Trump czy Biden? – kandydaci walczą o ewangelikalne i katolickie głosy

0

Dla jednych Donald Trump to mesjasz Ameryki, a dla innych szarlatan cynicznie wykorzystujący chrześcijaństwo oraz prezydenturę do własnych celów. Z kolei demokratyczny kandydat Joe Biden stanowi dla jednych nadzieję na osłabienie wpływów ewangelikalnej prawicy, a dla innych szatańskie zagrożenie w katolickim przebraniu. 


Radykalne zmiany w amerykańskim społeczeństwie wyraźnie pokazują liczby. Jak informuje Religion News Service, jeszcze w latach 90. XX wieku tylko 1 na 20 Amerykanów nie był związany z jakąkolwiek religią. Dziś współczynnik ten wynosi 1 na 4.

Pustoszejące Kościoły na skutek sekularyzacji i demografii, wyścig o uwagę i fundusze religijnego odbiorcy, liczne osie konfliktu między tzw. liberałami a konserwatystami oraz nieprawdopodobne wręcz uwikłanie religii w politykę przy teoretycznym rozdziale Kościoła od państwa sprawiają, że pod względem dynamiki amerykański krajobraz religijnym w niczym nie ustępuje barwnej rywalizacji politycznej – jest równie ciekawy, zaskakujący i wymykający się w wielu aspektach zero-jedynkowym ocenom.

Wraz z końcówką kampanii prezydenckiej również temat religii zaznacza swoją obecność, bo nawet jeśli przynależność religijna nie ma już takiego znaczenia jak niegdyś, to jednak elektorat religijny, szczególnie podatny na zmianę sympatii politycznych, może okazać się decydujący przy zdobyciu elektorskich głosów w rywalizacji o Biały Dom.

Zdecydowana większość ewangelikalnego protestantyzmu to wspólnoty o charakterze konserwatywnym bądź nawet fundamentalistycznym, nierzadko otwartą na sekciarską ideologię „ewangelii sukcesu” lub teorie spiskowe, święcące triumfy w epoce pandemii. Rygoryzm etyczno-moralny, w tym zdecydowany sprzeciw wobec aborcji, rozwodów, małżeństw LGBT, flirt z mniej lub bardziej ujawnionymi organizacjami reprezentującymi ideologię białej supremacji oraz zaciekła obrona prawa do noszenia broni to charakterystyczne cechy konserwatywnego ewangelikalizmu w USA.

Gwoli ścisłości należy podkreślić, że ruch ewangelikalny nie jest monolitem i bez trudu można znaleźć wspólnoty, reprezentujące zgoła odmienny światopogląd.

Badania pokazują, że młodzi ewangelikałowie są coraz bardziej sceptyczni wobec Trumpa, a i samo środowisko jest coraz mniej białe, a coraz bardziej wielokulturowe. W 2016 roku 80% ewangelikalnych chrześcijan oddało głos na Donalda Trumpa. Czy znów tak będzie?

Jednak póki co to nie progresywni chrześcijanie stanowią większość ewangelikalnego spektrum i to nie one posiadają przemożne wpływy polityczne zarówno na szczytach władzy, strategicznych instytutjcach medialnych i edukacyjnych, jak i przy urnie wyborczej.


Mesjasz czy prezydent?

Zakładając fundamentalistyczny światopogląd ewangelikalnego protestantyzmu Donald Trump (teoretycznie prezbiterianin) nie powinien być w żadnej mierze kandydatem wspieranym przez religijną prawicę, odmieniającą Boga, rodzinę i Biblię przez wszystkie przypadki. Trump jest drugim w historii USA prezydentem-rozwodnikiem (pierwszym był Ronald Reagan, też republikanin), ale pierwszym, który rozwiedziony jest dwukrotnie. Mało kto potrafi wskazać precyzyjną liczbę seks-afer Trumpa, skandalicznych wypowiedzi na temat uchodźców, postępowania wobec imigranckich dzieci i mniejszości etnicznych. Niektóre te aspekty, właściwie dyskwalifikują ‚prawdziwie chrześcijańskiego kandydata’ w oczach religijnej prawicy, jednak najwyraźniej nie przeszkadzają dzisiejszym ewangelikałom, aby głosować właśnie na Trumpa, głównie z powodu jego stanowiska nt. aborcji, relacji z Izraelem czy noszenia broni.

