- 29 kwietnia, 2026
- przeczytasz w 6 minut
Spotkanie Leona XIV z abp Sarah Mullally było uprzejme – ale dalekie od ekumenicznego entuzjazmu. Brak liturgicznych gestów nie był przypadkiem, lecz sygnałem: granice dialogu wyznacza nie ekumenia, lecz napięcia wewnątrz Kościoła rzymskokatolickiego.
Jak uznać, nie uznając: rzymska sztuka ekumenii
Spotkanie Leona XIV z abp Sarah Mullally było uprzejme – ale dalekie od ekumenicznego entuzjazmu. Brak liturgicznych gestów nie był przypadkiem, lecz sygnałem: granice dialogu wyznacza nie ekumenia, lecz napięcia wewnątrz Kościoła rzymskokatolickiego.
Pierwsze, a zapewne nie ostatnie spotkanie Leona XIV z abp. Sarah Mullally odbyło sie w atmosferze dobrej, a nawet i serdecznej.
Mimo historycznego charakteru (pierwsza kobieta na urzedzie abpa. Canterbury i jubileusz 60-lecia spotkania papieża Pawła VI i abp. Ramsey’a) spotkanie pozbawione było wyraźnych akcentów liturgicznych, które znamy choćby z częstych spotkań papieża Franciszka z abp. Welbym czy chociażby z pamiętnego nabożeństwa ekumenicznego w Opactwie Westminsterskim z udziałem papieża Benedykta XVI i abp. Rowana Williamsa przed 15 laty.
Powód wydaje się jasny i wynika nie tyle z sytuajcji w Kościele Anglii czy szerzej Kościołach Wspólnoty Anglikańskiej, co z uwarunkowań w Kościele rzymskokatolickim.
List gratulacyjny Leona XIV do abp. Sarah Mullally z okazji jej ingresu był dla wielu katolików szokiem.
Dlaczego? Leon XIV nie tylko skierował serdeczny list, ale użył w stosunku do abp. Mullally tytułu arcybiskupa Canterbury z odpowiednią tytulaturą. W środowiskach integrystycznych pojawiło się niedowierzanie i oburzenie, że papież miał legitymizować swoim pismem urząd, który z rzymskokatolickiego punktu widzenia jest nieobsadzony, a święcenia anglikańskie nieskuteczne, co stwierdził jeden z poprzedników obecnego papieża – także Leon, tyle że XIII.
W “katolickim internecie” (także polskojęzycznym) pojawiła się lawina tekstów – w jednych zastanawiano się czy Leon nie popełnił błędu, w innych wręcz rozważano czy Leon XIV jest jeszcze katolikiem. Jednak w większości wypowiedzi papieski list tłumaczono po prostu kurtuazją i starano się o taką egzegezę, która nie zburzy czy nawet nie zachwieje kanoniczno-teologicznym domkiem z kart.
Z tym większym napięciem oczekiwano na spotkanie Biskupa Rzymu i Abp Canterbury, szczególnie, że działania papieża Leona bardzo uważnie obserwują członkowie Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, które ma nieuregulowany status kanoniczny w Kościele rzymskokatolickim i przymierza się do wyświęcenia – bez zgody Watykanu – nowych biskupów, celem zagwarantowania ciągłości Bractwa. Nabożeństwo Słowa – choćby to na miarę wspomnianej liturgii z udziałem Franciszka i abp. Welby’ego czy Franciszka oraz abp Antje Jackelen podczas jubileuszu 500-lecia Reformacji w Lund – mogłoby być odczytane jako afront wobec Bractwa, które – najprawdopodobniej – wbrew deklaracjom, nie jest zainteresowane całkowitym powrotem do Rzymu i faktycznie oraz praktycznie funkcjonuje jak samodzielne wyznanie o proweniencji rzymskokatolickiej o bliżej nieokreślonej afiliacji kanonicznej. Podobnie, zresztą, działają liczne, choć mniejsze i mniej zamożne oraz mniej wpływowe wspólnoty i grupki wagabundzkie z szeroko rozumianego obszaru (staro)katolickiego.
Do tego dochodzą wypowiedzi zachodnioeuropejskich hierarchów rzymskokatolickich (np. Niemcy, Luksemburg), którzy o święceniach kapłańskich kobiet i rzekomym końcu dyskusji w temacie, wypowiadają się w sposób bardziej niejednoznaczny niż Rzym.
Międzynarodówka inkwizycyjna
Każdy ruch Leona XIV, podobnie jak słowa i gesty jego poprzedników, podlegają bezwzględnej ocenie międzynarodówki inkwizycyjnej, która jest wy/przeczulona na każdy zbyt hojny gest lub słowo. Papież i jego kuria doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Nie jest przypadkiem, że przed spotkaniem Leona XIV i abp Mullally na łamach The Tablet, reprezentującego katolicyzm dialogiczny w Wielkiej Brytanii (w przeciwieństwie do kofrontacyjnego i apologetycznego the Catholic Herald), głos przed pielgrzymką Mullally do Rzymu zabrał kard. Kurt Koch, prefekt watykańskiej Dykasterii ds. Popierania Jedności Chrześcijan. Koch wyraźnie stwierdził, co też odnotował polski KAI, że nie ma mowy o uznaniu anglikańskich święceń.
