Księga chwały krakowskiego Kościoła
- 28 lutego, 2007
- przeczytasz w 4 minuty
Dziennikarskie tworzone na szybko listy nazwisk agentów w sutannach, próby rozszyfrowywania nazwisk tych zarejestrowanych przez bezpiekę, co do których ks. Tadeusz Isakowicz Zaleski nie miał absolutnej pewności, że byli TW – zafałszowuje obraz książki „Księża wobec bezpieki”, która już w środę trafi do księgarni. Książka ta nie jest bowiem ani listą agentów, ani tym bardziej próbą podważenia mitu niezłomnego Kościoła. Analizowane przez ks. Zaleskiego archiwa bezpieki, bez wątpienia wbrew intencjom […]
A wszystko dlatego, że to wcale nie TW są głównymi bohaterami tej książki. O wiele istotniejsze dla jej autora jest pokazanie rzeczywistych świętych tamtych dni. Dlatego nie jest przypadkiem, że książka zaczyna się od dramatycznych historii księży, których przez lata bezpieka próbowała złamać lub zniszczyć. Zapomniane historie kardynała Franciszka Macharskiego, biskupów Kazimierza Nycza czy Jana Szkodonia, księży Kazimierza Jancarza, Adolfa Chojnackiego, Józefa Tischnera czy ojców Kazimierza Ptaszkowskiego i Jerzego Sermaka pokazały, że sugestie, że każdy musiał współpracować są nie tylko nieprawdziwe, ale przede wszystkim głęboko krzywdzące.
Książka ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego nadrabia więc wieloletnie zaniedbania hierarchii kościelnej, która niewiele lub nic nie robiła, by przypominać i promować rzeczywistych bohaterów tamtych dni. Jednym z bardziej wstrząsających fragmentów tej książki są informacje o tym, że kapelanów Solidarności upamiętniali w zasadzie wyłącznie ludzie świeccy. Dla instytucji kościelnych – nawet po upadku komunizmu – stanowili oni raczej niewygodny balast “niepokornych kapłanów”, którzy nie potrafili zrozumieć konieczności historycznej współpracy z minionym ustrojem.
Nieliczne historie tych, którzy upadli też nie zmieniają tego obrazu. Niemała część bowiem ze zwerbowanych od samego początku starała się wywinąć ze współpracy, symulowała rozmaite problemy, by tylko nie spotkać się z oficerem; pozorowała współpracę dostarczając wiadomości pozorne (co nie oznacza, że nieszkodliwe, takich w kontaktach z bezpieką nie było); a niekiedy odważnie ją przerywała. Jeszcze inni, choć ze współpracy nie potrafili się wywinąć (oficerowie byli świetnymi psychologami i często na tyle mocno wiązali emocjonalnie ze sobą agentów, że ci ostatni traktowali ich jako przyjaciół), starali się jakoś odkupić swoje upadki poprzez wytrwałą pracę na rzecz ubogich czy skrzywdzonych. Jest zresztą ogromną zasługą ks. Zaleskiego to, że zdecydował się on pokazać losy TW także po upadku komunizmu, wskazując, że wielu z nich miało świadomość zła, które uczyniło i próbowało je jakoś odkupić.
Są oczywiście w tej książce także historie wstrząsające. Księży, którzy robili kariery dzięki bezpiece i brali niemałe pieniądze za donosy na przyjaciół. Przynajmniej część z duchownych udało się bezpiece zdeprawować, ale jeśli uświadomimy sobie (a temu także poświęcona jest część książki), ile starań wkładano w to, by omotać wszystkich – to trudno nie dostrzec, że Kościół jako całość wyszedł ze zmagań z komunizmem i bezpieką zwycięską ręką. I to mimo, iż paru duchownych, którzy chcieliby udawać autorytety w istocie okazało się zdrajcami. Ale są oni raczej wyjątkiem od reguły, niż regułą.
Jeśli więc ktoś może czuć się z tej książki niezadowolony to jedynie ci, którzy w imię dobrego samopoczucia nielicznych agentów w sutannach, chcieli propagować obraz Kościoła zniewolonego, w którym każdy musiał współpracować, a donoszenie na kolegów było raczej normą, niż wyjątkiem. Ten obraz, choć bez wątpienia poprawiał samopoczucie tych, którzy dla kariery, wygody czy pieniędzy donosili, jest nie do pogodzenia z faktami, zawartymi w dokumentach sporządzonych przez wrogów Kościoła. Nie ma więc żadnych powodów, by propagowali go ci, którzy sami siebie uznają za jego przyjaciół, a którzy przez wiele miesięcy prowadzili nagonkę na księdza Zaleskiego.
I właśnie dlatego trudno nie mieć żalu do tych, którzy dla obrony dosłownie kilkunastu osób od miesięcy próbowało nie dopuścić do publikacji książki ks. Zaleskiego. To ich wysiłki sprawiły, że zdecydowana część dziennikarzy spodziewała się dziś ogromnej lustracyjnej bomby, która miała zmieść polski Kościół z powierzchni ziemi. Tyle, że jej w książce ks. Zaleskiego nie było. Istniała ona tylko w głowach tych, którzy nie chcąc dopuścić do opublikowania kilku nazwisk sugerowali, że ksiądz Zaleski chce zniszczyć dobre imię polskiego Kościoła. Teraz wypadałoby chyba krakowskiego kapłana przeprosić. Za nazywanie go „inkwizytorem”, „nadubowcem”, za odbieranie mu kapłańskiego sumienia.