Mariawityzm – rzymski katolicyzm. To, co łączy – to, co dzieli. Rozmowa z ks. prof. Konradem M. Rudnickim

Przedstawiamy Czytelnikom EAI Ekumenizm.pl interesującą rozmowę z księdzem profesorem Konradem M. Pawłem Rudnickim, wybitnym teologiem i astronomem. Historia Starokatolickiego Kościoła Mariawitów, dialog z Kościołem rzymskokatolickim, Boże Miłosierdzie, kapłaństwo kobiet, dogmaty i Kościół, i prawdziwa ekumenia – to tylko niektóre tematy wywiadu, jakiego ks. Rudnicki udzielił EAI Ekumenizm.pl.

Pojęcie „dialog ekumeniczny” nieobce jest chyba żadnemu Polakowi, choć z pewnością przeciętni Polacy niewiele na ten temat wiedzą. Jeśli już cokolwiek słyszymy o postępie w ekumenizmie, zazwyczaj dowiadujemy się o postępie w rozmowach z prawosławnymi lub luteranami. Jeśli chodzi o wyznania nierzymskokatolickie Polska jest ojczystą ziemią Starokatolickiego Kościoła Mariawitów. Dlaczego tak mało wiemy o mariawitach?

Mariawityzm powstał w zaborze rosyjskim Polski w roku 1893 z impulsu pierwszych objawień Dzieła Wielkiego Miłosierdzia danych założycielce Zgromadzenia Mariawitów, Feliksie Marii Franciszce Kozłowskiej, którą mariawici nazywają poufale Mateczką. Był to ruch odnowy Kościoła rzymskokatolickiego wewnątrz zgromadzeń honorackich: Zgromadzenia Kapłanów Mariawitów i Zgromadzenia Sióstr Ubogich Świętej Matki Klary. Jak te zgromadzenia, tak i cały ruch mariawicki był skryty przed zaborczymi władzami. Niektórzy biskupi pozwalali się informować o nim, ale w większości pragnęli wiedzieć jak najmniej, żeby w przypadku denuncjacji nie musieć współodpowiadać za „antypaństwową” działalność. Sprawa mariawitów stała się głośna dopiero wraz z decyzjami papieskimi mającymi na celu likwidację Dzieła Wielkiego Miłosierdzia. Wrogowie mariawityzmu mieli i do dziś mają znacznie więcej możliwości posługiwania się prasą, a później radiem i telewizją niż mariawici. Stąd taka ilość fałszywych, a czasem wprost fantastycznych wiadomości o mariawitach.

Starokatolicki Kościół Mariawitów jest wyznaniem nielicznym, jednak wyrosłym z tradycji katolickiej – z polskiej tradycji kościelnej i praktyk. To on jako pierwszy zaczął używać języka polskiego jako liturgicznego. Jest smutnym faktem, że przez ponad sto lat te dwa, tak przecież bliskie sobie wyznania, pozostawały w negatywnych relacjach. Jak postępuje dialog ekumeniczny między wyznaniem katolickim i mariawickim?

Jako członek Komisji Mieszanej rzymskokatolicko-mariawickiej obecny byłem również przy pierwszych rozmowach, do których doszło zaledwie przed paroma laty. Rozmowy zostały nawiązane z inicjatywy Kościoła rzymskokatolickiego. Pomyśleliśmy wówczas: czemu mielibyśmy nie chcieć rozmawiać? Oczywiście zgodziliśmy się. Trzeba przyznać, że wielokrotne antagonizmy, wzajemna alienacja obu Kościołów dały o sobie znać już na pierwszym spotkaniu. Było ono doprawdy dziwne! Wszyscyśmy się zastanawiali, o czym właściwie mamy mówić. W końcu z naszej strony padło proste pytanie: chcieliście z nami rozmawiać – powiedzcie, czego od nas chcecie? Równie prosta była odpowiedź „Chcielibyśmy was poznać”. To świetnie. Zadawajcie pytania. Będziemy odpowiadali.