Ewangelikałom nie przeszkadza nawet liberalny stosunek Trumpa do LGBT, ani też fakt, że Trump wyjątkowo instrumentalnie traktuje Kościoły, a częściej bywa na polu golfowym niż na nabożeństwie. Ostatnio pojawił się w kościele na pogrzebie byłego prezydenta George’a Busha, ale całkiem niedawno był przed kościołem (episkopalnym), aby z Biblią w ręku zwrócić się przeciwko demonstrantom protestującym przeciwko rasizmowi i przemocy policyjnej.

Zapytany ongiś o znaczenie Biblii w jego osobistym życiu nie potrafił wymienić żadnego konkretnego cytatu biblijnego, plącząc się i powtarzając w kółko, że Biblia to wspaniała tudzież niesamowita księga.

Wypowiedź podłapała niezwykle popularna od kilku lat w USA komiczka Sarah Cooper (przez Trumpa zablokowana na Twitterze), która zwizualizowała wypowiedź Trumpa o Biblii zdobywając setki tysięcy polubień w popularnych serwisach społecznościowych.

W USA zmienia się nie tylko religijność, ale i sam ewangelikalizm, o którym właściwie trudno mówić w liczbie pojedynczej. W ostatnich latach ukazało się setki artykułów prasowych i badań, analizujących kondycję amerykańskiego ewangelikalizmu i powody, dla których poparł – lub jak niektórzy twierdzą – zaprzedał duszę ideologii trumpizmu. W tekstach i reportażach telewizyjnych przewija się wciąż ten sam element – aborcja, prawo noszenia broni, obrona kapitalizmu przed ‚lewacką agendą’.


Trump zmienił ewangelikalizm

W kwestii moralności pojawia się wzruszenie ramionami i powtarzana jak mantra wypowiedź: Trump ma być naszym prezydentem, a nie zbawicielem. Co więcej, niektórzy obrońcy Trumpa próbują potknięcia Trumpa przekłuć w sukces, twierdząc, że Biblia, w tym w szczególności Stary Testament, pełne są przykładów moralnie wątpliwych mężów, w tym także pogan, którymi Bóg posłużył się do realizacji swoich wielkich planów i udało mu się dokonać wspaniałych rzeczy.

Sytuacja z Trumpem może brzmieć zaskakująco znajomo dla polskich czytelniczek i czytelników: oto wpływowe sfery polityczne zawierają sojusz z mniej więcej równie wpływowymi czynnikami religijnymi, przymykając oko na moralne defekty, przy czym przymykanie oka działa w obydwie strony. W efekcie pojawia się raz głośne raz ciche poparcie na zasadzie wzajemności tudzież świadczenie usług-przysług, niekiedy o podłożu finansowym.

Gdy w 1998 roku Ameryka z wypiekami śledziła historię romansu Billa Clintona i stażystki Moniki Lewinsky, największa denominacja protestancka w USA, Konwencja Południowych Baptystów (SBC), wydała oświadczenie, że postawa moralna polityków ma znaczenie i apelowała, by uwzględnić ten aspekt przy podejmowaniu decyzji wyborczych.

W Roku Pańskim 2016 religijna prawica prawie bez zająknięcia poparła Trumpa i także dziś lokuje swoje nadzieje w kandydacie, który jest jedynym gwarantem zachowania jej wpływów oraz realizacji jej agendy politycznej – na Kapitolu, w Sądzie Najwyższym, mediach i uniwersytetach. Krytyczne opinie na temat takich postaw pojawiają się nie tylko z konkurencyjnego obozu politycznego, ale i wewnątrz – rosnąca liczba ewangelikałów, zarówno konserwatywnych, jak i progresywnych, wskazuje na fakt, że chrześcijanie ewangelikalni chcąc zawojować Partię Republikańską stali się jej sługami, tracą smak i profetyczny krytycyzm.

