Alianse po wodzie i misiu pisane
- 21 marca, 2011
- przeczytasz w 3 minuty
Po raz kolejny reprezentant Cerkwi wezwał Kościół rzymskokatolicki do zbudowania aliansu w obronie praw chrześcijan, duchowych korzeni Europy i wielu innych równie szlachetnych wartości. Wojenna retoryka, dotycząca lepienia sojuszy moskiewsko-rzymskich albo rzymsko-moskiewskich obnaża strach i wciąż imperialno-korporacyjne myślenie o współczesnym chrześcijaństwie. Wiele wskazuje na to, że ów wymarzony sojusz nie tylko nie ma szans powodzenia – głównie z powodu kościelno-politycznych partykularyzmów – ale nawet gdyby jakimś cudem miał zaistnieć byłby […]
Po raz kolejny reprezentant Cerkwi wezwał Kościół rzymskokatolicki do zbudowania aliansu w obronie praw chrześcijan, duchowych korzeni Europy i wielu innych równie szlachetnych wartości. Wojenna retoryka, dotycząca lepienia sojuszy moskiewsko-rzymskich albo rzymsko-moskiewskich obnaża strach i wciąż imperialno-korporacyjne myślenie o współczesnym chrześcijaństwie.
Wiele wskazuje na to, że ów wymarzony sojusz nie tylko nie ma szans powodzenia – głównie z powodu kościelno-politycznych partykularyzmów – ale nawet gdyby jakimś cudem miał zaistnieć byłby upudrowanym dzieleniem europejskiego niedźwiedzia, a raczej misia, na którym klerykalne pohukiwania robią wrażenie tylko w dalekiej Rosji.
Cała ta wzniosła mowa o strategicznych aliansach przypomina zapewnienia rządu RFN po katastrofie 11 września, kiedy ówczesny kanclerz Gerhard Schroeder obiecywał amerykańskiemu prezydentowi i narodowi „nieograniczoną solidarność”, która pozostała retoryczną wydmuszką. Strategiczne alianse między Rzymem i Moskwą przy jednoczesnym kontestowaniu mainstreamowego chrześcijaństwa reformacyjnego to po prostu droga donikąd. Dlaczego? Sojusz ów szyty w apokaliptycznych nastrojach nie uwzględnia złożonej dynamiki chrześcijaństwa zachodniego, w tym również wewnętrznego zróżnicowania Kościoła rzymskokatolickiego. Ponadto budowany jest/będzie w postimperialistycznej mentalności rosyjskiego prawosławia i wynika bardziej z lęku niż pozytywnego świadectwa. Z pewnością ważnym czynnikiem jest próba stworzenia prawosławnego Rzymu, działającego w konkurencji/opozycji (niepotrzebne skreślić) wobec umiarkowanego Konstantynopola.
Wątpię, aby Rzym – jakkolwiek z sympatią do tejże idei odnoszą się niektórzy hierarchowie wspólnoty rzymskokatolickiej, nie wyłączając Benedykta XVI, pokuszą się na tak ryzykowny projekt. Najpewniej wszystko skończy się na przychylnych deklaracjach i zapewnieniach o genetycznej wręcz bliskości prawosławia i katolicyzmu w rzymskim wydaniu.
Prawa człowieka? Prześladowanie chrześcijan? Tak, potrzebny jest jeden głos wszystkich chrześcijan, ale apel w obronie wolności religijnej bezpośrednio związanej z wolnością słowa nie brzmi zbyt przekonywująco w ustach przedstawiciela Cerkwi, która nie 19 grudnia 2010 roku rozdzierała pięknych i bezcennych szat, gdy na Białorusi „prawosławny ateista” rozprawiał się brutalnie na oczach całego świata z demokratyczną opozycją.
O co więc chodzi z tymi sojuszami? Czy o powstanie jakichś struktur — prawosławno-rzymskokatolickich trójek parafialnych pikietujących nabożeństwa odprawiane przez księży homoseksualistów w Szwecji czy krajach zachodniej Europy, w których rosyjska Cerkiew po cichu lub oficjalnie korzysta z gościnności parafii ewangelickich? Jak ma ten sojusz wyglądać w obliczu wciąż niesłabnących konfliktów i trudnej sytuacji rzymskich katolików na terenach zdominowanych przez rosyjskie prawosławie?
Zrozumiałe jest, że wizja strategicznego sojuszu na linii Moskwa – Rzym jest przedsięwzięciem stymulującym wyobraźnię kościelnych strategów, szczególnie tych, którzy zwątpili już w pracę u podstaw, jednak proponowane przez architektów „nowego ekumenizmu” dzielenie europejskiego misia wywołać może efekt odwrotny od zamierzonego – nie tylko miodku nie przybędzie, ale będzie go coraz mniej, a tym samym będzie więcej powodów do kolejnych sporów pod hasłem ‘terenów kanonicznych’.
:: Ekumenizm.pl: Prawosławno-katolicki alians dla przyszłości Europy