Padły proste pytania: jaka jest nasza doktryna, jaka praktyka sakramentów? Zapytano o objawienia naszej Założycielki. Były to pierwsze objawienia Dzieła Wielkiego Miłosierdzia Bożego z lat 1893 – 1918, interesujące stronę rzymską choćby ze względu na powtórzenie większości ich treści siostrze Marii Faustynie Kowalskiej w latach trzydziestych. Wzięto od nas teksty tych objawień i pytano jak my interpretujemy poszczególne ich treści. Te kwestie były głównymi tematami wielu posiedzeń. Na ostatnim posiedzeniu zdecydowano, że te pytania i odpowiedzi zostaną opublikowane. Zaczęliśmy się też wspólnie zajmować historią mariawityzmu.

No właśnie, dlaczego mariawityzm został potępiony przez Kościół katolicki?

Nie powiedziałbym, że przez katolicki. My też jesteśmy katolikami. Potępił nas tylko Kościół rzymskokatolicki. Tu widać różnicę terminologii. My, podobnie jak Grecy, pod terminem ‘katolicyzm’ rozumiemy zarówno prawosławie, rzymski katolicyzm jak i starokatolicyzm. Dla Pana ‘katolicki’, to wyłącznie Kościół rzymskokatolicki i Kościoły unickie. Nie jestem skłonny używać Pańskiej terminologii. Niech każdy zostanie przy swojej, ale musimy rozumieć, że pod tymi samymi słowami rozumiemy nie całkiem to samo.

Otóż okazuje się, że najważniejszy dokument dotyczący potępienia Dzieła Wielkiego Miłosierdzia przez Watykan, mianowicie list płockiego biskupa Szembeka do Kongregacji Świętej Inkwizycji, gdzieś w Watykanie zaginął. Znalazły się tylko dokumenty o mniejszej wadze. Nie wiemy więc jakie były istotne powody, dla których rozwiązano Zgromadzenie Kapłanów Mariawitów, a później suspendowano jego poszczególnych byłych członków. Może uda się o istotnych motywach wywnioskować z końcowych rzymskich sformułowań, które obecnie studiujemy.

Gdy suspendowano ostatnich byłych mariawitów, ci na nowo zawiązali zgromadzenie, wymówili posłuszeństwo biskupom i zaapelowali do papieża. Odpowiedzią Rzymu była ekskomunika większa (excomunica maior), czyli klątwa rzucona na mariawitów.

Z tego, co mi wiadomo, kler rzymskokatolicki na ziemiach polskich przyczynił się do negatywnego nastawienia Rzymu do mariawitów.

Niewątpliwie.

Watykan, w pierwszych latach działalności mariawitów, otrzymał szereg listów przesyconych duchem nieprzychylności i wrogości wobec tego zgromadzenia. Ich wartość faktograficzna jest chyba znikoma.

Tak. Stosunki między mariawitami, Watykanem i resztą duchowieństwa rzymskokatolickiego były dziedziną licznych nieporozumień. Zachował się na przykład list biskupa Szembeka do Kongregacji Biskupów i Osób Zakonnych, gdzie się skarży na niekanoniczne założenie Zgromadzenia Mariawitów, obwiniając o nieprawidłowości „jakiegoś tam zakonnika z Zakroczymia” imieniem Honorat, który nawet nie informował biskupów o swoich poczynaniach. Dziś ten zarzut pod adresem „jakiegoś tam” św. ojca Honorata, który miał upoważnienie do zakładania skrytych zgromadzeń, wydaje się wprost śmieszny. Biskup Szembek dopatrzył się też jakichś zarzutów doktrynalnych u mariawitów, ale odpowiedni jego list – jak już powiedziałem – zaginął i nie wiemy jakie zarzuty zawierał. Wśród mariawitów panuje przekonanie, że usiłowano zarzucać mariawitom herezje nie mogąc wypowiedzieć głośno istotnego zarzutu. Otóż kapłani mariawiccy nie stosowali żadnych taks przyjmując tylko dobrowolne ofiary (później przyjęła się wśród nas zasada, że za przyjęcie intencji mszalnej nie wolno przyjąć nawet dobrowolnej ofiary; Mszy Świętej się nie sprzedaje). Wskutek tego stanowili „konkurencję” dla reszty duchowieństwa rzymskiego, czego polski kler nie mógł im darować.