I rzeczywiście widać, że Trumpowi udało się coś niesamowitego – zmienić spojrzenie środowiska ewangelikalnego na moralność, a przynajmniej przekonać, że z „innym będziecie mieli gorzej”. Posłaniec zwyciężył nad przesłaniem – Trump zmienił amerykański ewangelikalizm, ale nie na odwrót.

Po stronie Trumpa przewija się cały gabinet ewangelikalnych osobliwości, którzy nie szczędzą mu pochwał i uznania, a schodzą na dalszy plan, gdy sami staną się niewygodni, o czym już niebawem ukaże się tekst na ekumenizm.pl.

Jedną z kluczowych postaci Trumpa jest charyzmatyczna telewizyjna kaznodziejka Paula White, sama trzykrotna rozwódka, milionerka, sprzedająca uzdrawiające olejki i przekonująca, że przeciwko Donaldowi Trumpowi jako wybrańcowi Bożemu nie będzie skuteczna żadna broń, a każdy „demoniczny ołtarz, który zostanie wzniesiony przeciwko niemu, zostanie zburzony.” Pani White, która między innymi dzięki Trumpowi dorobiła się fortuny na swoich wiernych, mobilizuje ewangelikalnych wyborców, broniła Trumpa, gdy w obozach uchodźców przetrzymywał dzieci.

White promowana jest przez bliską republikanom stację Fox News, ale nie tylko ona – protestanckich kaznodziejów, ale też katolickich integrystów, którzy stają w obronie Trumpa i walczą o jego reelekcję jest znacznie więcej. Dla wielu z nich wynik jesiennych wyborów to być albo nie być, stąd nie dziwi fakt, że Trump sięga po tematy religijne, aby zdyskredytować przeciwnika – nominata Partii Demokratycznej Joe Bidena, byłego wiceprezydenta USA za rządów Baracka Obamy.


Przeciwko Bogu i broni

Jeśli jesienią 2020 roku Joe Biden zostanie nowym prezydentem USA będzie to drugi w historii tego kraju prezydent wyznania rzymskokatolickiego. Pierwszym był oczywiście John F. Kennedy i kiedy ubiegał się nominację swojej partii, a później rywalizował z Richardem Nixonem, nie słabły obawy czy katolik może być w ogóle prezydentem USA? Kennedy co rusz przekonywał, że będzie prezydentem niezależnym od papieża i swojego Kościoła, że nie będzie mówił za Kościół, a Kościół nie będzie mówił za niego – te zapewnienia, które dziś mogą wywoływać uśmiech, były wówczas niezwykle istotne do przekonania protestanckiej większości.

Czasy się zmieniły i Joe Biden nie musi przekonywać wyborców, że katolik może być tak samo dobrym Amerykaninem jak protestant, żyd czy mormon. Wie to również Trump, którego wiceprezydent – Mike Pence – jest ochrzczonym rzymskim katolikiem, choć obecnie związanym z ewangelikalnym protestantyzmem.

W amerykańskiej kampanii wszystkie chwyty są dozwolone, więc Trump postanowił zaatakować Bidena twierdząc, że jest nie tylko przeciwko Bogu, ale i przeciwko noszeniu broni.

Biden skomentował wypowiedź Trumpa jako haniebną – Jak dla wielu Amerykanów moja wiara była solidnym wsparciem w moim życiu: dała mi pocieszenie w momentach straty i tragedii oraz trzymała mnie w ryzach w czasach triumfu i radości. W czasie ciemności dla naszego kraju – bólu, podziału oraz choroby dla tak wielu Amerykanów – moja wiara była wiodącym światłem – powiedział Biden w rozmowie z telewizją CNN.

W odpowiedzi sztab Bidena wyemitował film, w którym pokazał, jak ważna jest wiara w życiu demokratycznego prezydenta, co Biden sam podkreśla, przywołując dramatyczne wydarzenia ze swojego życia (śmierć pierwszej żony i córeczki w wypadku samochodowym, później śmierć syna, który zmarł na nowotwór).

Na filmie widać zdjęcie Bidena i uśmiechniętego papieża Franciszka, który niezbyt chętnie uśmiechał się podczas spotkań z Trumpem.

