tak­że tej zawar­tej w tecz­kach, o prze­stęp­stwach nie­któ­rych kapła­nów, nie spo­sób im wyba­czyć, bo nie wia­do­mo nawet, co mia­ło­by być wyba­czo­ne.


Sek­ta kata­rów czy oczysz­cze­nie pamię­ci


Kry­ty­cy lustra­cji ze stro­ny fun­da­men­ta­li­stycz­nej (a może lepiej było­by powie­dzieć ludo­wo-naro­do­wo-kato­lic­kiej) zarzu­ca­ją nato­miast zwo­len­ni­kom oczysz­cze­nia pamię­ci Kościo­ła “men­tal­ność katar­ską”. Naj­moc­niej tego typu zarzut sfor­mu­ło­wał w tek­ście w “Naszym Dzien­ni­ku” ks. prof. Cze­sław Bart­nik. Jego zda­niem “kato­lic­cy czy pseu­do­ka­to­lic­cy lustra­to­rzy świec­cy pra­cu­ją­cy na dzi­ko mają men­tal­ność kata­rów, któ­rzy nie rozu­mie­ją, że w chrze­ści­jań­stwie jest sakra­ment poku­ty, pojed­na­nia, wyna­gro­dze­nia i miło­sier­dzia. Odna­wia­ją porzu­co­ne poglą­dy nie­któ­rych sekt, jako­by chrze­ści­ja­nin, któ­ry zgrze­szy, musiał zostać wyklu­czo­ny z Kościo­ła na zawsze lub przy­naj­mniej pozba­wio­ny sta­no­wi­ska kościel­ne­go”.


Śre­dnio­wiecz­ni kata­rzy, któ­rych poglą­dy przy­pi­su­je ks. Bart­nik zwo­len­ni­kom lustra­cji, gło­si­li, że duchow­ny powi­nien być abso­lut­nie bez­grzesz­ny, a sakra­men­ty spra­wo­wa­ne przez duchow­ne­go w sta­nie grze­chu cięż­kie­go są nie tyl­ko nie­god­nie spra­wo­wa­ne, ale wręcz nie­waż­ne. Tyle tyl­ko, że tego typu poglą­dów nie gło­sił nikt spo­śród uczest­ni­ków spo­ru doty­czą­ce­go arcy­bi­sku­pa Wiel­gu­sa czy sze­rzej deba­ty nad lustra­cją w pol­skim Koście­le.


Fakt, że zarzut pro­pa­go­wa­nia here­zji katar­skiej jest nie­praw­dzi­wy, nie jest jed­nak głów­nym pro­ble­mem zwią­za­nym z tek­stem ks. Bart­ni­ka. O wie­le istot­niej­szy jest fakt, że z przy­wo­ły­wa­ne­go zarzu­tu wypro­wa­dzić moż­na trud­ne do zaak­cep­to­wa­nia poglą­dy na temat rze­czy­wi­sto­ści ekle­zjal­nej. Gdy­by bowiem poważ­nie potrak­to­wać poglą­dy ks. Bart­ni­ka, trze­ba by zało­żyć, że w Koście­le świa­dec­two, moral­ność czy ety­ka nie mają naj­mniej­sze­go zna­cze­nia, a liczy się wyłącz­nie miej­sce w hie­rar­chii duchow­nej. Isto­tą zarzu­tu pro­fe­so­ra teo­lo­gii z Kato­lic­kie­go Uni­wer­sy­te­tu Lubel­skie­go jest bowiem to, że zwo­len­ni­cy lustra­cji, a przede wszyst­kim prze­ciw­ni­cy ingre­su abp. Sta­ni­sła­wa Wiel­gu­sa wska­zy­wa­li na pro­ble­my z wia­ry­god­no­ścią, jakie poja­wić się mogą po obję­ciu przez bisku­pa ‑agen­ta i oszu­sta ‑sta­no­wi­ska metro­po­li­ty. To wła­śnie ta oba­wa, że oso­bi­ste świa­dec­two życia metro­po­li­ty będzie sprzecz­ne z naucza­niem, jakie będzie gło­sił, sta­ła się pod­sta­wą poważ­nych zarzu­tów o kata­ryzm.


Czy zatem ksiądz Bart­nik (ale nie tyl­ko on, tak­że wie­lu innych obroń­ców abp. Wiel­gu­sa) rze­czy­wi­ście jest prze­ko­na­ny, że świa­dec­two życia arcy­bi­sku­pa powin­no być wzo­rem dla mło­dych? Arcy­bi­skup Wiel­gus miał bowiem, jako metro­po­li­ta war­szaw­ski, stać się­o­bli­czem pol­skie­go Kościo­ła. To on miał prze­ma­wiać na naj­waż­niej­szych uro­czy­sto­ściach pań­stwo­wych, to do nie­go dzien­ni­ka­rze mie­li uda­wać się z proś­bą o komen­tarz, to on pouczać miał poli­ty­ków i zwy­kłych wier­nych. Jego sło­wa mia­ły stać się zatem dro­go­wska­zem dla setek tysię­cy nie tyl­ko war­szaw­skich kato­li­ków. I zna­jąc kra­so­mów­cze zdol­no­ści abp. Sta­ni­sła­wa Wiel­gu­sa czy jego ogrom­ną wie­dzę, moż­na było się spo­dzie­wać, że sło­wa te były­by prze­my­śla­ne, nie­rzad­ko traf­ne i skie­ro­wa­ne we wła­ści­wym kie­run­ku. Pro­blem pole­gał tyl­ko na tym, że za sło­wa­mi nie krył­by się oso­bo­wy wzo­rzec, za filo­zo­fem i teo­lo­giem nie spo­sób dostrzec było­by świad­ka wia­ry i życia.


I wła­śnie z tego, a nie z pra­gnie­nia nie­ska­zi­tel­nych kapła­nów, wyni­ka­ły oba­wy świec­kich i duchow­nych prze­ciw­ni­ków arcy­bi­sku­pa. Dla nich Kościół i jego paste­rze powin­ni być — ułom­ny­mi, ale rze­czy­wi­sty­mi — świad­ka­mi Ewan­ge­lii. Bez przy­kła­du ich życia Kościół tra­ci bowiem naj­moc­niej­szą część swo­je­go prze­sła­nia. Chrze­ści­jań­stwo jest bowiem sil­ne mocą świa­dec­twa, a nie słów, w jego cen­trum stoi oso­ba, a nie nawet naj­le­piej wypo­wie­dzia­ne twier­dze­nia filo­zo­fa czy teo­lo­ga.


Tomasz P. Ter­li­kow­ski

Ekumenizm.pl działa dzięki swoim Czytelnikom!
Portal ekumenizm.pl działa na zasadzie charytatywnej pracy naszej redakcji. Zachęcamy do wsparcia poprzez darowizny i Patronite.