Pytanie z „innej beczki”, dotyczące idei, które przyświecały pierwszym mariawitom. Gdy Marcin Luter zainicjował Reformację, nie wprowadzał do teologii żadnych innowacji. Po prostu wydobył z teologii ważne elementy, o których katolicyzm w jego czasach już nie pamiętał. Chciał, by katolicyzm je odzyskał i dzięki temu mógł się zreformować. Kościół mariawicki także odwołuje się do tradycji katolickiej zachodniej – jest to bardziej czytelne niż w przypadku luteran ze względu na podobieństwo w duchowości katolickiej i mariawickiej. Czy jest w tej ich wspólnej tradycji jakiś element należący do duchowości lub teologii, który mariawityzm szczególnie akcentuje. Czy katolicy w ciągu wieków przed mariawityzmem stracili coś, co mariawici spróbowali odzyskać?

Sądzę, że prawie cały mariawityzm jest przypomnieniem odłożonych na bok i zapomnianych wartości Kościoła Katolickiego, zwłaszcza Kościoła rzymskokatolickiego takich, jak rola Eucharystii w życiu wiernych, postać Bogurodzicy nie tylko jako obiekt dewocji, ale jako postać do realnego naśladowania w życiu codziennym i inne. Później dopiero doszedł pewien ważny, nowy element objawień. Mianowicie w 1918 roku zostało naszej Założycielce objawione, że w nadchodzącej epoce (rozumiemy: wiek XXI) duszpasterze będą musieli działać innymi metodami niż nakazami i zakazami. Jeśliby to uważać za herezję, to trzeba zaznaczyć, że tę treść objawienia mariawici zaczęli głosić dopiero po roku 1918, a wyklęci zostali w 1906, czyli nie mogło to być argumentem dla excomunica maior. Nie sądzę jednak, aby to również było w Kościele całkowitą nowością. Wytrawni duszpasterze zawsze więcej dobra umieli wytworzyć w duszach ludzkich przykładem i zachętą niż rozkazami.

Od czasu rozpoczęcia przez Kościół katolicki oficjalnego dialogu z mariawitami słyszy się o żywym zainteresowaniu teologów katolickich, ale także zwykłych członków Kościoła, Objawieniami Mateczki, Marii Felicji Kozłowskiej. Już powierzchowna analiza tekstu objawień wywołuje skojarzenia z tekstami Dzienniczka św. S. Faustyny Kowalskiej. Wiele jest w obu objawieniach punktów wspólnych: przede wszystkim w objawieniach adresowanych do s. Faustyny, chronologicznie późniejszych od objawień, które miała Mateczka, powtarza się motyw Orędzia Bożego Miłosierdzia czy Dzieła Bożego Miłosierdzia. Po za tym czytelnik tekstów obu mistyczek dowiaduje się o wadze Adoracji Najświętszego Sakramentu. Czyżby faktycznie Faustyna Kowalska miała powtórzone przesłanie dane wcześniej Mateczce, Marii Franciszce?

Podobieństwo obu objawień jest bardzo ciekawym „zbiegiem okoliczności”. Mówiłem na ten temat obszerniej w referacie zamieszczonym w Zbiorze „Teologia Miłosierdzia Bożego” [1]. Sprawa tożsamości objawień św. Marii Franciszki i św. Marii Faustyny wymaga bowiem dłuższego wyjaśnienia. Mówiąc krótko, a więc z konieczności upraszczając szczegóły, moim – i nie tylko moim – zdaniem mamy tu do czynienia z powtórzeniem tego samego objawienia – z tą różnicą, że objawienie dane naszej Założycielce wydaje się bardziej podstawowe. Zawiera bowiem ogólne zasady wcielania w życie Dzieła Miłosierdzia. Jeśli zatem ktoś chce realizować to dzieło w swoim życiu, to bez względu na to, kim jest i co jest jego szczegółowym powołaniem, ma w tym objawieniu wszystkie podstawowe dane jak realizować Boże wezwanie. Siostra Maria Faustyna otrzymała tymczasem objawienia o bardziej osobistym charakterze. Pan Jezus pokazuje jej, jak ona właśnie w swoim osobistym powołaniu ma kształtować swój los. Ponadto zapis Marii Franciszki zawiera tylko rzeczy istotne. Natomiast zapis Marii Faustyny przytacza wiele rzeczy pobocznych, na przykład objawienia fałszywe, które ona sama potem jako takie określa lub, o których dziś można powiedzieć, że były fałszywe. W stosunku do podstawowego objawienia danego Mateczce Kozłowskiej, objawienia Marii Faustyny mają charakter przykładowy.

Czyli s. Faustyna otrzymała objawienie dane wcześniej Mateczce Kozłowskiej, tyle że w wersji bardziej osobistej?

