Nie jesteśmy sami, czyli o Uroczystości Wszystkich Świętych i Dniu Zadusznym
- 1 listopada, 2007
- przeczytasz w 2 minuty
Dwa świąteczne dla katolików dni, Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny — to przede wszystkim wielkie święta ukazujące: po pierwsze moc Ducha Świętego, dającego Kościołowi setki tysięcy, a kto wie, czy nie miliardy świętych, a po drugie jedność i siłę Kościoła, który nigdy nikogo nie pozostawia samotnym. Ten drugi aspekt jest dla mnie szczególnie ważny. Podczas obu tych dni często powracają do mnie słowa wiersza Zbigniewa Herberta, wyśpiewanego […]
Dwa świąteczne dla katolików dni, Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny — to przede wszystkim wielkie święta ukazujące: po pierwsze moc Ducha Świętego, dającego Kościołowi setki tysięcy, a kto wie, czy nie miliardy świętych, a po drugie jedność i siłę Kościoła, który nigdy nikogo nie pozostawia samotnym. Ten drugi aspekt jest dla mnie szczególnie ważny.
Podczas obu tych dni często powracają do mnie słowa wiersza Zbigniewa Herberta, wyśpiewanego przez Przemysława Gintrowskiego “U wrót doliny”. W pewnym momencie padają tam słowa: “lecz jak się okazuje będziemy zbawieni pojedynczo”. Za każdym razem, gdy je słyszę zastanawiam się, czy to parodia naszej płytkiej wiary czy poeta rzeczywiście tak słabo rozumiał czym jest chrześcijaństwo? Nie znam na to pytanie odpowiedzi, ale mam świadomość, że uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny świadczą o czymś dokładnie przeciwnym. Otóż nie będziemy zbawieni pojedynczo, więcej nikt z nas nigdy nie jest sam. Za życia towarzyszy nam modlitwa tych, którzy przed nami trafili już na drugą stronę. Nie zawsze tych, których czczą inni: czasem po prostu dziadków, pradziadków czy jeszcze dalszych przodków, o których my — być może nie mamy pojęcia — ale którzy znają nas i kochają jak własną rodzinę. Towarzyszy nam też modlitwa uznanych przez Kościół świętych, których o tę modlitwę prosimy.
Po śmierci podobnie: nie zostajemy sami. Nawet, gdy staramy się zawinąć w kokon własnego egoizmu, pozostać na wieki samotni w swojej pysze, to i tak ową skorupę stopniowo rozbijają modlitwy naszych bliskich, którzy pozostali na Ziemi, a także tych, którzy u Boga oczekiwali na nasze przybycie. Nie po to czekali, by teraz patrzeć bezczynnie jak się zamykamy przed Bożą miłością. Szturmują więc nasze dusze, wspomagani z Ziemi, i czekają na to, że Bóg — dzięki także naszej i ich pomocy — dotrze do naszego serca.
Ostatecznie więc oba świąteczne dni, które zwykle — pod wpływem mediów — opływają pod znakiem zadumy i refleksji — są w istocie świętami na wskroś radosnymi. Pozwalają mieć nadzieję, że nigdy nie zostaniemy sami. Zawsze — nawet na dnie piekieł — będzie obok nas Chrystus, ale także towarzyszące nam modlitwy naszych bliskich. Nikt nigdy nie pozostaje więc sam. W Bogu nie ma samotności, jest miłość i wspólnota, czyli Kościół.