I co z tego wszystkiego wynika? Niewiele, ale też na pewno więcej niż nic.
Czy Rzym uznaje święcenia anglikańskie? Nie i rzeczywiście słowa Leona XIV z listu do abp Mullally tego nie zmieniają. A zatem dla Rzymu święcenia kapłańskie i biskupie abp Mullally nie są ważne. Czy tak będzie zawsze? Może tak.
Jednak pozostaje inne pytanie: czy Rzym uznaje abp Sarę Mullally za arcybiskupkę Cantebury? Wydaje się, że tak, skoro:
- tak jest adresowana przez papieża i biskupów Kościoła rzymskiego (nie jest tytułowana Anglican Archbishop of Canterbury, a po prostu Archbishop of Canterbury choć – trzeba przyznać – nie dodawany jest inny tytul Primate of All England)
- w jej ingresie uczestniczyli nie tylko urzędujący zwierzchnik angielskich i walijskich katolików abp Moth, ale także nuncjusz i kardynał Koch. To najwyższa możliwa reprezentacja przy takich uroczystościach i to nawet z naddatkami. Symbole – szczególnie w przestrzeni katolickiej i to szeroko rozumianej – są ważne.
Czy to jest sprzeczność? Niekoniecznie.
O ile święcenia abp Mullally i każdego anglikańskiego duchownego lub duchownej mogą nie być (obecnie?) uznawane, o tyle Rzym najwyraźniej przyjmuje czynnie do wiadomości, że obecnie stolica apostolska Cantebury znajduje się pod jurysdykcją Kościoła Anglii, a jej widzialną reprezentantką jest nie kto inny jak abp Sarah Mullally. Rzym i jego lokalne agendy nie tylko wydają się przyjmować do wiadomości, ale i uznawać status quo, nawet jeśli w odniesieniu do kwestii kanoniczno-teologicznych, różnice pozostają różnicami, co Kościołowi Anglii niekoniecznie spędza sen z oczu. Czy to tylko kurtuazja i podporządkowanie się stanowi prawnemu czy może coś jeszcze?
Relacje między obydwoma Kościołami są dobre, a nawet bardzo dobre, nawet jeśli jakaś część duchownych anglikańskich konwertuje na katolicyzm, co od razu spotyka się z medialnym nagłośnieniem. Przejścia w drugą stronę rzadko kiedy bywają przedmiotem zainteresowania mediów, co wynika też z anglikańskiej specyfiki.
Nawet jeśli ok. 1/3 nowo wyświęcanych duchownych rzymskokatolickich to byli anglikanie to przy liczbie ok. 20 tys. duchownych anglikańskich w Anglii jest to zaledwie ułamek całości. Dużą część stanowią emeryci albo duchowni w wieku przedemerytalnym, którzy świadczenia pobierają za swoją pracę w Kościele Anglii bez względu na to jak za zepsuty, pozbawiony sukcesji tudzież innych walorów go uważają. Do tego dochodzi też pomijany fakt, że Kościół Anglii – wbrew temu, co zarzucają mu jego najwięksi krytycy – nie jest duchową pustynią pozbawioną substancji, a cennym rezerwuarem kadrowym Kościoła rzymskokatolickiego w Anglii i Walii, który również w Anglii zamyka parafie i zmaga się z podobnymi problemami, co wiele innych Kościołów różnych wyznań. Warto dodać, że proces “transformacji” duchownego anglikańskiego na rzymskokatolickiego trwa zaskakująco krótko, biorąc pod uwagę całą armadę zastrzeżeń co do natury anglikańskiego kapłaństwa.
W powyżej opisanym sensie ekumenia rzymskokatolicko-anglikańska jest zakładniczką kanonicznych i teologicznych dywagacji, które mają znaczenia dla najbardziej przekonanych z przekonanych plus dla tych, dla których ingres nowej abp Canterbury był kolejną okazją do zaprezentowania “teologii wysokich lotów”: baby do garów, baba-diabeł i inne. Te określenia, często nasączone mizoginią, pychą i po prostu zwykłym chamstwem, prezentowane są przez niemałą część katolickich infleuncerów tych w koloratkach i bez koloratek.
Spotkanie abp Mullally z Leonem XIV nie należało do trudnych, przynajmniej nie dla strony anglikańskiej. O wiele trudniejsza dla nowej arcybiskupki Canterbury będzie lipcowa pielgrzymka do Afryki, gdzie spotka się z wiernymi i hierarchami Wspólnoty Anglikańskiej.
Niektórzy z nich w ogóle nie będą chcieli się spotkać z abp Sarah Mullally, ale być może nie będzie tak źle skoro Leon XIV pokazał jak postępować należy.