Nie wiem, czy Pan wie, że nie tylko ona. Po niej jeszcze szereg innych ludzi percypowało w poznaniu ponadzmysłowym Dzieło Miłosierdzia. Wszystkie te objawienia leżą w tej samej linii objawień, których początkiem był rok 1893. Są to – z wyjątkiem objawień Marii Faustyny – bardzo drobne fragmenty tego Dzieła Bożego, bardzo osobiste, jednostkowe aspekty Dzieła. Jest o tym mowa we wspomnianym moim referacie w książce „Teologia Miłosierdzia Bożego”.

Doprawdy nasze dwa wyznania są sobie tak niezwykle bliskie. Zastanawiam się, jakie są szanse na to, że katolicy i mariawici będą – przepraszam za hollywoodzki ton – „znowu razem”?

Tylko co by to miało znaczyć? Czy rzymscy katolicy mieliby się stać mariawitami, czy mariawici rzymskimi katolikami? Proszę Pana, stawia Pan coraz głębiej sięgające pytania, a zdania na te tematy wśród mariawitów są podzielone. Mogę więc odpowiadać tylko we własnym imieniu.

Powiedzmy, że katolicy przyjęliby prawdziwość objawień danych Mateczce.

Ależ, wielu już przyjmuje. Istnieje gałąź ekumeniczna Zgromadzenia Mariawitów, do którego mogą należeć chrześcijanie różnych denominacji. Mamy w swych szeregach prawosławnych, są i rzymscy katolicy… jakiś czas temu do mariawityzmu przystąpił pewien anglikanin…

No dobrze – to jedność na płaszczyźnie praktyki, a prymat papieża w Kościele katolickim, czy mariawici zgodziliby się na jego zwierzchnictwo?

Czemu nie? My nie mamy nic przeciwko prymatowi takiego czy innego biskupa.

Co jednak z dogmatem o nieomylności papieża? W jednym z dokumentów Starokatolickiego Kościoła Mariawitów czytamy: „Kościół Starokatolicki Mariawitów nie uznaje dogmatów o nieomylności i prymacie papieża, dlatego władzę w Kościele i jej symbole oddaje Utajonemu w Eucharystii Panu Jezusowi Chrystusowi.” W interpretacji katolickiego dogmatu o przewodnictwie Biskupa Rzymu w wierze Kościół rzymskokatolicki spotyka się z opatrznym rozumieniem tego dogmatu ze strony prawosławnych i niektórych protestantów. Mariawici, umieszczając nad tabernakulum w katedrze w Płocku tiarę i klucze, zrobili to jako wyraz swej dezaprobaty dla dotychczasowej eklezjologii ich Kościoła macierzystego. Jak dziś Kościół mariawicki, powiernik tradycji bądź co bądź rzymskokatolickiej, ustosunkowuje się zwierzchnictwa papieskiego? Czy wciąż razi ono mariawitów? Czy istnieje jakakolwiek szansa na jedność między dwoma Kościołami uwzględniająca obustronną akceptację nieomylności papieża w sprawach wiary?

Nie. Nie możemy uznać nieomylności człowieka! Wierzę jednak w znalezienie rozwiązania tego problemu, a widzę je w tym, co głosi ks. prof. Lucjan Balter. Mówi, że dogmat o nieomylności nie został do końca zdefiniowany. Pierwszy Sobór Watykański ogłosił, że papież osobiście – w sprawach wiary i moralności, gdy przemawia ex cathedra – jest tak samo nieomylny, jak Kościół w całości. Z powodu wybuchu wojny prusko-francuskiej nie zdążono jednak zdefiniować w jakim zakresie Kościół jest w całości nieomylny, bo Kościół już przed Wielką Schizmą popełniał pomyłki! Dogmat jest niedodefiniowany, a więc – de facto – nie ma go.