Oczywiście, nie jest powiedziane, że katolicki elektorat gremialnie pójdzie głosować za katolickim kandydatem. W wyborach w 2016 roku większość amerykańskich katolików zagłosowała za Trumpem (głównie białych), ale już większość latynoskich katolików, których liczba rośnie, wsparła Hillary Clinton.

Konserwatyści katoliccy, w tym najbardziej wpływowy katolik w administracji Trumpa, prokurator generalny William P. Barr, przekonują, że Biden prawdziwym katolikiem nie jest, a wręcz zagrożeniem, zwiastunem rewolucji moralnej w wojnie kulturowej przeciwko Ameryce. Bidenowi zarzuca się, że jest zwolennikiem aborcji i wspiera radykalną agendę LGBT. Pewien kapłan odmówił z tego powodu Bidenowi Komunii Świętej. Biden nie chciał szczegółowo komentować zajścia. Stwierdził jedynie, że mediom o wydarzeniu doniósł sam kapłan, a jemu samemu Komunii nie odmówił papież Franciszek. Prywatne media konserwatywnych katolików energicznie mobilizują przeciwko Bidenowi, przekonując, że żaden katolik nie powinien głosować na katolika Bidena.

Szanse na wygrana Bidena są duże – nie tylko z powodu bieżących kłopotów administracji Trumpa w okresie pandemii, słabego przywództwa, czego najlepszym przykładem jest personalna karuzela w Białym Domu oraz liczne skandale. Na płaszczyźnie ideowej Biden ma większe pole do działania niż Trump. Elektorat republikański jest znacznie bardziej homogeniczny, a wśród zwolenników Bidena jest rosnąca liczba młodych zdystansowanych do religii, ale też chrześcijanie różnych proweniencji, sprzeciwiających się polityce Trumpa.

Joe Biden wie, że głosy liberalnych katolików, protestantów głównego nurtu oraz ateistów to trochę za mało, stąd też próbuje przekonać do siebie również ewangelikalnych chrześcijan rozczarowanych polityką i osobą Trumpa. Bidenowi pomagają w kampanii również ewangelikalni chrześcijanie – czasem oficjalnie, a czasem poprzez przychylne wypowiedzi jak znany kalwiński pastor Richard Mouw, były prezydent prestiżowego Fuller Theological Seminary, który przekonuje, że jeśli Biden mówi o swojej wierze to jest autentyczny, nawet jeśli niektóre kwestie mogą wzbudzać wątpliwości u konserwatywnych protestantów i katolików.

Nawet jeśli Bidenowi nie uda się pozyskać większości ewangelikałów dla swojej kandydatury to przekonanie choćby części może przynieść mu zwycięstwo, nie mówiąc już o sytuacji, w której rozczarowani ewangelikałowie nie oddadzą wprawdzie głosu na Bidena, ale pozostaną w domu i nie pójdą zagłosować.

Wreszcie nie bez znaczenia jest nominatka Partii Demokratycznej na wiceprezydentkę USA. Konkurować z Mike’iem Pencem będzie Kamala Harris, była prokurator generalna Kalifornii. Harris wychowywała się w rodzinie hinduistyczno-chrześcijańskiej, co naraziło ją na komentarze trolli, że właściwie jest antychrześcijanką.

Atmosferę podgrzała plotka, że gdy składała przysięgę prokuratorską odmówiła złożenia jej z ręką położoną na Biblii. Plotka zaczęła żyć własnym życiem wśród ewangelikałów i to, mimo że opublikowano nagranie z zaprzysiężenia, które prowadził Joe Biden. Na filmie wyraźnie widać Harris składającą przysięgę z ręką spoczywającą na rodzinnej Biblii. Harris należy do jednego ze zborów baptystycznych w San Francisco i otwarcie mówi o swojej wierze, choć jej kandydatura nie wywołała entuzjazmu ewangelikałów.

Znany ewangelista Franklin Graham przekonywał na Twitterze, że duet Biden i Harris to najbardziej proaborcjonistyczna para kandydatów w historii USA.

Wybory już niebawem, a opublikowane po nich badania pokażą jak bardzo albo jak niewiele chrześcijański głos o różnych proweniencjach liczy się w USA.


>> Ekumenizm.pl: Walka o Biały Dom i religia (2016)


galeria