Sądzę, że kierunek wyjścia z sytuacji nakreśliła interkomunia zawarta między Kościołem rzymskokatolickim w USA a Polskim Katolickim Kościołem Narodowym tamże. Powiedziano: „Nie będziemy rozmawiać o nieomylności papieża. Wy ją uznajecie, a my nie”. I interkomunia istnieje. Jedni mogą przyjmować wszystkie sakramenty u drugich. Tak na marginesie, chcę poinformować, że w Kościele Starokatolickim Mariawitów chrzest jest dostępny dla wszystkich niechrześcijan, a pozostałe sakramenty dla wszystkich chrześcijan. Sakramentów udzielamy gościnnie. Można powiedzieć stosujemy jednostronną interkomunię w stosunku do wszystkich wyznań chrześcijańskich. Zdarzało mi się chrzcić dzieci tylko dlatego, że w ich rodzinnym wyznaniu duchowny z jakichś powodów formalnych odmawiał udzielenia chrztu. Zdarzały się potem osobliwe sytuacje. Oto ksiądz katecheta przygotowujący dzieci do Komunii Świętej cieszył się, że „nawrócił” małego mariawitę na wyznanie rzymskie podczas, gdy ośmiolatek nigdy mariawitą nie był, przyjął tylko sakrament chrztu od mariawitów.

Księże Profesorze, w ciągu całej naszej rozmowy na temat dialogu Kościoła rzymskokatolickiego z mariawickim posługujemy się tym terminem w odniesieniu do Starokatolickiego Kościoła Mariawitów, funkcjonującego w ramach wspólnoty Kościołów starokatolickich (Unii Utrechckiej). A przecież mariawityzm ma też drugą gałąź – Katolicki Kościół Mariawitów, który do Unii nie należy! Czy oba Kościoły, początkowo bardzo ze sobą skłócone, nawiązują dziś pomyślny ekumeniczny dialog.

W Polsce istnieją rzeczywiście dwie odrębne organizacje mariawickie. Za granicą są jeszcze inne niezależne nurty. Ale ograniczmy się do Polski, gdzie mamy Kościół Starokatolicki Mariawitów (nurt płocki) i Kościół Katolicki Mariawitów (nurt felicjanowski). Otóż żaden z nich nie jest formalnie związany z Unią Utrechcką (jest to zresztą unia biskupów, a nie Kościołów). Kościół Starokatolicki Mariawitów pozostaje tylko w stosunku interkomunii z niektórymi Kościołami z Unią związanych. Trzeba przyznać, że z pozoru wiele różni te oba nurty. Mówię „z pozoru”, bo w istocie różnice nie są tak wielkie, choć Kościół Katolicki Mariawitów praktykuje wiele rzeczy, których Kościół Starokatolicki Mariawitów nigdy nie uznawał lub przestał uznawać po wykluczeniu ze swej wspólnoty arcybiskupa Jana Marię Michała Kowalskiego.

Czy chodziło tu o ordynację kobiet?

Nie to było powodem rozłamu. Kobiety święcono w Płocku również przez pewien czas po rozłamie. Dopiero później zaprzestano. Szło raczej o to, że arcybiskup Kowalski był człowiekiem pełnym pomysłów, które wprowadzał w czyn czasem bez uprzedzenia, bez przygotowania duchowieństwa i wiernych. Te innowacje nie były niczym nadzwyczajnym w sensie doktryny katolickiej, ale burzyły tradycyjny porządek. Ludzie lubią to, do czego są przyzwyczajeni, więc się poczuli w pewnym momencie po prostu… zmęczeni nowościami. Arcybiskup Michał udostępniwszy wszystkim wiernym Komunię Świętą pod dwiema postaciami, skrócił następnie czas postu eucharystycznego, zniósł obowiązkowy celibat kapłanów, uznał, że zakonność nie jest sprzeczna ze stanem małżeńskim, zaczął święcić kobiety na kapłaństwo i biskupstwo…

Założycielka zgromadzenia nie doczekała tych czasów?

To wszystko zostało wprowadzone już po jej śmierci. Ale nowe praktyki, to nie wszystko. Powstał zarzut o głoszenie przez arcybiskupa błędnej doktryny

Po prostu został uznany za mariawickiego heretyka?

Proszę pamiętać, że przestawiam mój osobisty pogląd. Sądzę, że po prostu był nieostrożny w słowach. Od pewnego czasu pracuję nad jego tekstami i po głębszym wczytaniu się w nie i rozwadze muszę przyznać, że nie widzę w nich herezji.

Powtórzmy dla przypomnienia zarzuty o błędy w dogmatyce bp. J. Kowalskiego: głosił on wcielenie Boga Ojca w Marii Pannie i Ducha Świętego w Mateczce Kozłowskiej; ponadto, niepokalane poczęcie dzieci urodzonych z małżeństw księży z zakonnicami.

Może najpierw o tym wcieleniu. Tu tkwi nieporozumienie. W terminologii teologicznej istnieją dwa różne terminy: incarnatio i incorporatio. Po polsku oba oddaje się terminem wcielenie. A znaczą one całkiem co innego. Incarnatio oznacza zamieszkanie w ciele (ludzkim) jakiejś istoty, która obejmuje to ciało w pełni, jako swoje własne, przy nieobecności w tym ciele innej jaźni, innej duszy. W taki sposób określamy zamieszkanie Drugiej Osoby Trójcy Świętej w ludzkim ciele Jezusa z Nazaretu. Natomiast Incorporatio to owładnięcie przez jakąś istotę ciała, w którym już mieszka inna dusza, zawładnięcie ciałem, a zarazem uczynienie owej innej duszy sobie posłuszną. Otóż arcybiskup Kowalski używał polskiego, dwuznacznego słowa wcielenie nie pisząc wcale incarnatio. Niedawno w książce prawosławnego teologa Włodzimierza Łoskiego znalazłem zdanie, że „w Maryi z Nazaretu Bóg Ojciec zbudował sobie dom”. „Dom”, w języku mistyki, to ciało. A więc mowa tu o wcieleniu (incorporatio) Boga Ojca w Bogurodzicę, w jej ciało. Ten pogląd funkcjonuje w prawosławiu, ale pojawia się także w katolicyzmie zachodnim, gdzie się to wyraża stwierdzeniem, że w Maryi skoncentrowały się stwórcze siły Boga Ojca, że Ona jest Panią przyrody. Mógłbym ten temat rozwinąć.

Faktycznie – wystarczy choćby przypomnieć starą polską pieśń dedykowaną Matce Pana Jezusa: „Chwalcie łąki umajone, Góry, doliny zielone, Chwalcie cieniste gaiki, Źródła i kręte strumyki. Co igra z morza falami, W powietrzu buja skrzydłami, Chwalcie z nami Panią świata, Jej dłoń nasza wieniec splata!” A wcielenie Ducha Świętego w Mateczce Kozłowskiej?

A czyż nie jest to już wyrażone w Credo Nicejsko-Konstantynopolskim?

Jak to?

„Wierzę (…) w Ducha Świętego (…), który mówił przez proroków”. Proszę wnikliwie poczytać Stary Testament. Prorok często przemawia słowami Boga w pierwszej osobie. Czuje, że Bóg w nim przebywa. Symbol wiary precyzuje tę sprawę, odnosi to przebywanie konkretnie do Ducha Świętego mówiącego przez takiego człowieka. W czasie wypowiadania objawienia Duch Święty „zamieszkuje” w proroku, następuje incorporatio. Jeśli to dotyczy Starego Testamentu, to tym bardziej świętych żyjących w świecie odkupionym przez Chrystusa…

Na takiej zasadzie wcieleniem Ducha nie jest tylko Mateczka Kozłowska, ale i Faustyna, i Katarzyna ze Sieny i Brygida Szwedzka. No dobrze, a niepokalane poczęcie synów i córek zakonnic? To już naprawdę śmiały pogląd abp. M. Kowalskiego.

Powiedziałem, że arcybiskup Kowalski był nieostrożny w słowach. Te wszystkie dzieci urodzone w małżeństwach zakonnych kazał chrzcić. Nie robiłby tego, gdyby je uważał za pozbawione grzechu pierworodnego. Najświętsza Maria Panna jest główną świętą nowotestamentową, a nigdy się nie chrzciła. Nie potrzebowała chrztu, bo nie ciążył na niej ten grzech.

Kościół Katolicki Mariawitów głosi pogląd, że w Komunii Świętej jest obecny Jezus z Mateczką – jego Małżonką. Czy ten pogląd jest w jakikolwiek sposób do przyjęcia?

Przyjmując Komunię Świętą wchodzimy w łączność, w komunię z całą rzeczywistością, w której żyją dusze ludzi zbawionych. Co do określenia „Małżonka Chrystusowa” nie boję się tak nazwać świętej Marii Franciszki. Również to pojęcie nie jest obce katolicyzmowi. Używał go (chyba jako pierwszy) święty Alfons Liguori w zastosowaniu do wysokiego stopnia świętości duszy. Tego tytułu godna jest osoba spełniająca wszystko, co jej poleca Chrystus. Za taką uważam Mateczkę i nie wstydzę się jej tak nazywać.

Wróćmy na moment do nowatorskiej praktyki, jaką była ordynacja kobiet.

Już powiedziałem, że nie było to powodem rozłamu w łonie Kościoła Mariawickiego. Kościół Starokatolicki Mariawitów jeszcze w rok po schizmie ordynował kobiety! Zaprzestano tej praktyki mając na widoku ponowienie poprawnych stosunków z Unią Utrechcką. W dokumencie, który ogłaszał wstrzymanie wyświęcania kobiet na kapłaństwo, stwierdzono oficjalnie, że ta praktyka zostaje zawieszona aż wszystkie Kościoły starokatolickie uznają ją za prawidłową. Kapłaństwo kobiet nie było też w katolicyzmie nowatorstwem. Świadczy o nim wiele dokumentów z czasów pierwotnego Kościoła.

Znany jest też list papieża Gelazego I z V wieku, w którym nakazuje biskupom Południowych Włoch i Sycylii zaprzestania święcenie odtąd kobiet na kapłaństwo. Rozmawiałem o tym z pewnym jezuitą, który powiedział, że rzecz jest znana i właśnie świadczy, że papieże zawsze, a w każdym razie już w V wieku byli przeciwni święceniu kobiet. No cóż, można to i tak skomentować, ale równocześnie okazuje się być faktem, że we Włoszech i na Sycylii katolickie kapłanki istniały jeszcze w V wieku. Stosowanie jako argumentu przeciwko kapłaństwu kobiet tego, że w Nowym Testamencie jest mowa o „wkładaniu rąk” wyłącznie na mężczyzn, jest tyle warte, co argumentacja, aby nie udzielać kobietom Komunii Świętej, bo w całym Nowym Testamencie nie znajdziemy wzmianki, aby jakiejś kobiecie jej udzielono. Wprowadzając kapłaństwo kobiet, mariawici nie wprowadzili niczego nowego, odnowili tylko dawny zwyczaj katolicki.

Czy istnieje związek między płcią kandydata, a jego przydatnością do kapłaństwa? Sądzę, że owszem. Kobieta nie może być kapłanką, bo będzie matką patrzącą czy szaliczek jej dzieciom dobrze przylega do szyi i upominającą dzieci, o której godzinie mają iść spać. Ale tak samo nie może być kapłanem mężczyzna, bo będzie kapralem musztrującym swoich podopiecznych. Powiedziałem to oczywiście przenośnie. Kapłaństwo powinno być dawane tym, którzy potrafią je sprawować wzniósłszy się ponad swoją płeć. Cechy męskie czy żeńskie nie należą do rzeczywistości kapłańskiej. Kapłan ma być człowiekiem! Jeśli ktokolwiek w pełnieniu funkcji kapłańskich chciałby być mężczyzną lub kobietą, nie powinien się tykać kapłaństwa. W przeciwnym razie nie rozumie, czym ono jest.

Czyli osobiście Ksiądz Profesor nie ma nic przeciwko wyświęcaniu kobiet na księży?

Nie.

Unia Utrechcka w niektórych rejonach świata ordynuje kobiety. Czy Starokatolicki Kościół Mariawitów nadal czeka na moment, aż ta praktyka stanie się w Kościele starokatolickim powszechna?

Czy będziemy tak długo czekać? Nie wiem.

Czy taka decyzja, polepszając dialog z Katolickim Kościołem Mariawitów, nie pogorszyłaby automatycznie dialogu z rzymskim katolicyzmem?

To będzie zależało od tego czy i w jakim zakresie święcenie kobiet znów się rozpowszechni w Kościele rzymskokatolickim. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku wyświęcono rzymskokatolickie kapłanki w Czechach, już w wieku obecnym kilku biskupów rzymskokatolickich udzieliło kobietom święceń kapłańskich i biskupich. Wszystko to bez aprobaty papieża, ale oczekiwania wiernych i części duchowieństwa rzymskiego, w Ameryce i innych krajach zachodnich idą w tym kierunku. Nie jestem w stanie przepowiadać przyszłości. Nie jestem prorokiem.

Wchodząc na strony internetowe Kościoła mariawickiego, młodzi internauci z Kościoła rzymskokatolickiego mogą się przekonać, że ich bracia z wyznania mariawickiego organizują swe życie duchowe bardzo podobnie, również jeżdżą na młodzieżowe rekolekcje, mają swoje specjalne msze. Gdyby kiedyś w przyszłości ktoś chciał spotkać młodych ludzi obu wyznań na wspólnym zjeździe, połączonym z warsztatami zajęciowymi, spotkaniami rekolekcyjnymi, to jakie tematy spotkań – zdaniem Księdza – byłyby w perspektywie ekumenicznej najlepsze dla rozwinięcia się między młodymi katolikami i mariawitami twórczej, ekumenicznej relacji?

Nie mam nic przeciw odświętnym zjazdom ekumenicznym, ekumenicznym „dorocznym obchodom” lub „comiesięcznym nabożeństwom”, obozom, sympozjom, naradom… Biorą w nich na ogół ludzie już przepojeni ekumenizmem, często niestety fanatycy ekumenizmu – a każdy fanatyzm jest niebezpieczny. I ja biorę w takich imprezach udział w miarę czasu. Ale imprezy ekumeniczne już z tej racji, że są ekumeniczne, nie przybliżą nas do żadnego z istniejących wyznań, raczej mogą spowodować powstanie nowego „wyznania ekumenicznego”, stworzyć grupę ludzi będących w swoim mniemaniu ponad wyznaniami, a w istocie obok nich. Sądzę, że większy jest pożytek z praktykowania codziennej ekumenii to znaczy zachodzenia na zwykłe nabożeństwa do kościołów „obcych” wyznań, wczuwanie się w sposób praktyk religijnych różnych denominacji. Gdy spotykam ekumenistów, którzy nałogowo bywają na wszelkich ekumenicznie organizowanych spotkaniach i uważają się za działaczy zjednoczenia Kościoła, ale nigdy nie byli na liturgii grekokatolickiej w dzień powszedni, na rzymskokatolickim nabożeństwie różańcowym, na prawosławnej panichidzie, na zwykłym, niedzielnym nabożeństwie ewangelickim, na mariawickiej adoracji Przenajświętszego Sakramentu, ani na niczym innym podobnym, to mi smutno. Uważam, że celem każdego chrześcijanina powinno być zgłębianie wyznania, które obrał sobie świadomie jako najlepsze, lub w którym trwa od dzieciństwa, uważając, że nie jest najgorsze, a zarazem umiejętność odczuwania siebie w kościele (budynku i organizacji) każdego wyznania chrześcijańskiego jak w domu – wprawdzie nie swoim, ale swoich bliskich krewnych, gdzie się czuje swobodnie i umie się taktownie zachować.

Tym więc, co chcą poznać mariawityzm radzę: przede wszystkim: zachodźcie do kościołów mariawickich na nabożeństwa i te w większe święta i te powszednie – zobaczcie jak się modlimy; czytajcie naszą zwykła prasę: popularnego „Mariawitę” i bardziej elitarną „Pracę nad sobą” – zobaczcie jakimi treściami są te pisma nasycone. A jeśli weźmiecie wraz z mariawitami udział we wspólnej imprezie mającej w tytule słowo ekumeniczna, starajcie się odczuć nie jej powierzchowną odświętność, ale wejść w kontakt ze zwykłymi ludźmi.

 

* * *

Konrad Maria Paweł Rudnicki – urodzony w Warszawie w 1926 r.; kapłan w Zgromadzeniu Mariawitów; profesor zwyczajny doktor habilitowany; odkrywca komety (Kometa Rudnickiego); autor ponad 100 publikacji (astronomia, historia astronomii, metodologia nauk, teologia) w językach kongresowych i ponad 200 w języku polskim; pracownik i były dyrektor Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego; współpracownik Wyższej Szkoły Ochrony Środowiska w Bydgoszczy; członek Wolnej Europejskiej Akademii Nauk; członek Międzynarodowej Unii Astronomicznej (Komisja Kosmologii); członek redakcji pism: Praca nad sobą (Polska), Apeiron (Kanada), International Journal of Pure and Applied Physics (Indie).

Odznaczenia: Krzyż partyzancki i inne odznaczenia wojenne polskie i zagraniczne; Krzyż kawalerski orderu Odrodzenia Polski i inne odznaczenia cywilne polskie; Tytuł „Sprawiedliwy wśród narodów świata” i medal Jad Va’szem; honorowe obywatelstwo Państwa Izrael.